Większość z nas wolałaby nie pamiętać pandemii, ale czy macie ochotę o niej czytać? Trudno odpowiedzieć mi na to pytanie, warto jednak wiedzieć, że Emily St. John Mandel opisała swoją wizję w 2014 roku. Wtedy jeszcze nikt nie mógł przypuszczać, że możemy być całkiem blisko wizji pisarki. W powieści „Stacja Jedenasta” kanadyjska autorka opowiada o upadku cywilizacji, jaką znamy, po wybuchu gruzińskiej grypy. Na podstawie książki powstał serial oryginalny HBO Max. Przyznam szczerze, że po lekturze powieści, jestem ciekawa, jak twórcy poradzili sobie z tą historią.
W opowieściach dystopijnych otrzymujemy mroczną opowieść o przyszłości, natomiast fantastyka postapokaliptyczna koncentruje się na wydarzeniach po kataklizmie czy katastrofie. W książce „Stacja Jedenasta” znajdziemy jedno i drugie, jednocześnie autorka skupia się na pokazaniu historii ludzi, którzy w jakimś stopniu są ze sobą powiązani, niezależnie od tych cech gatunkowych, o których wspomniałam.
Wszystko zaczyna się od sceny w teatrze. W czasie wystawiania „Króla Leara” mdleje aktor. Na pomoc rusza ratownik medyczny, który jest akurat na widowni. Mężczyzna uświadamia sobie wcześniej niż inni, że coś złego dzieje się z aktorem. Niestety, Artur Leandrer umiera na zawał i wysiłki ratownika nie przynoszą skutku. Całe to wydarzenie ogląda Kirsten, mała dziewczynka, która grała w tym przedstawieniu.
Dwadzieścia lat później świat wygląda zupełnie inaczej. W dniu, w którym zmarł Artur Leander, zaczęła się pandemia, która niemal doprowadziła do zagłady ludzkości. Tylko nieliczni przeżyli. Jedną z takich osób jest Kirsten. Wbrew temu, co wydarzyło się na świecie, udało jej się zrealizować marzenie z dzieciństwa. Została aktorką, która podróżuje od jednej osady do drugiej wraz z „Wędrowną Symfonią”. Ci artyści wierzą, że człowiek potrzebuje czegoś więcej niż przetrwania. Tym, co według nich ratuje człowieczeństwo, jest kultura.
Co ciekawe, największą popularnością wśród widowni cieszą się dzieła Szekspira. Kirsten teraz odgrywa zupełnie inne role niż dwie dekady wcześniej. Choć wokół niej wszystko się zmieniło, ona nadal pamięta Artura, wspaniałego hollywoodzkiego aktora. Kiedyś dostała od niego komiks, który nosi tytuł „Stacja Jedenasta”. Kirsten do teraz szuka pamiątek po aktorze, np. artykułów i zdjęć na temat Leandera w starych gazetach.
Świat, po którym podróżuje trupa wędrownych aktorów i muzyków, nie należy do bezpiecznych. Lepiej trzymać się w grupie, ale nawet wtedy trzeba uważać. „Wędrowna Symfonia” poczuje się zagrożona, gdy trafi do osady, w której rządzi pewien fanatyk religijny. Czy rzeczywiście muzykom coś grozi?
Opowieść Emily St. John Mandel została tak skonstruowana, by pokazywać dwa kontrastujące ze sobą światy: po pandemii oraz przed. Poznajemy różne postacie oraz oglądamy, jak łączą ze sobą ludzkie losy. Nic tu nie dzieje się przypadkowo. Każde spotkanie, każdy bohater, wnosi coś do historii, a my oglądamy, jaki wpływ mają inni na bieg wydarzeń. Trochę to przypomina efekt motyla, a my jako czytelnicy, nie raz zostaniemy zaskoczeni w czasie odkrywania tych powiązań. Nawet jeśli wydaje się, że znamy już zarys opowieści, to i tak kolejne powroty do czasów sprzed pandemii, pozwolą nam wzbogacić całą historię o istotne szczegóły i np. odkryć motywacje bohaterów, poznać przyczyny ich zachowania w danej sytuacji.
„Stacja Jedenaście” zasługuje na uwagę pod wieloma względami, ale mnie spodobało się właśnie to umiejętne splatanie losów bohaterów, co dawało taki efekt, że nie mogłam odłożyć książki na bok. Kolejna rzecz, jaka zwróciła moją uwagę, to nawiązania do Szekspira i kultury, która daje ocalenie. To właśnie ona pozwala człowiekowi zachować resztki moralności po katastrofie. Warto też wyobrazić sobie postapokaliptyczny świat opisany przez Emily St. John Mandel. Okaże się, że ma całkiem sporo uroku. To co mroczne, niebezpieczne wychodzi tylko i wyłącznie od człowieka, a nie od natury.
PS Książkę na język polski przetłumaczył Piotr Cholewa.