Czarnobyl – F. M. Cataluccio

Czarnobyl„Czarnobylska modlitwa” Swietłany Aleksiejewicz jest podstawowym źródłem wiedzy dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o katastrofie w Czarnobylu i jej skutkach. Ten świetny reportaż białoruskiej pisarki spowodował, że chętnie sięgam po pozycje nawiązujące do tego tematu.

Dlatego właśnie nie mogłam przejść obojętnie obok niepozornej pozycji z serii Sulina z Wydawnictwa Czarne. Książka pt. „Czarnobyl” Francesca M. Cataluccia uzupełnia w pewien sposób „Czarnobylską modlitwę”, ale też do niej nawiązuje.

Włoski znawca literatury polskiej, wydawca m.in. dzieł Gombrowicza we Włoszech, postanowił przyjrzeć się bliżej historii Czarnobyla. Inspiracją ku temu staje  się pewna mapa, na którą przez przypadek trafił Cataluccio. Przedstawia ona Ukrainę i pochodzi z 1705 roku. Tam właśnie po raz pierwszy autor trafił na miejsce o nazwie „Czernobel”. Pewien tajemniczy człowiek w antykwariacie tłumaczy mu to określenie, które pochodzi od połączenia słów – czarny i łodyga. Językoznawcy wyjaśniają, że chodzi o piołun, jeden ze składników absyntu.

Francesco Cataluccio opowiada o swojej podróży do Czarnobyla po katastrofie. Miejscu, do którego organizuje się obecnie wycieczki. Pisze o swoich obserwacjach i odczuciach. Notuje spostrzeżenia z wymarłego miasta. Obecnie jest to apokalipsa, którą można zobaczyć na własne oczy. Taka atrakcja dla turystów szukających mocnych wrażeń.

Autor wspomina tez jak „bez-sensowność świata” wkroczyła w jego życie. Pierwszy raz stało się to przy okazji służby wojskowej we Włoszech. Po ukończeniu filozofii, Cataluccio dostał wezwanie – miał pracować jako psychiatra wojskowy. Właśnie w szpitalu zetknął się z dwoma żołnierzami, którzy zmarli z powodu napromieniowania. Sprawa była tajna, ale okazało się, że w miejscowości Seveso w 1976 roku doszło do katastrofy, w wyniku której do środowiska dostała się najbardziej trująca substancja o nazwie tetrachlorodibenzoparadioksyna (TCDD).

Drugie zetknięcie z katastrofą dotyczyło oczywiście Czarnobyla. Pisarz przedstawia nam nawet swoje notatki z tamtych czasów. Przebywał wtedy w Polsce i zaczął prowadzić coś na kształt dziennika. Opisuje w nim swoje reakcje, ale też zachowania innych ludzi.

Kolejną ważną sprawą, którą omawia Cataluccio jest problem zła. Autor tłumaczy jak wszystko co najgorsze kumulowało się właśnie na Ukrainie. Pisze o problemach polsko-ukraińsko-żydowsko-rosyjskich. Zaczyna od pierwszych zapisków na temat Czarnobyla z XII wieku. Opisuje walki polsko-kozackie o te tereny. Sporo miejsca poświęca Żydom, jak naruszano ich prawa. Dla autora nazwa „piołun” łączy się z cierpieniami Żydów. W Czarnobylu było sporo chasydów. Wielki Głód pochłonął olbrzymią ilość ofiar, druga wojna światowa spowodowała, że z tych terenów zniknęli właśnie Żydzi. Po wojnie Czarnobyl był na pół wyludnioną mieściną.

Po 26 kwietnia 1986 miasto to okryło się sławą. W wyniku katastrofy w elektrownii jądrowej nazwa Czarnobyl stała się metaforą i symbolem oraz tajemnicą, którą dopiero będziemy musieli zgłębić. Cataluccio próbuje spojrzeć na problem z punktu widzenia filozofii. Poprzez liczne nawiązania do literatury rosyjskiej,  stara się pokazać jak postrzegają zło Rosjanie. Według niektórych w katastrofie maczał palce Demon, albo Mefistofeles. Dla autora źródłem zła była zbytnia ufność człowieka w jego możliwości. Z jednej strony Rosjanie byli bardzo zacofani i kopali ziemniaki gołymi rękami, a z drugiej brali się za rozszczepianie atomów.

