„I odpuść nam nasze…” – Janusz Leon Wiśniewski

I odpuść nam nasze..., Janusz Leon WiśniewskiTym wydarzeniem żyła kiedyś cała Polska. Był 10 października 1991 roku, gdy z mediów dowiedzieliśmy się, że zamordowany został Andrzej Zaucha. Najsłynniejsze piosenki krakowskiego wokalisty są znane do dziś. Wystarczy wymienić „Byłaś serca biciem”, czy „Czarny Alibaba”. Kiedy jeszcze nie było Internetu, znanych nam dziś tabloidów, informacji dostarczała zwykła telewizja, prasa codzienna oraz radio. Dzisiaj możemy poznać tę historię dzięki Wydawnictwu Od Deski Do Deski, które zleca znanym autorom tworzenie książek, na podstawie głośnych zbrodni. 

Poznawałam książki tego wydawnictwa nie po kolei, bo od drugiej, rewelacyjnej „Innej Duszy” Łukasza Orbitowskiego. Potem sięgnęłam po „Preparatora” Huberta Klimki-Dobrzanieckiego. Teraz przyszedł czas na trzecią i najnowszą publikację z serii na F/Aktach – „I odpuść nam nasze…” Janusza Leona Wiśniewskiego. Miałam spore obawy co do tej powieści, ponieważ styl tego pisarza nie zawsze trafiał w mój gust. Tym razem jednak moje lęki były nieuzasadnione.

W powieści „I odpuść nam nasze…” Andrzeja Zauchy tak naprawdę prawie nie ma, nawet nigdy nie pojawia się jego nazwisko. Nazywany jest po prostu bardem. Najważniejsza jest osoba, która dokonuje morderstwa. Tego dnia ginie jeszcze ktoś – ukochana głównego bohatera. Choć Vincent jest przekonany, że jego żona tylko zemdlała z wrażenia, wkrótce okazuje się, że i ona została śmiertelnie trafiona. Przez wiele lat ta scena będzie mu się śniła co noc. Zresztą książka zaczyna się od słów: „Śni ten moment. Zawsze tak samo. Od ponad piętnastu lat…” (s. 5).

W niechronologiczny sposób będziemy poznawali historię Francuza, który ulegnie urokowi Polski. W kraju dokonują się przemiany: Solidarność, stan wojenny. Tu Vin poznaje swoją wielką miłość. Tworzy pewne zasady, w których zamyka się jak w kokonie i jednocześnie oczekuje, że inni będą postępowali zgodnie z jego kodeksem. Najważniejszy dla niego jest honor. Kiedy zaczyna podejrzewać, że bard romansuje z jego żoną, to uznaje, że dochodzi do złamania zasad – a to prowadzi prosto do morderstwa.

Vin zostaje skazany za swój czyn, a wyrok odsiedzi do końca. Podczas jednej z przepustek poznaje Agnieszkę, specjalistkę od literackich samobójstw, która go zrozumie i pokocha. Bohater dzięki niej zacznie nowe życie. Ranę po dawnej miłości może uleczyć kolejne uczucie. Nie wiemy do końca, czy Vincentowi udaje się pogodzić wyrzuty sumienia z życiem, które dopiero zaczyna. Skoro raz dokonał zbrodni z zazdrości, czy nie przytrafi mu się drugi raz? Jaki wpływ będzie miała przeszłość na jego dalszy los? Na te pytania nie otrzymamy jednoznacznych odpowiedzi.

Kiedy czytałam książkę „I odpuść nam nasze…”, bardzo wyraźnie czułam, że Janusz Leon Wiśniewski stąpa po bardzo cienkim lodzie. Poznajemy historię głównego bohatera poprzez jego emocje. Sentymentalizmu w tym nie braknie, ale autorowi udaje się nie przesadzić. Z drugiej strony takie zbrodnie z namiętności są chyba równie stare jak sama ludzkość, więc łatwo popaść w banał. Miłość, zbrodnia, namiętność, zdrada to wielkie słowa i napisano już chyba wszystko na ten temat.

Janusz L. Wiśniewski, aby napisać tę powieść, poznał akta sprawy oraz rozmawiał z mężczyzną, który dokonał morderstwa. Udało mu się dzięki temu pokazać, do czego może się posunąć zraniony człowiek. Widzimy, jak silne emocje towarzyszą osobie, która wierzy, że została zdradzona. Czy tak było naprawdę – tego nie wiemy. Powieść „I odpuść nam nasze…” nie jest ani kryminałem, ani romansem. Otrzymujemy opowieść o winie, karze i pokucie. Przy okazji zobaczymy, jak wygląda Polska oczyma Francuza. Aż trudno uwierzyć, że można było ją pokochać, wtedy kiedy dochodziło do transformacji. Chyba, że akurat taki kraj pasuje do osoby nieszczęśliwej, targanej emocjami i samotnej…

  1. Ha, ja przyznam się, że także odczuwam obawy co do pióra Janusza L. Wiśniewskiego, tyle, że w moim przypadku te lęki są znacznie mniej zasadne, ponieważ jak dotąd żadnej z książek pana Janusza nie poznałem. Przeczytałem chyba zbyt dużo negatywnych recenzji pod adresem dzieł tego pisarza, ale widzę, że pora chyba powalczyć ze swoimi uprzedzeniami i spróbować sięgnąć „I odpuść nam nasze…” – utwór sprawia wrażenie całkiem udanego dzieła.

  2. A ja zgram tu rolę adwokata diabła. Mi styl Wiśniewskiego nie wadzi. Ułatwia on sobie czasem granie na emocjach, ale jednocześnie potrafi do robić niezwykle skutecznie. „Samotność w Sieci” nie była może wybitnym dziełem literackim, ale jako melodramat w wersji light spełniła się nieźle. Choć moim zdaniem autor lepiej spełniał się w krótkich formach – patrz „Zespoły napięć’.

Skomentuj Dominika Fijał Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *