Człowiek w poszukiwaniu sensu – Viktor E. Frankl

Człowiek w poszukiwaniu sensuCzęsto sięgam po książki dotyczące holokaustu. Tym razem trafiłam na historię człowieka, który przeżył Auschwitz, a jednocześnie był psychiatrą. Obserwował więc ludzi w obozie koncentracyjnym i próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego jedni mogą przeżyć w takich skrajnych warunkach, a inni nie?

Viktor Frankl uznany został za autorytet moralny XX wieku. Jego postępowanie w obozie koncentracyjnym było przykładem na to, że wszędzie można mieć zasady i żyć zgodnie z nimi. Mimo, że był neurologiem i psychiatrą, w Auschwitz traktowano go jako numer, próbowano odebrać mu resztki człowieczeństwa.

Książka Viktora E. Frankla podzielona została na dwie części. Pierwsza dotyczy jego przeżyć w obozach koncentracyjnych, druga jest wykładem jego poglądów z dziedziny psychiatrii. Z racji swojego pochodzenia, autor znalazł się w centrum piekła. Stracił wielu najbliższych – w tym żonę, matkę, ojca i brata. Opowiada o tym, jak znalazł się w obozie. Pisze o swoich pierwszych odczuciach oraz o tym, co go spotkało, jak reagował w różnych sytuacjach. Ważne w Auschwitz było dla niego nieustanne zastanawianie się nad istotą ludzkiego istnienia. Zauważył mianowicie, że ludzie w skrajnej sytuacji mogą zachować swoje człowieczeństwo.

Frankl obserwując innych więźniów dostrzegał pewne reguły. Widział, co dzieje się z człowiekiem, który stracił nadzieję. Ciekawa była reakcja takich więźniów – popadał w apatię, nie wstawał z łóżka i palił ostatniego papierosa. Wtedy wiadomo było, że osoba taka poddała się i wkrótce umrze. Frankl pisze, że najwięcej osób zmarło podczas epidemii tyfusu, już pod koniec wojny – gdyż nie mieli woli walki. Brak poczucia sensu równał się wyrokowi śmierci.

Najbardziej istotnym problemem, który podejmuje autor, jest kwestia wolności. Psychiatra będąc w obozie, mimo że nie miał wpływu na swój los, ciągle musiał podejmować decyzje. Od tych wyborów zależało, czy zachowa własne „ja” i wewnętrzną wolność. Autor dowodzi, że nie tylko brak jedzenia, snu, wycieńczenie wpływały na to, kim był więzień:

„Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w tak skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym, jak i duchowym. Innymi słowy, nawet w obozie koncentracyjnym można zachować ludzką godność.” (s.110)

W tej niewielkiej książeczce Frankl pokazuje, że najważniejsze dla człowieka jest odnalezienie sensu. Tylko, czy możliwe jest to w skrajnych warunkach? Autor dowodzi, że niekiedy trzeba odnaleźć swoje przeznaczenie w cierpieniu. Również tu można zachować swoją godność. Przecież między bodźcem a reakcją istnieje możliwość wyboru. Tu, nawet w obozie, można było zachować człowieczeństwo.

Autor „Czlowieka w poszukiwaniu sensu” przeszedł najtrudniejszy z możliwych egzaminów. Podczas pobytu w Auschwitz udało mu się zachować godność i nie  złamać się. Na podstawie swych doświadczeń, obserwacji i przeżyć, stworzył teorię zwaną logoterapią, która stała się trzecią szkołą psychoterapii.

Druga część książki daje czytelnikowi wgląd właśnie w podstawy logoterapii. Frankl w skondensowanej formie przytacza najważniejsze zagadnienia swej teorii. Tutaj każde zdanie jest istotne, nad każdym trzeba chwilę pomyśleć. Warto się chwilę wysilić, bo jeśli udało się człowiekowi, który znalazł się w otchłani holokaustu znaleźć sens swojego istnienia, może i dla czytelnika znajdą się jakieś wartościowe wskazówki?

