Święta są już niemal na wyciągnięcie ręki. Z tej okazji, wszystkim tym, którzy tu zaglądają chciałabym złożyć życzenia. Niech ten magiczny czas sprawi, że spełnią się Wasze najskrytsze marzenia. Niech nie zabraknie ciepła, wspaniałej atmosfery i czasu na dobre lektury – może wspólne z osobami, które są Wam najbliższe… Czytaj dalej
Archiwum kategorii: eseje
„Wymiary życia” – Julian Barnes
Angielski pisarz Julian Barnes nie jest pierwszym człowiekiem, który pisze o stracie bliskiej osoby. Jego książka „Wymiary życia” to literatura, zmuszająca czytelnika do myślenia. Oszczędna w słowach i wywołująca lawinę myśli u odbiorcy. Wcześniej czytałam zbiór opowiadań tego autora: „Cytrynowy stolik”, który okazał się książką z najwyższej półki, podobnie rzecz się ma z esejem „Wymiary życia”. Czytaj dalej
Göran Rosenberg – „Krótki przystanek w drodze z Auschwitz”
Szwedzki pisarz, Göran Rosenberg, w książce „Krótki przystanek w drodze z Auschwitz” postanowił opowiedzieć historię swojego ojca. Nie było to jednak proste zadanie, bowiem wymagało iście tytanicznej pracy. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co przeszedł Dawid Rozenberg w czasie drugiej wojny światowej, trzeba było oprzeć się na dokumentach, które naziści starali się w pewnym momencie pozbyć. Jednak rekonstrukcja suchych faktów i wydarzeń nie zawsze pomogą zrozumieć, co działo się w psychice osoby, która była skazana na śmierć za samo pochodzenie.
Dawid Rozenberg był łódzkim Żydem. Znalazł się w getcie, a później w ostatnim transporcie trafił do Auschwitz. Wszystko, czego doświadczył w czasie wojny, naznaczyło go na resztę życia. Ocalał. Jednak choć narodził się na nowo, musiał żyć ze świadomością, że innym się nie udało. Przeżył za sprawą kilku okoliczności. Czy pomógł przypadek, ślepy los, szczęście?
Jego syn urodził się już w Szwecji, miejscu, które miało być przystankiem w drodze ku lepszej przyszłości. Projekt Dawida polegał na tym, by w Szwecji, tym socjaldemokratycznym raju odbudować wszystko od nowa. Mężczyzna sprowadza do siebie ukochaną, rodzą się dzieci. Dla ich potomków język szwedzki ma być tym najważniejszym, choć w domu od czasu do czasu rodzice rozmawiają po polsku, czasem w jidysz. Chłopiec nie ma pojęcia, co dzieje się z jego ojcem. Pozornie wszystko wydaje się w porządku. A jednak mężczyzna nie potrafi ułożyć sobie życia w tym sielskim świecie. Miejsce, które dla syna jest arkadią, dla ojca stanowi być może przedsionek bram piekielnych. Dawid popełnia samobójstwo.
Göran po latach próbuje zrozumieć ojca. Odtwarza jego drogę do Auschwitz w sposób lakoniczny, ale niezwykle mocny. Wystarczy samo przytoczenie przemowy Chaima Rumkowskiego przewodniczącego Judenratu w łódzkim getcie, z którego płynie przesłanie, że w zamian za życie zdolnych do pracy trzeba oddać do transportów dzieci i starców. Kolejny etap podróży, to droga z Auschwitz do Szwecji. Państwa, które dzięki wojnie przeżyło boom gospodarczy. Po jej zakończeniu mieszkańcy chcieliby pomóc tym, którzy ocaleli, ale jednocześnie boją się obcych.
Rosenberg pisze o tych dychotomiach. Z jednej strony Szwedzi nie biorą udziału w wojnie i Zagładzie, ale jednocześnie budują sprzęt również dla nazistów, dzięki któremu się bogacą. Piszą w gazetach o Holocauście, ale nie przeszkadza im posługiwanie się antysemickimi stereotypami. Najłatwiej współczuć, ale kiedy to tylko możliwe, wysyłać Ocalonych gdzie indziej.
Dawid Rosenberg nie potrafi się odnaleźć w szwedzkim modelu społecznym. Pytanie brzmi: czy udałoby mu się znaleźć miejsce dla siebie gdzie indziej? Jego celem było przetrwanie piekła jakim było getto oraz Auschwitz. Kiedy mężczyźnie to się udało, zniknęło poczucie sensu. Bo jak odnaleźć się po tym wszystkim, co się przeżyło? Nie pomaga również brak zrozumienia ze strony tych, którzy woleliby nie pamiętać o Holocauście. Kiedy Dawid Rosenberg stara się o odszkodowanie od Niemców za trwały uszczerbek na zdrowiu, jego wnioski zostają odrzucone. Wszystkie plany mężczyzny rozpadają się, życie powoli traci sens. Ucieczką pozostaje samobójstwo.
Ojciec był niezwykle ważny dla Görana. Stracił go, kiedy miał dwanaście lat. Teraz, jako dojrzały mężczyzna pragnie odtworzyć jego trasę z Auschwitz, bo uważa że jest ważniejsza niż ta, którą odbył do tego piekła na ziemi. Pisze o Dawidzie w sposób empatyczny, niezwykle delikatnie, melancholijnie. Podróżuje nawet tą samą drogę, zdając sobie jednocześnie sprawę, że nigdy nie zdoła zrozumieć swojego ojca. Ma świadomość, jak trudno było żyć z pamięcią o Auschwitz. Bo dla tych, którzy Ocaleli, wszystko, co związane z pięknem już nie istniało. Piętno obozów nosili cały czas wewnątrz siebie, a to nie pomagało im żyć.
„Krótki przystanek z Auschwitz” jest książką trudną. Autor pisze o ojcu, by jak najwięcej ocalić. Pamięć o Zagładzie jest potrzebna, ale niewiele jesteśmy w stanie zrozumieć. Rosenberg wie, że te ułomki pamięci, które zostały po jego ojcu, to jedyne co ma. Dlatego stara się je utrwalić i oddać za pomocą niedoskonałych słów. Najgorsze byłoby zapomnienie. Po Auschwitz świat stał się inny, dlatego nie można zapomnieć. Trzeba ocalić choćby najmniejszą cząstkę. Ojciec zmarł przez cienie przeszłości, które dopadły go w spokojnym i bezpiecznym miejscu. W momencie, kiedy Dawid popełnił samobójstwo, jego syn traci swój bezpieczny arkadyjski świat. I Görana dopada cień Auschwitz.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.
„Kronika końca świata” Jakub Mielnik
Nie lubię papki, którą dostajemy od współczesnych mediów. Tych licytacji, kto pierwszy dotrze na miejsce zbrodni, kataklizmu, działań wojennych. A potem pojawiają się relacje, w których liczy się nie człowiek, a to czy było się pierwszą agencją podającą newsa. Jakub Mielnik teoretycznie należy do tego typu grupy reportażystów. Od upadku muru berlińskiego był wszędzie, gdzie coś się działo. Jednak, czy potrafi inaczej spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość?
Co może łączyć Lizbonę i Tajpej, Londyn i Manilę, Bagdad oraz Paryż, czy Amsterdam i Dżakartę? Wszędzie tam miały miejsce wydarzenia, które nazwano rewolucjami, czy wojnami. Najpierw upadła żelazna kurtyna, a następnie potoczyła się fala kolejnych zdarzeń. Pozornie nie związanych ze sobą, a jednak mających źródło w upadającym właśnie komunizmie. Coś się kończyło, coś zaczynało. Jakub Mielnik opowiada w skrócie o wielu zamieszkach, które miały miejsce w wielu częściach świata. Najistotniejsze jest jednak dla niego przyglądanie się zwykłemu człowiekowi. Stara się wtapiać w tłum, by poznać zdanie taksówkarzy, włóczęgów, robotników.
Im bardziej autor książki przybliża się do zwykłych ludzi, tym bardziej narasta w nim poczucie zawodu. Nikt nie jest doskonały. Egzotyka może kusić w barwnych katalogach biur turystycznych. Rzeczywistość – zdaje się mówić Mielnik – jest znacznie bardziej skomplikowana. Łatwiej byłoby się położyć na ciepłej plaży i pić kolorowe drinki, jednak pisarz tego nie czyni. Przysłuchuje się rozmowom, wtapia w tło i zdaje nam relację. Nasze zadanie polega na tym, by z tego opisu wyciągnąć wnioski.
„Kronikę końca świata” trudno jednoznacznie zaszufladkować. Z jednej strony czytelnik ma do czynienia z reportażami, a z drugiej esejem. Nie jest to książka dla każdego. Wymaga ona od odbiorcy pewnej podstawowej wiedzy o świecie. Od geografii zaczynając, a kończąc na zasadniczej wiedzy z zakresu historii współczesnej. Jakub Mielnik pokazuje świat z perspektywy jednostki. Zwykłego człowiek, który doświadczył swojego prywatnego końca świata. Autor starając się wtopić w otoczenie, daje nam w nagrodę inne wrażenia. Mniej spektakularne niż z nagłówków gazet, ale zdecydowanie bardziej prawdziwe, pełne emocji. Choć nie zawsze płyną z nich pozytywne wnioski.
Komentarz Jakuba Mielnika nie jest optymistyczny. Pisze w swej książce, że jesteśmy bezradni wobec tego, co dzieje się w świecie arabskim. Historia ma tendencję do powtarzania się. Jednak, czy człowiek potrafi wyciągać z niej wnioski? Według autora to niemożliwe. Warto przytoczyć na zakończenie trafne zdanie Mielnika: „Koniec świata jest procesem ciągłym, który, podobnie jak historia, nigdy się nie kończy”.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poznańskiego.
H. P. Lovecraft – Koszmary i fantazje. Listy i eseje
Wniknąć do umysłu geniusza grozy? Przyjrzeć się pomysłom, nie zawsze zrealizowanym? A może poznać poglądy pisarza? Wszystko to staje się możliwe za sprawą książki „Koszmary i fantazje. Listy i eseje” Howarda Phillipsa Lovecrafta, wydanej niedawno przez SQN.
Ten zbiór tekstów publikowany po raz pierwszy w Polsce, pokazuje ojca horroru i weird fiction w całej okazałości. Miałam okazję zetknąć się z próbkami jego twórczośći – bo w książce umieszczono też fragmenty opowiadań HPL-a.
Autor żył (1890-1937r.) i tworzył w Stanach Zjednoczonych, dlatego tam jest znacznie bardziej popularny niż u nas. Jego opowiadania są nawet w kanonie lektur w szkołach wyższych. Lovercraft pisał opowieści grozy, fantasy i był prekursorem fantastyki naukowej. Jak do tego doszło i dlaczego, dowiedzieć się można właśnie z jego „Listów i esejów”.
„Koszmary i fantazje” ukazują HPL-a jako człowieka niezwykle twórczego. Kogoś, kto potrafił napisać kilkudziesięciostronicowy list, dzisiaj można raczej szukać ze świecą. Dla Lovecrafta wyrażanie w ten sposób myśli, było całkowicie naturalne. – na szczęście – bo dzieki temu lepiej go poznajemy.
W pierwszym tekście mamy do czynienia z „Krótką autobiografią marnego pisarzyny” – błyskotliwym i żartobliwym, ale i ukazującym jak kształtowały się zainteresowania pisarza, objaśniającym jakie lektury miały na niego największy wpływ. Lovecraft niekiedy żył w skrajnym ubóstwie, zresztą nic dziwnego skoro wysyłał próbki swego pisarstwa wydawnictwom, dodając, by nie zawracać sobie nimi głowy. Według niego wystarczy ledwie siedmiu miłośników weird fiction, by czuć się w pełni usatysfakcjonowanym.
Bardzo istotne są też uwagi na temat pisania weird fiction, które powstały w 1933 roku. HPL dał nam świetny wykład na temat tego gatunku. Najbardziej jednak zaskoczył mnie esej o wyższości kota nad psem. Czegoś takiego się nie spodziewałam po tym twórcy – komicznego tekstu na temat wyższości kotów.
Wszystko w „Koszmarach i fantazjach” zostało podane tak, by czytelnik nie odczuł przesytu – gdyż książka jest zaledwie pewnym wycinkiem, daje nam jedynie część z tego, co stworzył Lovecraft. Świetna okładka już zachęca do sięgnięcia po tę pozycję, a peany na cześć tłumaczenia Mateusza Kopacza widoczne są w wielu miejscach. Mogłabym się jedynie przyczepić do zbyt małej czcionki – choć może czas już wybrać się do okulisty?
Nie muszę pisać, że książka jest lekturą obowiązkową dla miłośników twórczości Lovecrafta. Oni nie przegapią tej pozycji. Jednak trzeba też podkreślić fakt, że do tej pory zwykły pożeracz literatury grozy, mógł nie trafić na tego pisarza. A przecież sam S. King czerpie z jego twórczości – i to całymi garściami.
Inną grupą, która może zwrócić uwagę na „Koszmary i fantazje” są osoby interesujące się historią Stanów Zjednoczonych przed II wojną światową, czy miłośnicy epistolografii oraz esejów. Można w książce obserwować typowe i nietypowe poglądy człowieka żyjącego w tamtym kraju. Kogoś, kto nie bał się przyznawać do ateizmu, fascynował się odkryciami naukowymi, a jednocześnie wyrażał rasistowskie poglądy – tak naturalne i oczywiste w tamtych czasach. Za sprawą HPL-a odbyłam podróż w czasie po USA i patrzyłam na ten kraj oczyma Lovecrafta. Niezapomniany widok, niesamowity umysł…
Dziękuję SQN za egzemplarz książki.
Czarnobyl – F. M. Cataluccio
„Czarnobylska modlitwa” Swietłany Aleksiejewicz jest podstawowym źródłem wiedzy dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o katastrofie w Czarnobylu i jej skutkach. Ten świetny reportaż białoruskiej pisarki spowodował, że chętnie sięgam po pozycje nawiązujące do tego tematu.
