„Bukareszt. Kurz i krew” – Małgorzata Rejmer

Bukareszt. Kurz i krewO tytule „Bukareszt. Kurz i krew” Małgorzaty Rejmer przeczytałam mnóstwo pozytywnych recenzji. Byłam nawet na spotkaniu z pisarką i w tym momencie nie mogłam pominąć tej książki, ponieważ przekonała mnie do niej sama autorka. Jako, że zachęcająco działają na mnie też nagrody literackie, to i tak zwróciłabym uwagę na „Bukareszt” – w końcu tytuł znalazł się w finałowej siódemce nominowanej do Nike.

Małgorzata Rejmer zadebiutowała w 2009 roku powieścią „Toksymia”. Tym razem ta młoda autorka postanowiła wydać książkę będącą reportażem, ale takim, który łączy w sobie różne formy. Otrzymujemy np. dramat w pięciu aktach o dyktatorze Nicolae Ceaușescu, relację z podróży, elementy eseju, czy baśni. Czytaj dalej

„Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści” – Gellert Tamas

Mężczyzna z laseremSzwecja słynie ze swoich świetnych autorów kryminałów. Tym razem książka po którą sięgnęłam, wcale nie jest powieścią. „Mężczyzna z laserem” Gellerta Tamasa to reportaż, choć tak napisany, że gdyby nie było informacji, iż książka opowiada o prawdziwych wydarzeniach, można by pomyśleć, że czytamy świetny kryminał. W Szwecji tytuł ten został wydany w 2002 roku i zyskał uznanie. Autor otrzymał za „Mężczyznę z laserem” nagrodę Szwedzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Śledczych Guldspaden. W Polsce książka Gellerta Tamasa ukazała się w 2013 roku.

Szwecja niekiedy wydaje nam się rajem. Wielu Polaków wyjechało tam w poszukiwaniu pracy. Inni z utęsknieniem wzdychają do szwedzkiego modelu socjalnego. W latach 90 kraj ten dotknął poważny kryzys, przez co wzrósł poziom bezrobocia, a nawet pojawił się dług publiczny. Szukano winnych, ale jeden człowiek wziął sprawy w swoje ręce i zaczął strzelać do imigrantów, bo dla niego właśnie oni byli źródłem wszelkiego zła.

Kule Johna Ausoniusa trafiły w 11 osób, jedna z nich zginęła. Inni oprócz trwałego kalectwa, otrzymali traumę na całe życie. Mężczyzna z laserem grasował w Szwecji, w latach 90 ubiegłego wieku i początkowo wydawało się, że jest nieuchwytny. A może przez kilka miesięcy to policja była nieudolna?

Gellert Tamas pisze biografię mordercy, fabularyzując ją. Forma książki przypomina thriller, wciąż trzymający w napięciu. Ale to tylko jedna warstwa tego reportażu. Autor rekonstruując wydarzenia, pokusił się też o próbę odkrycia źródła szwedzkiej nienawiści do obcych.

Jak to się stało, że w tym państwie są tak głęboko zakorzenione lęki przed imigrantami? Dlaczego właśnie w latach dziewięćdziesiątych popularnością cieszyło się skrajnie prawicowo-populistyczne ugrupowanie: Nowa Demokracja? Zaskakuje również brak reakcji władz na działalność faszystowskich ugrupowań. Tamas pokazuje, że znieczulica dotknęła wszystkich – zarówno zwykłych obywateli, jak i rząd. Nikt nie chciał zauważać, jakie konsekwencje może mieć głoszenie nazistowskich haseł, czy nawoływanie do pozbycia się imigrantów. Autor krytykuje też media. Podaje, że i one w pewnym momencie zaczęły podkreślać i nagłaśniać przestępstwa, których dopuścili się imigranci, jednocześnie ignorując i pomijając milczeniem podobne, ale popełnione przez Szwedów.

W pewien sposób książka pokazuje, że nie można pozwalać na to, by bagatelizowano zachowania, które pozornie wydają się zgodne z prawem, a jednak szerzą nienawiść. Autor cofa się nawet do początków XX wieku, by zauważyć, że i w Szwecji istniało Towarzystwo Higieny Rasowej, a w 1934 roku przyjęto ustawę dopuszczającą sterylizację. Podlegały jej np.  kobiety, które „nie kontrolowały swojej seksualności”. Jak widać Gellert Tamas nie ucieka od niewygodnych tematów, aby zwrócić uwagę, jak łatwo można dopuścić do władzy ludzi o faszystowskich poglądach. Zresztą, gdy Hitler zwyciężył wybory, świat nie traktował go poważnie.

W książce „Mężczyzna z laserem” autor podkreśla, jak wiele czynników pozwoliło na to, by Ausonius mógł zabijać. Już jako młody człowiek popadł w konflikt z prawem, ale kiedy wreszcie otrzymał wyrok, już pierwszego dnia uciekł z więzienia. Świetnie strzelać nauczyło go wojsko, które nie wzięło pod uwagę jego zaburzeń psychicznych, uznając go za całkowicie zdrowego człowieka.

Biografia Johna Ausoniusa jest niezwykle pasjonująca. Gellert Tamas powoli odkrywa przed czytelnikiem kolejne karty tak, że nie możemy się od niej oderwać. Jak to się stało, że syn niemieckich imigrantów z Wolfganga Zaugga, stał się Johnem Ausoniusem? Człowiekiem, który w inteligentny sposób potrafił przechytrzyć tak wielu ludzi, wykorzystując choćby to, że nawet policja niekiedy kierowała się w swoich poszukiwaniach stereotypami?

Czytelnik trzymając w ręku książkę, właściwie otrzymuje dwie opowieści – o zbrodniarzu oraz o szwedzkim społeczeństwie. Obie są równie pasjonujące. Gellert Tamas połączył tu kilka gatunków – reportaż, dziennikarstwo śledcze i kryminał. Całości nadał taką formę, by czytelnik wciąż czuł napięcie. Dzięki temu od książki nie sposób się oderwać.

„Spustoszenie. Nieopowiedziana historia o katastrofie i dyktaturze wojskowej w Birmie” Emma Larkin

SpustoszenieWłaśnie dotarło do mnie, że gdy czytam reportaże, autorami są Polacy. Czym jak czym, ale tym akurat nasi dziennikarze mogą się pochwalić – Wańkowicz swoje zrobił, Kapuściński przetarł szlaki naszym twórcom na świecie. Gdybym się uparła, to mogłabym przecież zacząć od pozytywistów… Ale nie o tym miało być.

Co wiem zatem o reportażu na świecie? Nie tyle ile bym chciała, jak się okazuje. Dlatego dałam szansę książce Emmy Larkin, „Spustoszenie”. Reportaż został nominowany do Nagrody Dziennikarskiej im. Heleny Bernstein przyznawanej przez Nowojorską Bibliotekę Publiczną. Do sięgnięcia po tę książkę nie skłoniła mnie jednak nominacja do prestiżowej nagrody, ile problem, który został poruszony w reportażu.

W 2008 roku tropikalny cyklon uderzył w wybrzeża Birmy, powodując olbrzymie ofiary w ludziach. Dosłownie zmiótł z powierzchni ziemi całe wioski. Około dwa miliony osób zostały bez dachu nad głową. Przypuszcza się, że sto czterdzieści tysięcy osób straciło życie. Niepojęte były owe zniszczenia, ale najbardziej zagadkowe było postępowanie władz Birmy, które odrzuciły międzynarodową pomoc humanitarną. Uniemożliwiano działania obecnym w Birmie organizacjom pomocowym. Dopiero po kilku tygodniach reżim zdecydował się na złagodzenie stanowiska. Tylko, że wtedy dla wielu osób było już za późno. Trudno sobie wyobrazić jak długie musiały być trzy tygodnie, po których junta wreszcie zdecydowała się wpuścić pomoc, dla zwykłych ludzi. Takich, którzy stracili wszystko.

Emma Larkin dzięki wizie turystycznej dostała się do tego kraju tuż po cyklonie Nargis. Mogła obserwować olbrzymi chaos panujący w tym kraju. Nie było podstawowych środków do życia. Wokół zniszczenia, smród, rozkładające się ludzkie i zwierzęce szczątki.