„Czarnobyl” Francesca Cataluccia zaskakuje ogromem poruszanych problemów. Autor pisze o historii miejsca, swoich wrażeniach z czasów katastrofy, czy o podróży w tamte tereny. Jest to ważny głos, który pokazuje, że po katastrofie świat już nie jest taki sam. Ważne są przemyślenia autora. Dowodzą one, że Czarnobyl nie wziął się znikąd. Jego historia przed katastrofą jest równie ważna. Autor wnika w temat, by pokazać, że Czarnobyl stanowi pewną całość. I choć hekatomba miała miejsce, można z niej zrobić Disneyland – wprawdzie nieco makabryczny, ale chętni się znajdują. Cataluccio podkreśla w swej książce jak wszystkie koszmary Europy spotykają i kumulują się w tym jednym miejscu.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz książki.

Dlaczego zdradzamy? Światowy atlas niewierności – P. Druckerman

Dlaczego zdradzamy?Pamela Druckerman w swej książce, „Dlaczego zdradzamy?” postanowiła przyjrzeć się niewierności, ale z perspektywy geograficznej. Wzięła pod lupę swoich rodaków – Amerykanów, udała się do Francji, RPA, Chin, czy Japonii, by sprawdzić jak te nacje postrzegają problem cudzołóstwa.

Autorka tej książki jest amerykańską dziennikarką, która mieszka w Paryżu. Pisała między innymi dla „Wall Street Journal”, „Washington Post”, „The New York Times”. „Dlaczego zdradzamy?” to jej debiut książkowy, choć obecnie na rynku pojawia się druga opowieść Druckerman: „W Paryżu dzieci nie grymaszą”.

W Stanach Zjednoczonych  dziennikarkę zaskoczyło w jaki sposób podchodzi się do cudzołóstwa. Z jednej strony wszyscy je potępiają, a z drugiej – korzystają z okazji. Mimo to – według autorki – mieszkańcy USA różnią się od reszty świata, gdyż uważają swoje postępowanie za złe i swoimi opowieściami chcą naprawiać innych.

Pamela Druckerman postanowiła sprawdzić stereotypy związane ze zdradzaniem wśród różnych nacji. Bardzo się zdziwiła, kiedy okazało się, że Francuzi wcale nie códzołożą częściej niż Amerykanie. Różnice ujawniają się już na poziomie językowym. Amerykanie mają kogoś „na boku”, Rosjanie i Szwedzi ” wymykają się na lewo”, natomiast Izraelczycy „jadają na boku”. Stosowanie eufemizmów jest powszechne. Zdradzany mąż w Chinach „nosi zielony kapelusz”, we Francji jest „rogaczem”, a po angielsku nazywa się go „cuckold”, czyli kukułką (ptakiem, który składa jaja w cudzych gniazdach). Takich określeń autorka podaje całe mnóstwo. Trzeba przyznać, że są niezwykle ciekawe.

Pisarka starała się podejść do sprawy w sposób rzeczowy i naukowy. Zaczęła gromadzić dane. Jak się okazało, było to niezwykle trudne zadanie. Bo jak sprawdzić, czy informacje są prawdziwe? W końcu mężczyźni zawyżają ilość partnerek, a kobiety postępują odwrotnie podając liczbę partnerów. Druckerman udało się ostatecznie zdobyć pewne statystyki. Wynika z nich, że współczesni Amerykanie zdradzają rzadziej niż kiedyś. Z danych wynika, że najczęściej nie dochowują wierności mężczyźni z Togo, bo aż 36% przyznało się do zdrad w ciągu roku, najrzadziej mieszkańcy Bangladeszu i Kazachstanu.

