W Los Angeles w 1992 roku zapanował wielki chaos. Kiedy grupa policjantów oskarżona o pobicie niewinnego czarnoskórego została uniewinniona, wielu mieszkańców wyszło na ulice. Zaczęła się wojna miejska, która kosztowała życie sześćdziesiąt osób, a straty materialne wyniosły ponad miliard dolarów. Przez sześć dni w Los Angeles panowało bezprawie, a sceny które się tam rozegrały porównać można do dantejskich. „Miasto gniewu” Ryana Gattisa to powieść, która przypomina reportaż, a zabiera nas w samo centrum tych niebezpiecznych wydarzeń.
Książka zaczyna się od bardzo mocnej i brutalnej sceny morderstwa. Ginie latynos Ernesto Vera, który nie ma nic wspólnego ze światem przestępczym, a pragnął tylko prowadzić zwyczajne życie. Zostaje zamordowany przez gangsterów, choć nic nie dzieje się przypadkowo. Dlaczego Ernesto musiał zginąć? Kto za tym wszystkim stoi?
W „Mieście gniewu” splatają się ze sobą losy kilkunastu osób. Historie łączą się ze sobą nie tylko z powodu zamieszek w Los Angeles. Dzięki licznym opowieściom mamy możliwość poznania problemów, z którymi nie poradziły sobie władze miejskie i państwowe. Ludzie doprowadzeni do ostateczności musieli znaleźć ujście dla złych emocji. Stało się to właśnie po kontrowersyjnym procesie policjantów w 1992 roku. Jednak nie były to pierwsze tego typu zamieszki. Według bohaterów kraj nie potrafi sobie poradzić z biedą i uprzedzeniami, więc takie konflikty będą wybuchały regularnie, dopóki nie skończą się problemy związane z nierównością społeczną.
W powieści poznajemy losy siedemnastu osób, których zbliżą w pewien sposób sześciodniowe rozruchy. Bohaterami książki są zarówno gangsterzy, narkoman jak i strażak, czy pielęgniarka. Zaczyna się od morderstwa, ono nakręca całą spiralę przemocy. Czy zemsta jest dobrym wyjściem? Okazuje się, że chęć pomszczenia śmierci brata rodzi lawinę zbrodni, której końca nie widać.
Zbrodnie o charakterze rasowym, podpalenia, powodują, że w mieście nie obowiązują żadne prawa. Nikt nie czuje się bezpieczny, wygrywa prawo silniejszego, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto jest w stanie pokonać największego nawet mocarza. W płonącym Los Angeles znajdą się też hieny, które zechcą wykorzystać sytuację, bo teraz właśnie jest jedyna niepowtarzalna okazja, żeby wiele rzeczy uszło na sucho, a to kusi do wyrównywania rachunków, czy dokonywania rabunków.
Powieść „Miasto gniewu” to książka w której nie brakuje brutalnych scen. Ryan Gattis odsłania naturę człowieka od tej najgorszej strony. Mimo to znajdą się ci, którzy potrafią z poświęceniem i narażeniem życia ratować innych, niezależnie od koloru skóry ofiary. Nie można liczyć na policję, a działania Gwardii Narodowej w zasadzie niczym się nie różnią od tego, co robią gangi. Ameryka, którą widzimy, w niczym nie przypomina kraju, w którym miały się spełniać marzenia o wolności oraz bogactwie. Tutaj poznajemy swoich po tatuażach, czy kolorze skóry.
Ryan Gattis opisuje sześć dni rozruchów w Los Angeles w sposób niezwykle naturalistyczny. Słyszymy chrzęst połamanych kości i widzimy krew rozbryzgującą z przestrzelonej głowy. Same opisy to jednak za mało, by powieść była wiarygodna. Na szczęście nie zabrakło ciekawych portretów psychologicznych. Nie ma litości dla czytelników pod względem drastycznych scen, a do tego dochodzi język. Autor wzbogaca wypowiedzi bohaterów, zwłaszcza Latynosów, hiszpańskimi słowami (często przekleństwami), a ich wyjaśnienia są dostępne na końcu książki. Ryan Gattis świetnie oddał klimat tych strasznych w skutkach dni, że mamy wrażenie, iż czytamy reportaż, a nie powieść. Widzimy, że do tego, by świat opanowało zło, wystarczy tylko iskra…
Nadal jestem zdziwiona, że o tej książce nie zrobiło się głośno. To naprawdę świetna literatura, pełna brutalności i mocnych scen, które pokazują zachowania człowieka w mieście opanowanym przez chaos. Gattis mnie przekonał i czekam na jego kolejne powieści – jeśli mają być podobne do „Miasta gniewu”, to biorę je w ciemno.
Mnie samej powieść Gattisa wydaje się bardzo wiarygodna dzięki temu, w jaki sposób autor oddał postacie, a język i brutalne sceny, to konsekwencja wyboru tematu. Jestem pod wrażeniem, że każda osoba, niezależnie po której stronie konfliktu się znalazła, została przedstawiona w sposób interesujący.
Ta powieść może być wyzwaniem! Jednak wolę Stany pełne neonowych świateł, muzyki pop i sztucznego uśmiechu, na każdym kroku 🙂
W tej powieści jest pokazane, jak sztuczne mogą być te uśmiechy. Tutaj aż kipi od negatywnych emocji, ale muzyki nie brakuje. Autor nawet zamieścił playlistę, byśmy lepiej wczuli się w klimat.
Pingback: „Solfatara” – Maciej Hen | Czytam, bo chcę i już