Ten kataklizm doprowadził ostatecznie do pewnych zmian. Junta starała się utrzymać Birmę w izolacji, by nie stracić władzy. Kiedy jednak pomoc z Zachodu okazała się jedynym ratunkiem, w kraju zaczęły następować zmiany. Są one jednak powolne i sama Emma Larkin obawia się, że generałowie zastąpili mundury garniturami. Można mieć jednak pewną nadzieję, że coś się w tym kraju zmieni – na lepsze.

W książce „Spustoszenie” są nie tylko opisy cierpień mieszkańców tego biednego kraju, którym kataklizm zabrał wszystko. Dziennikarka nie ma zamiaru skupiać się na makabrycznych opisach. Bo je można sobie wyobrazić. Stara się opisać ogrom spustoszeń, jakie nastąpiły w człowieku po cyklonie Nargis. Opowiada też o współczesnej historii Birmy.

W kraju doszło też do innych spustoszeń: politycznych, gospodarczych i moralnych. Książka Emmy Larkin została podzielona na części. W jednej z nich opisuje historię reżimu oraz jak opozycja próbowała z nim walczyć. Zaskakuje, że tak wiele informacji nadal jest niepewnych. Choćby data urodzin generała Than Shwe, rządzącego przez wiele lat Birmą.

Dzięki „Spustoszeniu” mogłam dowiedzieć się nieco więcej o tym tajemniczym dla mnie kraju. Bo o Birmie kilka razy słyszałam, ale niekiedy media odwracją głowę od najważniejszych problemów świata, by oferować nam niczego nie wnoszącą do naszego życia sieczkę. Historia, kultura, religia Birmy są warte uwagi. Mam nadzieję, że przemiany zachodzące w tym kraju dają zwykłym mieszkańcom tego kraju jakąś nadzieję. Bo cierpień otrzymali już wystarczającą ilość.

Warto było przeczytać książkę amerykańskiej reportażystki. Poruszyła ważny temat, o którym warto było się dowiedzieć czegoś więcej. Lubię mieć pełny obraz. Tu zobaczyłam jak wyglądał kataklizm, do czego doprowadził, ale poznałam też wiele więcej. Poznałam historię miejsca, o którym niewiele się mówi. Myślę, że łatwo sobie wyobrazić, dlaczego Emma Larkin ukrywa się pod pseudonimem.  Może dzięki zmianom, które zachodzą w Birmie, będzie mogła się ujawnić?

„Kronika końca świata” Jakub Mielnik

Kronika końca świataNie lubię papki, którą dostajemy od współczesnych mediów. Tych licytacji, kto pierwszy dotrze na miejsce zbrodni, kataklizmu, działań wojennych. A potem pojawiają się relacje, w których liczy się nie człowiek, a to czy było się pierwszą agencją podającą newsa. Jakub Mielnik teoretycznie należy do tego typu grupy reportażystów. Od upadku muru berlińskiego był wszędzie, gdzie coś się działo. Jednak, czy potrafi inaczej spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość?

Co może łączyć Lizbonę i Tajpej, Londyn i Manilę, Bagdad oraz Paryż, czy Amsterdam i Dżakartę? Wszędzie tam miały miejsce wydarzenia, które nazwano rewolucjami, czy wojnami. Najpierw upadła żelazna kurtyna, a następnie potoczyła się fala kolejnych zdarzeń. Pozornie nie związanych ze sobą, a jednak mających źródło w upadającym właśnie komunizmie. Coś się kończyło, coś zaczynało. Jakub Mielnik opowiada w skrócie o wielu zamieszkach, które miały miejsce w wielu częściach świata. Najistotniejsze jest jednak dla niego przyglądanie się zwykłemu człowiekowi. Stara się wtapiać w tłum, by poznać zdanie taksówkarzy, włóczęgów, robotników.