Dlatego właśnie nie mogłam przejść obojętnie obok niepozornej pozycji z serii Sulina z Wydawnictwa Czarne. Książka pt. „Czarnobyl” Francesca M. Cataluccia uzupełnia w pewien sposób „Czarnobylską modlitwę”, ale też do niej nawiązuje.
Włoski znawca literatury polskiej, wydawca m.in. dzieł Gombrowicza we Włoszech, postanowił przyjrzeć się bliżej historii Czarnobyla. Inspiracją ku temu staje się pewna mapa, na którą przez przypadek trafił Cataluccio. Przedstawia ona Ukrainę i pochodzi z 1705 roku. Tam właśnie po raz pierwszy autor trafił na miejsce o nazwie „Czernobel”. Pewien tajemniczy człowiek w antykwariacie tłumaczy mu to określenie, które pochodzi od połączenia słów – czarny i łodyga. Językoznawcy wyjaśniają, że chodzi o piołun, jeden ze składników absyntu.
Francesco Cataluccio opowiada o swojej podróży do Czarnobyla po katastrofie. Miejscu, do którego organizuje się obecnie wycieczki. Pisze o swoich obserwacjach i odczuciach. Notuje spostrzeżenia z wymarłego miasta. Obecnie jest to apokalipsa, którą można zobaczyć na własne oczy. Taka atrakcja dla turystów szukających mocnych wrażeń.
Autor wspomina tez jak „bez-sensowność świata” wkroczyła w jego życie. Pierwszy raz stało się to przy okazji służby wojskowej we Włoszech. Po ukończeniu filozofii, Cataluccio dostał wezwanie – miał pracować jako psychiatra wojskowy. Właśnie w szpitalu zetknął się z dwoma żołnierzami, którzy zmarli z powodu napromieniowania. Sprawa była tajna, ale okazało się, że w miejscowości Seveso w 1976 roku doszło do katastrofy, w wyniku której do środowiska dostała się najbardziej trująca substancja o nazwie tetrachlorodibenzoparadioksyna (TCDD).
Drugie zetknięcie z katastrofą dotyczyło oczywiście Czarnobyla. Pisarz przedstawia nam nawet swoje notatki z tamtych czasów. Przebywał wtedy w Polsce i zaczął prowadzić coś na kształt dziennika. Opisuje w nim swoje reakcje, ale też zachowania innych ludzi.
Kolejną ważną sprawą, którą omawia Cataluccio jest problem zła. Autor tłumaczy jak wszystko co najgorsze kumulowało się właśnie na Ukrainie. Pisze o problemach polsko-ukraińsko-żydowsko-rosyjskich. Zaczyna od pierwszych zapisków na temat Czarnobyla z XII wieku. Opisuje walki polsko-kozackie o te tereny. Sporo miejsca poświęca Żydom, jak naruszano ich prawa. Dla autora nazwa „piołun” łączy się z cierpieniami Żydów. W Czarnobylu było sporo chasydów. Wielki Głód pochłonął olbrzymią ilość ofiar, druga wojna światowa spowodowała, że z tych terenów zniknęli właśnie Żydzi. Po wojnie Czarnobyl był na pół wyludnioną mieściną.
Po 26 kwietnia 1986 miasto to okryło się sławą. W wyniku katastrofy w elektrownii jądrowej nazwa Czarnobyl stała się metaforą i symbolem oraz tajemnicą, którą dopiero będziemy musieli zgłębić. Cataluccio próbuje spojrzeć na problem z punktu widzenia filozofii. Poprzez liczne nawiązania do literatury rosyjskiej, stara się pokazać jak postrzegają zło Rosjanie. Według niektórych w katastrofie maczał palce Demon, albo Mefistofeles. Dla autora źródłem zła była zbytnia ufność człowieka w jego możliwości. Z jednej strony Rosjanie byli bardzo zacofani i kopali ziemniaki gołymi rękami, a z drugiej brali się za rozszczepianie atomów.
„Czarnobyl” Francesca Cataluccia zaskakuje ogromem poruszanych problemów. Autor pisze o historii miejsca, swoich wrażeniach z czasów katastrofy, czy o podróży w tamte tereny. Jest to ważny głos, który pokazuje, że po katastrofie świat już nie jest taki sam. Ważne są przemyślenia autora. Dowodzą one, że Czarnobyl nie wziął się znikąd. Jego historia przed katastrofą jest równie ważna. Autor wnika w temat, by pokazać, że Czarnobyl stanowi pewną całość. I choć hekatomba miała miejsce, można z niej zrobić Disneyland – wprawdzie nieco makabryczny, ale chętni się znajdują. Cataluccio podkreśla w swej książce jak wszystkie koszmary Europy spotykają i kumulują się w tym jednym miejscu.
Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz książki.