Tytuł najnowszej książki Ilony Wiśniewskiej niewiele nam mówi. Dopiero podtytuł „Na północnych wyspach” powoli zaczyna czytelnika naprowadzać na odpowiedni kierunek. Autorka reportażu zabiera nas do konkretnego miejsca w świecie, a mianowicie do Norwegii do Tromsø. Leżące za kołem podbiegunowym miasto od kilku lat jest celem podróży wielu turystów, dla pisarki jednak stanowi coś więcej. Ilona Wiśniewska od lat tam mieszka, więc zauważa zmiany, jakie tu stopniowo następują.
Już pierwsze zdania reportażu skłaniają do zastanowienia, o czym będzie „Hjem”. Kobieta nawołuje kogoś. Jest nad wodą i nikt nie odpowiada. Okazuje się, że woła JJ, pewną mewę, która powinna już wrócić o tej porze roku w te okolice, więc jest wyczekiwana przez Bjørg. O tej osobie autorka dowiedziała się z pewnego filmowego dokumentu i postanowiła odnaleźć. Ilona Wiśniewska w filmie dostrzega, że okolice są jej znane, dzięki temu ma nadzieję, że prędzej czy później znajdzie Bjørg w okolicach Tromsø. Uda im się pewnego dnia spotkać i porozmawiać, co doprowadzi do pewnej większej opowieści.
Ilona Wiśniewska i Bjørg mieszkały na sąsiadujących ze sobą wyspach, ale żeby od pierwszego spotkania doszło do właściwej rozmowy minął rok. Norweżka opowiada o pewnej mewie, swoim ptasim przyjacielu. Dzięki temu, że Bjørg i mewa stały się sobie bliskie, kobieta mogła podejść do mewy na niewielką odległość. Udało się Bjørg odczytać dane z obrączki, a co za tym idzie, sprawdzić informacje o ptaku. Ta więź z mewą podkreśla samotność, z jaką mierzą się mieszkańcy tych okolic. To słowo staje się pewnym podsumowaniem w kontekście zarówno reportażu, jak i całej północnej części Norwegii.
W Tromsø nie jest łatwo znaleźć przyjaciół, zwłaszcza jeśli jest się cudzoziemcem. Miasto cały czas się rozwija, potrzebne są liczne ręce do pracy. Dlatego przyjeżdżają tu ludzie z różnych stron świata. Dotyka ich samotność, ponieważ wszyscy tu żyją w swoich bańkach. Trudno się przebić poza nią. Ilona Wiśniewska zabiera nas do miasta otoczonego wodą, w którym żyje coraz więcej ludzi. Jeszcze sto lat temu byłaby tu ich garstka, za to natura byłaby bardziej liczna i dawała głośno o sobie znać.
Teraz jednak pojawił się problem. Doszło do ekologicznej katastrofy, gdyż podczas ptasiej grypy zginęło ponad 24 tys. ptaków. Tyle zwierząt zebrano, ale nie wiadomo, ile jeszcze padło martwych w wodzie. Z jakiegoś powodu trójpalczaste mewy, nazywane tu krysiami, próbują przenieść się do miasta. Nie podoba się to mieszkańcom, choć akurat te mewy ani nie kradną, ani nie słyną z okrucieństwa, jak inne. Nikt nie zwraca uwagi, że są to ptaki pod ochroną. Są oczywiście wyjątki, ludzie, którym sytuacja krysi nie jest obojętna. Ilona Wiśniewska przyłącza się do tej garstki, która chce je ratować. Co ciekawe, są to głównie cudzoziemcy.
Tromsø jest trzecim co do wielkości miastem w Arktyce. Znajdziemy tu aż sto czterdzieści narodowości, więc to chyba północny odpowiednik Nowego Jorku, kojarzonego z tym, że stanowi tygiel kultur. W tym północnym mieście jest też ośrodek życia naukowego, choć liczy się przede wszystkim dla wielu, jako popularny kierunek turystyczny, ponieważ aż milion osób przybywa tu corocznie, by zobaczyć zorzę. Mało kto zwraca uwagę na ptaki, ale w „Hjem” są one równie istotne, jak ludzie. Dzięki mewom trójpalczastym wiele osób będzie miało okazję poznać się i zaprzyjaźnić. To ratowane ptaki będą łączyć ze sobą samotników wrażliwych na cierpienie krysi.
Norwegia w reportażu ukazana została z nietypowej, nieznanej nam strony. Ilona Wiśniewska łączy losy ludzi i ptaków. Pisze w poruszający, nieco nostalgiczny sposób. Widać w tych historiach wrażliwość na każde cierpienie: zarówno ludzką, jak i ptasią. Autorka przygląda się mieszkańcom miasta, budynkom, parapetom i dachom, na których często ustawia się ostre gwoździe, by ptaki nie założyły tam gniazd. Reportażystka nie pozwala być obojętnym na losy. Pisze obrazowo, więc łatwo nam sobie wyobrazić miejsca, do których nas zabierze. Czym jest tytułowy „Hjem”? Słowo oznacza dom, siedlisko, bezpieczna przystań. Czy zatem Tromsø jest takim miejscem dla ludzi i zwierząt? Ilona Wiśniewska opowiada w oszczędny sposób, ale opisuje miejsca, ludzi i sytuacje również przez pryzmat własnej wrażliwości. Choć nie ocenia i zostawia komentarze nam, czytelnikom, zauważa wiele problemów, których sami byśmy nie dostrzegli. Zaraża też swoją miłością do przyrody i miejsca. Widać bowiem w „Hjem”, co autorka kocha i co jest dla niej naprawdę ważne.
Lubię reportaże z Czarnego, ale nie wiem czy dam temu konkretnemu szansę.
Reportaże Ilony Wiśniewskiej czytam w ciemno. Do tej pory się nie zawiodłam, a jej opowieści o północy zachęcają, by wybrać się w opisywane miejsca.