Im bardziej autor książki przybliża się do zwykłych ludzi, tym bardziej narasta w nim poczucie zawodu. Nikt nie jest doskonały. Egzotyka może kusić w barwnych katalogach biur turystycznych. Rzeczywistość – zdaje się mówić Mielnik – jest znacznie bardziej skomplikowana. Łatwiej byłoby się położyć na ciepłej plaży i pić kolorowe drinki, jednak pisarz tego nie czyni. Przysłuchuje się rozmowom, wtapia w tło i zdaje nam relację. Nasze zadanie polega na tym, by z tego opisu wyciągnąć wnioski.

„Kronikę końca świata” trudno jednoznacznie zaszufladkować. Z jednej strony czytelnik ma do czynienia z reportażami, a z drugiej esejem. Nie jest to książka dla każdego. Wymaga ona od odbiorcy pewnej podstawowej wiedzy o świecie. Od geografii zaczynając, a kończąc na zasadniczej wiedzy z zakresu historii współczesnej. Jakub Mielnik pokazuje świat z perspektywy jednostki. Zwykłego człowiek, który doświadczył swojego prywatnego końca świata. Autor starając się wtopić w otoczenie, daje nam w nagrodę inne wrażenia. Mniej spektakularne niż z nagłówków gazet, ale zdecydowanie bardziej prawdziwe, pełne emocji. Choć nie zawsze płyną z nich pozytywne wnioski.

Komentarz Jakuba Mielnika nie jest optymistyczny. Pisze w swej książce, że jesteśmy bezradni wobec tego, co dzieje się w świecie arabskim. Historia ma tendencję do powtarzania się. Jednak, czy człowiek potrafi wyciągać z niej wnioski? Według autora to niemożliwe. Warto przytoczyć na zakończenie trafne zdanie Mielnika: „Koniec świata jest procesem ciągłym, który, podobnie jak historia, nigdy się nie kończy”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poznańskiego.

Papusza – Angelika Kuźniak

PapuszaCzternastego sierpnia premierę miała książka Angeliki Kuźniak, pt. „Papusza”. Opowiada ona o niemal zapomnianej już cygańskiej poetce, która została odkryta przez Jerzego Ficowskiego w połowie XX wieku. Wychwalali ją też inni twórcy – m.in. Julian Tuwim. Dar Papuszy stał się jednocześnie jej przekleństwem.

Autorka w swej pracy posługuje się terminem Cyganie, gdyż tak właśnie chciała być nazywana sama bohaterka książki. Nazwa Rom jest pustym i sztucznym tworem, stworzonym przez media. Praca nad biografią Papuszy, zajęła Angelice Kuźniak aż osiem lat. Trudno sobie wyobrazić ogrom pracy, który trzeba było włożyć w powstanie tego reportażu. Pisarka korzystała z archiwum Jerzego Ficowskiego, tekstów, które pozostały po poetce, nagrań radiowych, artykułów prasowych oraz filmów. Bibliografia jest niezwykle imponująca.

Słowo papusza w języku cygańskim oznacza lalkę. Tak nazywano Bronisławę Wajs, ze względu na jej urodę. Nie da się też dokładnie określić, kiedy bohaterka przyszła na świat, ponieważ Cyganie nie liczą lat. Żyją w zgodzie z rytmem przyrody, więc łatwiej im powiedzieć, że ktoś się urodził, kiedy chłopi kończyli zbierać zboże z pól, niż podać konkretną datę. Papusza przyszła na świat około 1908 roku, w bliżej nieokreślonym miejscu.

Matka Bronisławy Wajs pochodziła z galicyjskich Cyganów, ojciec nie uczestniczył w ich życiu. Mała Papusza dorastała wśród Cyganów, szybko uczyła się ich zasad, w końcu była wśród swoich. Jednak oprócz sztuki kradzieży, wróżenia, zapragnęła czegoś innego niż wszyscy wokół niej: chciała nauczyć się czytać. Osiągnęła swój cel, choć inni Cyganie wyśmiewali się z niej i dokuczali małej dziewczynce, która marzyła o poznawaniu książek.

Kiedy miała piętnaście lat, została wydana za Adama. Po jakimś czasie kazał jej odejść. Drugi mąż – Dyźko – po prostu kupił ją od rodziców dziewczyny. Dionizy Wajs nie był delikatnym mężem – bił Papuszę, choć z czasem i ona zrobiła się harda – potrafiła wyzwać i opluć. Po nieudanym romansie bohaterkę dopada  choroba psychiczna. W 1936 roku wraca do taboru, do Dyźka, ponieważ cygańska żona nigdy nie zostawia męża.

