Mam ostatnio takie szczęście, że udaje mi się sięgać po nowe przekłady klasyków literatury, które dobrze się czyta i mają też pozytywny odbiór ze strony recenzentów oraz czytelników. Regularnie wydawane są dzieła Hemingwaya, ale też nowych tłumaczeń doczekał się William Faulkner. „Światłość w sierpniu” przełożył Piotr Tarczyński i przyznam, że lektura tej książki to był bardzo dobrze spędzony czas. Teraz wydane zostało wznowienie kolejnej wybitnej powieści noblisty, w tłumaczeniu Jacka Dehnela, którego wielu z nas kojarzy również z działalnością pisarską. Książka Faulknera do tej pory była znana czytelnikom pod tytułem „Kiedy umieram”. Teraz mamy nawet nowy tytuł: „Gdy leżę, konając”.
Umiera matka. Addie zanim odejdzie ogląda przez uchylone okno pracę swego syna. Młody mężczyzna hebluje deski i pokazuje je matce. Posłużą one do zbudowania trumny. Czytając jednak pierwsze słowa powieści nie od razu wiemy, o co chodzi. Wszystkiego musimy się stopniowo domyślać, gdyż nic nie zostanie powiedziane wprost. Kobieta odchodzi z tego świata, ale zanim to zrobi, może jeszcze podjąć pewne ważne decyzje. Choćby dokonać wyboru odpowiedniej deski na ostatnią drogę.
Rodzina Bundrenów jest liczna. Czują jednak, że muszą spełnić ostatnią wolę matki, czyli pogrzebać ją na rodzinnej ziemi w odległym Jefferson. Oznacza to daleką podróż w nieznane. A czyhać będzie na nich wiele żywiołów. Zniszczony most, potem drugi, jazda przez błoto po ulewnych deszczach, wszystkie te przeciwności muszą pokonać, by dotrzeć do celu. Groza narasta, ale z czasem okazuje się, że każdy z tej rodziny ma swój dodatkowy interes. W czasie tej niezwykłej podróży zaczynamy coraz lepiej poznawać wszystkich członków rodziny. Widzimy, że wielu z nich ma coś do ukrycia, własne motywacje do udania się w tę drogę. Niekoniecznie chodzi tu o ostatnią wolę ukochanej matki.
William Faulkner podzielił powieść na liczne rozdziały zaczynające się od imienia osoby prowadzącej narrację. Odkrywamy wypowiedzi bohaterów najczęściej w postaci monologu wewnętrznego. W zależności od osoby, która mówi, będzie inna perspektywa i język. Postacie są zróżnicowane, posiadają swój specyficzny styl. Nie wszystkie karty są jednak przed nami odkryte. Wielu świadków zdarzeń, wiele perspektyw, ale wciąż też mamy wrażenie, że coś nam umyka, czegoś nam nie chcą powiedzieć. Bohaterowie z trudem prowadzą nas do miejsca, które jest odległe, a tu jeszcze zlatują się sępy. Czy uda im się cało dotrzeć do Jefferson?
William Faulkner napisał „Gdy leżę, konając” w zaledwie 43 noce. Jako biurko służyła mu odwrócona do góry dnem taczka. Tak powstało dzieło, wydane w 1930 roku, a uznane z czasem za wybitne i dzisiaj zaliczane jest do klasyki literatury. Nowy przekład sprawia, że można wrócić do tej historii, która nie była wznawiana w Polsce od trzydziestu lat. Odkrywanie na nowo Williama Faulknera okazało się dla mnie zaskakujące i świeże. W „Gdy leżę, konając” odkryłam tragizm, makabrę, groteskę łączące się nieoczekiwanie z komizmem i humorem.
Książka zmusza czytelnika do głębokiej refleksji nad życiem, śmiercią i relacjami międzyludzkimi. Jest to lektura, która pozostaje w pamięci i skłania do przemyśleń na długo po zamknięciu ostatniej strony. Odbywamy podróż do świata, którego już nie ma. Oglądamy biednych białych Budrenów z Południa, którzy niczym dawni amerykańscy pionierzy ruszają w drogę. Ich podróż okaże się jednak zupełnie czymś innym, niż sobie wyobrażamy na początku. Finał zaskakuje, a także całkowicie zmienia nasze postrzeganie tej historii. W nowym tłumaczeniu Jacka Dehnela będziemy mogli docenić styl autora. Tłumacz oddał między innymi neologizmy, jakie tworzył Faulkner, odkrywamy też ekspresjonistyczny język. Zmusza to czytelnika do uwagi, powracania do trudniejszych fraz, ale uwaga się opłaca, gdyż pozwala wczuć się w klimat, sposób myślenia kolejnych postaci. Warto się udać do tego świata i odkrywać kolejne jego warstwy.