Okazuje się, że mieszkańcom USA zdrada przynosi więcej złego, niż korzyści. Nie chodzi tylko o sam fakt cudzołóstwa, ile o kłamstwa. Jednak na kryzysach zarabiają krocie poradnie małżeńskie, autorzy poradników, a nawet sekty religijne. Bardzo długo trwa proces leczenia ran po zdradzie, czasami jednak remedium – czyli prawdomówność, nie zawsze przynosi szczęście.

Ze wszystkich opisywanych nacji w RPA najbardziej zaskoczyło mnie, jak wiele można ryzykować w imię wolności seksualnej. Tam zdradzanie niemal równoznaczne jest ze złapaniem wirusa HIV, a jednak wiekszość mężczyzn podejmuje ryzyko. Mimo, że ponad milion mieszkańców zmarło na AIDS, wiele osób nawet nie myśli o wierności, czy o podstawowych zabezpieczeniach. Wolą ryzykować życie, niż przełamać schematy.

Książka Pameli Druckerman uświadamia czytelnikowi, jak różne nacje pojmują wierność. Każde społeczeństwo posiada niepisane zasady mówiące, kto i kiedy może zdradzać. Autorka przełamuje stereotypy i przygląda się zdradom współczesnym, choć pisze, że najłatwiej byłoby, gdyby małżonkowie otwarcie mówili o swoich potrzebach i uczuciach oraz spędzali wspólnie czas.

Na szczęście Pamela Druckerman nie ocenia, ani nie moralizuje. Stara się reporterskim okiem przyjrzeć problemowi. Oczywiście zdarzają jej się liczne zdziwienia, jednak informacje, które podaje, łamią pewne stereotypy, a wtedy zaskoczenie może być spore. Czyta się książkę z wypiekami na twarzy, ale nie ze względu na pikantne szczególy, co szokujące informacje o tym dlaczego zdradzamy, skoro niesie to takie, a nie inne konsekwencje?

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za „Światowy atlas niewierności” Pameli Druckerman.

Człowiek o twardym karku – Dariusz Rosiak

Człowiek o twardym karkuO księdzu Romualdzie po raz pierwszy usłyszałam w radio. Dlatego chętnie sięgnęłam po książkę Dariusza Rosiaka – „Człowiek o twardym karku. Historia księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkina”. Gdyby nie audycja, być może nie zwróciłabym na tę osobę uwagi.

W 1943 roku w getcie w Święcianach przyszedł na świat chłopiec. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie czas, miejsce urodzenia i pochodzenie dziecka. Matka przeczuwała, co może się wydarzyć w najbliższej przyszłości. Przecież Żydom nie wolno było mieć dzieci. Batia Weksler poprosiła Polkę, by zaopiekowała się chłopcem. Jej argumentacja była następująca:

Pani jest chrześcijanką. Pani wierzy w Jezusa, przecież on był Żydem. Niech więc pani ratuje to żydowskie niemowlę w imię tego Żyda, w którego pani wierzy. Zobaczy pani, jak ten chłopiec wyrośnie, zostanie księdzem, będzie nauczał ludzi.

Jednak bohater książki Dariusza Rosiaka dorasta nie wiedząc o niczym. Niekiedy był nazywany przez inne dzieci – „żydek”. Co jakiś czas ktoś wytykał mu, że nie przypomina żadnego z rodziców. Bez wiedzy o przepowiedni rodzonej matki, decyduje się na to, by zostać księdzem. Dopiero jako dojrzały mężczyzna dowiaduje się od matki Waszkinelowej, że jego prawdziwi rodzice byli Żydami.

Na czym polega niezwykłość „człowieka o twardym karku”? Po odkryciu swojej tożsamości stara się połączyć dwie religie. Jednak zaskakuje go fakt istnienia antysemityzmu w Polsce. Działa on na niego jak zimny prysznic. A zauważa wszystko. Opisana została sytuacja, gdy ksiądz jadąc tramwajem denerwuje się na widok antyżydowskich napisów na murze. Nikt inny tego nie widzi. Najbardziej fascynujące jest to, że ów napis istniał, tylko dla ludzi których on nie dotyczył, stał się niewidoczny. Jabyśmy zauważali tylko rzeczy, które mogą nas dotknąć, a nie widzieli tego, co może ranić innych.

