Parę dni temu premierę miał film animowany pt. „Nazywam się Cukinia”. Biorąc pod uwagę, że zdobył Cezara za najlepszy film animowany i najlepszą adaptację oraz był nominowany do Oscara za najlepszy film animowany, chciałam go obejrzeć. Niestety, nie jest wyświetlany we wszystkich kinach, a przez to że nie mieszkam w wielkim mieście będę musiała uzbroić się w cierpliwość zanim go zobaczę, Jako miłośnik czytania nie mogłam się jednak oprzeć powieści, na podstawie której nakręcono ów film. Wolę sięgnąć najpierw po słowo pisane, a dopiero potem zobaczyć adaptację.
Powieść „Nazywam się Cukinia” napisał Gilles Paris, a z francuskiego przełożyła ją Elżbieta Wilanowska. W Polsce wydano ją już dekadę temu. Wtedy tytuł przetłumaczono nieco inaczej: „To ja, Matołek”. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że historia przeznaczona jest dla dzieci. Kiedy jednak wczytamy się dokładnie w to, co ma nam do powiedzenia dziewięcioletni narrator, szybko okaże się, że otrzymujemy historię dla dorosłych czytelników, ewentualnie dla młodzieży.
Główny bohater, Ikar, w swym krótkim życiu wiele doświadczył. Nie było to nic przyjemnego. Tata „poszedł w świat z jakąś gęsią”, a mama po tym wszystkim się załamała. Jak by tego było mało, przeżyła wypadek samochodowy, a potem spędzała całe dnie przed telewizorem sącząc piwo. Dodatkowo wyżywała się na synu. Pewnego dnia dochodzi do tragicznego w skutkach wydarzenia, a główny bohater poznaje pewnego sympatycznego policjanta i trafia do domu dziecka.
Chłopiec choć ma na imię Ikar, woli by nazywano go Cukinią. W Fointaines poznaje inne dzieci, takie jak on. Każde z nich przeszło już wiele. Wiedzą co to przemoc fizyczna, seksualna, czy psychiczna. W miejscu do którego trafili, czują się bezpieczne, zbliżają się też do siebie. Brakuje im tylko jednego – miłości rodzicielskiej. Pragną ciepła, chcą mieć kogoś bliskiego i wierzą, że kogoś takiego będą miały. Ta naiwność niekiedy zastępowana jest goryczą, a wtedy pojawia się świadomość, że „mamy nie są dla nas”. Jak pogodzić te sprzeczności? Dziecięcą naiwność i niespełnione marzenie o miłości?
W powieści „Nazywam się Cukinia” zobaczymy problemy dzieci z ich punktu widzenia. Dziewięcioletni bohater nie wszystko rozumie ze świata dorosłych i tego co się wokół niego dzieje. Przyjmuje to co się do niego mówi dosłownie. Kiedy słyszy, że wszystkie nieszczęścia zsyłane są nam z góry, postanawia „zabić niebo”. Uważa, że dopiero wtedy będzie szczęśliwy. Nie wie, że przed nim jeszcze wiele trudnych doświadczeń. W Fontaines wszyscy podopieczni pozbawieni zostali tej beztroski, która kojarzy nam się z czasem dzieciństwa.
Co czują ci, którzy zaznali tak wiele zła ze strony dorosłych? Co rozumieją najmłodsi z tego, co się wokół nich działo? Cukinia opowiada o tym co widzi. Jego przyjaciele moczą się w nocy, dłubią w nosie, ssą palce, zachowują się nietypowo. To skutki tego, co zdążyły zaznać. Dzięki tej dziecięcej i naiwnej narracji, autor uniknął epatowania sentymentalizmem czy patosem. Jak wygląda świat z punktu widzenia dziecka? Okazuje się, że to dorośli są tymi, którzy popełniają błędy, choć przed dziećmi przyjmują rolę osób nieomylnych.
W powieści „Nazywam się Cukinia” Gilles Paris posłużył się naiwnym, dziecięcym językiem. Ukazał świat z perspektywy najmłodszych, którzy rozumieją wszystko dosłownie. I choć wiele spraw jest dla nich zbyt trudnych do zrozumienia, właśnie one były postawione w sytuacjach, z którymi nawet dorosły mógłby sobie nie poradzić. Pragną miłości i bliskości, ale nie zawsze ją otrzymują. W Fontaines starają się leczyć rany, ale też poznają czym jest przyjaźń. Właśnie dzięki niej zmieni się życie Cukinii. Gilles Paris pisze do nas, dorosłych, ale w sposób niezwykły. Narrator i jednocześnie tytułowy bohater przedstawia w sposób bardzo przekonujący świat dzieci naznaczonych cierpieniem. Mimo prostoty, nie ma tu miejsca na banał. Gilles Paris wzbogacił historię humorem – zarówno językowym jak i sytuacyjnym. Książka została tak napisana, że czyta się ją w kilka chwil, ale po jej lekturze refleksji nie zabraknie.
Słyszałam już o książce i muszę przyznać, że mnie bardzo zaciekawiła -kiedyś rozejrzę się za nią w bibliotece, mam nadzieję, że będzie. 🙂
Warto popytać w bibliotece – albo zachęcić, żeby nabyli ten tytuł. 🙂