W czasie wojny Papusza jest świadkiem egzekucji Cyganów ze strony Niemców i Ukraińców. Ukrywa się w lesie, ale obserwuje śmierć głodową najsłabszych – czyli dzieci. Najtrudniej było przetrwać zimę:

(…) po czterech dniach / czterech synków matki pogrzebały / w zaspach wielkich i białych

– pisze później poetka w swoim wierszu. Potem przychodzi choroba – tyfus. Papuszy i Dyźkowi udaje się przeżyć. Przygarniają też Tarzana, którego poetka bardzo mocno pokocha. Tabor zaś ruszył w stronę Ziemi Odzyskanych. Po drugiej wojnie Cyganom nadal było trudno. Do grupy dołączył też Jerzy Ficowski, który właśnie podczas podróży z taborem zauważył talent Papuszy. Dzięki niemu poetka stała się znana.

Spotkanie z Ficowskim stanie się też przekleństwem dla Papuszy. Po tym jak w 1953 pisarz wydał książkę „Cyganie polscy. Szkice historyczno-obyczajowe” w taborach zawrzało. Papusza została uznana za zdrajczynię tajemnic cygańskich. Poetka bała się o swoje życie i najbliższych. Popadła w chorobę psychiczną. Do końca życia czuła się odepchnięta  i pogardzana przez swoich.

Reportaż Angeliki Kuźniak jest opowieścią o poetce wykluczonej. Czuła, że musi tworzyć, ale za ten dar musiała zapłacić wysoką cenę. Mówiła o sobie:

Z taboru byłam, teraz znikąd jestem. Dyźko mówił: „Nie pisz wierszy, bo będziesz nieszczęśliwa”. A ja pisała jak ta głupia i stało się teraz, że nigdzie nie należę. Cygany stronią ode mnie, odgrodzili się i milczą. Za książkę pana Ficowskiego nienawiść na mnie rzucili. (s. 180).

Poezja stała się dla niej przekleństwem. Została sama, a po śmierci pochowano ją daleko od cygańskich mogił. Dopiero dziesięć lat później przeniesiono trumnę Papuszy do grobu ojczyma.

Książka Kuźniak podejmuje też temat odpowiedzialności. Jerzy Ficowski przyczynił się do tego, że wrażliwa poetka została wyklęta przez swoich. W książce „Demony cudzego strachu” pisał:

(…) czuję w sobie ciężar współodpowiedzialnosći za te wszystkie biedy, którymi Cię kiedyś obarczono, choć wiem, że były nieuniknione. Wybacz mi, jeśli możesz. (s. 189)

Angelika Kuźniak z dokumentów, do których udało jej się dotrzeć, kreśli biografię poetki. Z drugiej strony książka jest też reportażem. Dziennikarka próbuje odtworzyć osobowość bohaterki, pokazać jej hardość oraz niezwykłą wrażliwość, nie dodając autorskiego komentarza. Powstaje historia niezwykle subtelna i pełna wdzięku. Dzięki autorce możemy zrozumieć tę niezwykłą postać. Wchodzimy do poetyckiego świata Papuszy i dotykamy zupełnie obcy nam świat. Kosmos, w którym piękno natury łączy się z okrucieństwem człowieka. A Kuźniak nie ocenia, niczego nie komentuje. Pozwala nam poznać dawno zapomnianą poetkę. Oddaje Papuszy głos. Warto się w niego wsłuchać.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za książkę Angeliki Kuźniak pt. „Papusza”.

Rozliczenie z imperium – C. Elkins o brytyjskich obozach w Kenii

Rozliczenie z imperiumW serii Sfery, Świat Książki wydał niedawno pozycję, która została nagrodzona w 2006 roku Nagrodą Pulizera. Caroline Elkins zdecydowanie na nią zasłużyła, gdyż ogrom pracy jaki włożyła w napisanie „Rozliczenie z imerium” wzbudza szacunek. Samo zgłębianie tematu zajęło jej dziesięć lat i sięgnęło trzech kontynentów. Książka „Rozliczenie z imperium. Przemilczana historia brytyjskich obozów w Kenii” dotyczy drugiej połowy ugiegłego wieku i wydarzeń niewygodnych dla Wielkiej Brytanii.