Kolejny problem opisany w reportażu dotyczy KUL-u, hierarchii kościelnej i tego jak tam odbierano Romualda Waszkinela. Księża wyżsi rangą – według głównego bohatera – nie pozwalali mu się rozwijać. Czuł, jakby był na siedzeniu pasażera, a nie wolno mu było kierować. Nie mógł zrobić kariery naukowej, gdyż wszędzie wyczuwał wrogość. Uważał, że tylko Jan Paweł II i abp. Życinski popierali w pewnym stopniu jego działania. Świat KUL-u nie akceptował jego poglądów naukowych i wyborów życiowych.

W końcu ksiądz wyjechał do Izraela. Dowiedział się, że właściwie nazywa się Jakub Weksler. Obecnie nosi oba imiona i nazwiska. Największą przeszkodą w tym kraju jest kapłaństwo Waszkinela. Przez to nie może zostać obywatelem Izraela. Mimo siedemdziesiątki na karku, podjął pracę jako archiwista w Yad Vashem.

Dariusz Rosiak w swym świetnym reportażu pokazuje księdza bez gloryfikowania go. Nie boi się tych negatywnych głosów. Sam Waszkinel ma sobie sporo do zarzucenia. Niekiedy był zbyt uparty i mało empatyczny, za mocno skupiony na sobie.

Księdza Wekslera-Waszkinela poznajemy stopniowo, z kilku perspektyw. Jego historię opowiadają różne osoby, nie zawsze jest to wygodna opowieść.  Niekiedy bohater drażni, ale warto go poznać. Dariusz Rosiak stara się podkreślać, że warto mieć swój pogląd, nawet jeśli nie jest on wygodny. O pewnych historiach trzeba pamiętać, bo one właśnie nas kształtują.

Trudno o bardziej antagonistyczne stwierdzenie żyd-katolik, jednak Weksler-Waszkinel swoją postawą podkreśla, że można próbować zacierać pewne waśnie. Stara się to robić za wszelką cenę – nawet wykluczenia i samotności. Warto poznawać i próbować zrozumieć te poglądy. Nigdy nie wolno zapomieć o tym, co ukształtowało takich ludzi jak Romuald Jakub Weksler-Waszkinel. W książce najbardziej poruszyła mnie historia Żydów w Święcianach oraz droga, którą obrał ksiądz Waszkinel w poszukiwaniu tożsamości.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Czarne.

Drobny „Kaprysik”

KaprysikTytuł „Kaprysik. Damskie historie” Mariusza Szczygła i sama okładka książki wydają się być nieco infantylne. Już nawet moje niespełna siedmioletnie dziecko wyrosło z okresu wściekłego różu. Chociaż ten kolor z okładki bardziej nazwałabym majtkowym. Tak czy siak negatywne skojarzenie z tamtych różowych dni zostało…

Jednak nie oceniajmy wnętrza po okładce. Tym bardziej, że czytnik, który posiadam jest tylko czarno-biały – i chwała mu za to! Do tej pory miałam okazję czytać „20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła”. Dlatego ucieszyłam się z prezentu Publio. Wiedziałam, że się nie zawiodę.

Czytelnik otrzymuje pięć historii kobiet. Niektóre są znane, inne nie. Jedno je łączy – posiadanie jakiegoś kaprysu. Dlaczego Szczygieł wybrał historie kobiet? Oddam głos autorowi, niech się sam wytłumaczy:

Jak wiadomo kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Uważam, że ludzkość nie robi z tego zjawiska wystarczająco dobrego użytku. 

