Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach wydawniczych, że w księgarniach pojawi się nowa książka Doroty Masłowskiej, poczułam się zaintrygowana. Jeszcze bardzie mnie zaciekawiło to, że „Bowie w Warszawie” jest dramatem. Zresztą został on już zaprezentowany na scenie Teatru Studio w reżyserii Marcina Libera. O czym jest ta historia może zaskoczyć wszystkich tych, którzy spodziewają się dokładnie tego, co sugeruje tytuł.
Jak wszyscy miłośnicy twórczości Davida Bowiego wiedzą, artysta w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku podróżował przez Polskę. Historia jego pobytu w Warszawie i przyjazd na stację Dworzec Gdański przeszła już do legendy. Ta wizyta mogła trwać 42 minuty, ponieważ na tyle planowo postój. Bowie udał się na spacer i kupił w księgarni płytę zespołu Śląsk. Owocem tej wizyty podobno jest utwór „Warszawa” z albumu „Low”, który został nagrany w 1977 roku, otwierający tzw. trylogię berlińską.
Postać Davida Bowiego nie jest jednak kluczowa w dramacie Doroty Masłowskiej. Artysta stanowi swojego rodzaju klamrę, która spina tę historię. Poznajemy świat PRL-u. Czasy, kiedy u władzy stał Gierek i na kredyt budowano drugą Polskę. Miał zapanować dobrobyt, ale nie taką rzeczywistość zobaczył David Bowie. My, podobnie jak słynny muzyk, zajrzymy do świata opresyjnego. Takiego, w którym ktoś taki jak Bowie był postacią nie z tej ziemi.
Dorota Masłowska pisząc tę historię posłużyła się konwencją, która mnie samej kojarzy się z zaczytywanych w dzieciństwie komiksów o „Kapitanie Żbiku”. Jako ośmio- czy dziewięcioletnie dziecko nie wiedziałam jeszcze, że istnieją powieści milicyjne. Popularnością w latach siedemdziesiątych cieszyły się też przedstawienia Teatru Sensacji „Kobra”, ale wtedy jeszcze mnie nie było na świecie. Wspominam o tym z tego powodu, że w historii napisanej przez Dorotę Masłowską poznajemy plutonowego Wojciecha Krętka, który próbuje rozwikłać sprawę Dusidamka z Mokotowa. Zamiast opowieści kryminalnej otrzymujemy jednak coś zupełnie innego.
Oglądamy szarą peerelowską rzeczywistość. Najważniejsze w tej historii okażą się kobiety. One najwięcej tracą w tym niezwykle opresyjnym systemie. Młode dziewczyny wychowywane są na posłuszne osoby. Żyją w świecie szowinistycznym, w którym kobiety zawsze stoją na drugim miejscu. Matki nie pozwalają na wyrwanie się z tych schematów, wszystko dla dobra córek. Uważają, że po wojnie, którą same przeżyły, nie ma miejsca na wyrwanie się z tego. Cel jest tylko jeden: należy dobrze wyjść za mąż.
W książce „Bowie w Warszawie” oglądamy relacje matek i córek, a także ich kompleksy. Regina, która próbuje wyrwać się z narzuconych jej ról, jest z góry skazana na niepowodzenie. Młoda kobieta zakochuje się w innej kobiecie. A przecież w PRL-u nie istniały lesbijki. Przynajmniej oficjalnie, bo nie wspominano o nich na głos, jedynie szeptem. Dorota Masłowska pokazuje w tej historii najbardziej mroczną stronę PRL-u. Choć posługuje się konwencją komediową, za chwilę domyślamy się, że chodzi raczej o tragikomizm. Oglądamy opresyjny system w sposób przerysowany, co jeszcze podkreślają rysunki Mariusza Wilczyńskiego. Bohaterowie w tej opowieści skazani są na niepowodzenie. Nie ma tu miejsca na spełnione ambicje czy miłość. Zwłaszcza, jeśli owe ukryte pragnienia wykraczają poza przyjęte schematy. Mojej uwadze nie umknął też fakt, że Dorota Masłowska po raz kolejny udowodniła, jak ważny jest dla niej język. W książce „Bowie w Warszawie” odgrywa on ważną rolę, na nim się skupiamy i w nim zatracamy. Przykładem niech będzie choćby przywoływany Dusiciel z Mokotowa, który symbolizuje duszność tamtych czasów, a także niechęć wobec kobiet. Takich gier słownych będzie oczywiście więcej. Dzięki temu otrzymujemy ciekawą historię zamkniętą w języku.
Kurczę, jak do tej pory nie brałam pod uwagę tej książki, bo wydawało mi się, że nie jest to lektura, która mogłaby mi się spodobać. Jednak po przeczytaniu Twojej notki myślę, że za jakiś czas dam szansę tej książce.
Ciekawa jestem, czy Ci się spodoba ten tytuł. 🙂