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku Brytyjczycy głośno wypowiadali się na temat bestialskiego zachowania powstańców w Kenii. Trwała wojna przeciwko partyzantom Mau Mau. Przedstawiani oni byli jako przestępcy, którzy mieli zamiar terroryzować białych osadników.

Oskarżono kilkumilionową grupę Kikuju o złożenie przysięgi Mau Mau i wspieranie ich idei. Dlatego zorganizowano olbrzymi system obozów koncentracyjnych, by przetrzymywać tam wiele tysięcy powstańców. Prawie półtora milionów osób znalazło się w obozach pracy. To, co zaskoczyło Elkins podczas badań, to znikoma ilość źródeł. Wiele dokumentów (pod koniec XX wieku) nadal nie było ujawnionych, a część teczek została wyczyszczona. Trudno było nawet zlokalizować wszystkie obozy. Na szczęście zostały pewne listy, w których opisane było, jak wyglądało życie za drutem kolczastym.

Profesor Harvardu – Caroline Elkins – przez wiele lat przeprowadzała wizje lokalne w Kenii, aby zbadać konsekwencje powstania Mau Mau. Spora część ludu Kikuju została osadzona w obozach koncentracyjnych – i spotykały ich tortury, praca ponad siły, nieludzkie traktowanie. Oprawcami byli jednak nie tylko biali kolonizatorzy, również czarni lojaliści znęcali się nad więźniami.

Autorka dotarła zarówno do ofiar, jak i ciemiężców. Starała się, w swej wybitnej pracy historycznej, być obiektywna. Pozkazywać obraz z jednej i drugiej strony. Wszystko o czym pisze zostało udokumentowane, oparte na faktach. Niemal sto stron tej książki stanowią przypisy wskazujące źródła, na których się oparła.

Caroline Elkins ukazała przerażającą historię sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Kiedy wiadomo już było o ludobójstwach nazistów i wydawało się, że nikt już by nieodważył się czegoś takiego uczynić, to cywilizowani Brytyjczycy tworzą w swoich koloniach w Afryce właśnie obozy koncentracyjne. Miejsca, gdzie zamkniętych tam ludzi traktowano w najgorszy z możliwych sposobów – próbując odebrać im ich człowieczeństwo.

Hipokryzja angielskich polityków również przeraża. Próbowano przemilczeć temat obozów. Nie pozwalano mu wydostać się na światło dzienne. Zbrodnie Anglików były tuszowane przez wiele lat. Na dodatek brytyjska propaganda głosiła, że w Kenii odniesiono sukces w owej – jak to nazywano „misji cywilizacyjnej”.

Oczywiście autorka obala mit, jaki próbowali tworzyć Anglicy. Dokładnie pokazuje zbrodnie. Na wiele z nich nie ma już jednak dokumentów, stąd rozmowy ze świadkami. Elkins zdając sobie sprawę, z ułomności ludzkiej pamięci, szukała więc punktów wspólnych, by zrekonstruować świat obozów.

Lektura „Rozliczenie z imperim” nie należy do łatwych. Trudno przebrnąć przez opisy zbrodni dokonywanych na Kikuju. Zaraz też widzimy analogię do obozów hitlerowskich. Brytyjczycy postępowali  podobnie. Chociażby wysługując się czarnoskórymi lojalistami, żeby w razie czego mieć czyste ręce. Książka jest pozycją obowiązkową dla tych, którzy pragną mieć pełen obraz tego, co się wydarzyło w latach pięćdziesiątych w Kenii. Napisana została w interesujący sposób, w bardzo dobrym, reporterskim stylu. Jako czytelnik – mimo szoku – chciałam  poznawać te fakty. W końcu tak niewiele wiadomo o białym terrorze w Kenii. I miłośnicy historii, i uwielbiający reportaże z pewnością nie przejdą obojętnie obok tej pozycji.

 Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za „Rozliczenie z imperium”.