Książka jest doskonałą lekturą nie tylko w ciepłe dni. Pochłania się ją niemal w kilka minut. Historie trzymają czytelnika w napięciu. Najbardziej spodobała mi się  opowieść o starej kartce, którą Szczygieł znalazł w kawiarni „Nowy Świat”. Na pożółkłym papierze zapisano nazwiska kilku kobiet. Co je łączy? To powinno być zadanie dla detektywa, ale reporter doskonale sobie radzi. I zdradzę, że w finale poznamy rozwiązanie tej niezwykłej zagadki.

Historie opowiedziane przez bohaterki są bardzo ciepłe, dają jakąś nadzieję, pozwalają doszukiwać się sensu w naszej egzystencji. Może się to wydawać banalne, jednak nastawiają pozytywnie do życia. Jeżeli ktoś potrzebuje zastrzyku energii, to ta książka będzie dla niego. Zostaje tylko jedna wada – dlaczego panie Mariuszu tak mało? My czytelnicy domagamy się większej ilości takich reportaży.

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” – Swietłana Aleksiejewicz

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swietłany Aleksiejewicz… Nic dodać, nic ująć. Z tej książki nie dowiemy się, co wydarzyło się w czasie wojny dzień po dniu, jak przebiegał front i jakie decyzje podejmowało dowództwo. Autorka natomiast wykonała mrówczą pracę i zebrała setki rozmów, które przeprowadziła z kobietami – żołnierkami walczącymi dla swojego kraju – Związku Radzieckiego.

Wystarczy zresztą porozmawiać z najstarszymi przedstawicielkami naszych rodów i okaże się, że to kobiety własnie będą przytaczały najlepsze historie z czasów wojny. Wydaje się, że najciekawsze rzeczy zostały już wymyślone. Okaże się jednak, że życie jest najlepszym twórcą. Potem jednak trzeba mieć dar, żeby tę histoię przedstawić w sposób interesujący.

Dlaczego kobiety brały udział w czymś, co było zarezerwowane tylo dla mężczyzn? Najpierw autorka pokazuje, że takie myślenie to stereotyp. Już od czasów starożytnych kobiety sięgały po broń. Mamy biblijną opowieść o Judycie, która obcięła głowę swemu wrogowi, Joanna D’Arc to też bohaterka z kanonu tradycji katolickiej.

Po co to robiły? Odpowiedź nie jest taka prosta. Z jednej strony czuły taką potrzebę, chciały spelnić swój obowiązek. Były młode i naiwne. No i wierzyły Stalinowi, który twierdził, że pokonanie Niemców to tylko kwestia czasu. Okazało się jednak, że rzeczywistość różniła się od wyobrażeń bohaterek. Walczyły na froncie, niemal ramię w ramię z mężczyznami. Zainteresowały mnie sczególnie snajperki. Jest opisana kobieta, doskonały strzelec, która straciła życie, bo miała słabość do czerwonych chustek na szyi. Swoją drogą dziewczyny na wojnie miały trudniej niż mężczyźni. Bohaterki opisują niewygody męskiej bielizny, którą musiały nosić, zbyt duże buty uwierające i raniące stopy. Opisano również, że żolnierze traktowali je inaczej, często jako kumpli, a nie kobiety.

Dziennikarka skupiła się na uczuciach kobiet. Wrażeniach po zabiciu pierwszego wroga. Traktowaniu rannych Niemców – nie chciały się mścić. Niemiecki pacjent, to przecież człowiek, potrafiły mu nawet oddać ostatni kęs chleba. Dzięki temu zachowywały w sobie resztki człowieczeństwa.

Po powrocie do domu nie chciały opowiadać swoich historii, zamykały się na lata. Po pierwsze reżim stalinowski. Po drugie były traktowane gorzej przez swoich. Inne kobiety wytykały je palcami i traktowały jak prostytutki. Dopiero po latach zbierają w sobie odwagę i opisują swoje przeżycia i uczucia z czasów wojny.

Trzeba zrozumieć, że był to najlepszy okres w ich życiu. Nie pod względem tego co przeszły, ale pod względem młodości, którą ma się w życiu tylko raz, nawet jeśli przypada w czasach apokalipsy.