Warto poznać książkę Viktora E. Frankla. Różni się ona zdecydowanie od wszystkich dotąd poznanych. Myślę, że chociażby fragmenty powinny być lekturą obowiązkową w liceach, ponieważ daje ona nadzieję. „Od czasu Auschwitz przekonaliśmy się do czego zdolny jest człowiek. Od czasu Hiroszimy wiemy, co nam zagraża” (s. 223). Choć może to zdanie wyrwane z kontekstu brzmi jak przestroga, jednak pokazuje, że musimy dać z siebie wszystko, by pokazać wartość naszego jednostkowego istnienia – tak, by świat stał się lepszy. Viktor Frankl dowodzi, że to możliwe.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca

Dla niegrzecznych kobiet – „Przystań Posłuszeństwa” M. Anderson

Przystań posłuszeństwa„Czerwona seria” Wydawnictwa Czarna Owca rozbudowuje się o kolejne tytuły. Tym razem sięgnęłam po „Przystań Posłuszeństwa” Mariny Anderson. I wbrew tytułowi książka powinna trafić niekoniecznie do tych grzecznych i pokornych pań – ale do kobiet powyżej osiemnastego roku życia.

Fabuła książki nie jest zbyt rozbudowana, skoncentrowana została niemal w całości na tym, by doprowadzić do tego, żeby życie erotyczne Natalie zaczęło wreszcie kwitnąć. Główna bohaterka posiada pozornie wszystko: dobrą pracę, władzę i sporą wypłatę. Do pełni szczęścia brakuje jej tylko satysfakcji w związku. Każdy partner młodej bizneswoman odchodzi, żaden z nich nie potrafi zagrzać dłużej miejsca przy boku Natalie, bo ta zbyt dominuje – i w sypialni, i w życiu codziennym.

Pewnego dnia dowiaduje się od przyjaciólki o istnieniu Przystani Posłuszeństwa w Sussex, gdzie można odmienić swoje życie seksualne. Kobieta szybko decyduje się na wyjazd, choć nie wie, co ją może czekać. A dozna tam sporo wrażeń. Zrobi wszystko w jednym celu, by  przestała dominować w związku, a nauczyła się dawania.

Historia zawiera mnóstwo scen z pieprzykiem. Można wręcz stwierdzić, że ujęłam to zbyt eufemistycznie. Powinnam była napisać o ostrym chili. Natalie podczas dwóch weekendów przeżyje więcej, niż przez całe swoje dotychczasowe życie. Żadnej pruderii. Młoda kobieta uczy się pod czujnym okiem instruktora – Simona. Między obojgiem zacznie iskrzyć. Ale czy taki związek ma szansę bytu? W miejscu, gdzie dochodzi do wielokrotnych zmian partnerów, czy partnerek, albo gdzie pojawiają się w sypialni minimum cztery osoby jednocześnie? I tu będę się czepiać dialogów, które są nieco nienaturalne, zbyt sztywne. Anderson skupiła się przede wszystkim na opisach – im nie można nic zarzucić.

„Przystań Posłuszeństwa” zwraca uwagę zmysłową okładką, która przyciąga wzrok. Sięgnąć powinny po nią te czytelniczki, które nie boją się śmiałych scen erotycznych. Im właśnie podporządkowana jest fabuła, gdyż główna bohaterka udaje się do kurortu, by przeżyć niesamowitą przygodę erotyczną. Praktyki BDSM, seks grupowy, czy przed publicznością są tutaj na porządku dziennym. Wielu osobom wydać się to może niesmaczne – wtedy niech nie sięgają po tę lekturę. Uczniowie Przystani traktują seks jak rozrywkę, nie boją się chorób, czy niechcianej ciąży. Jednak autorka – w kontrowersyjny sposób –  pokazuje, że należy skupić się nie tyle na własnych doznaniach, ile na przeżyciach partnera, czy partnerki. I choć nie każdy musi dochodzić do takich prawd drogą Natalie, to warto sobie uświadomić, że w zwiazku można też dawać, a nie tylko brać.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Czarna Owca.

Czy papież jest winny? Geoffrey Robertson

Czy papież jest winny?Geoffrey Robertson w książce „Czy papież jest winny?” podjął delikatny temat związany z brakiem odpowiedzi Watykanu na liczne przypadki molestowania seksualnego, których dopuszczali się duchowni. Ten znany prawnik wysunął tezę, że papież jest winny naruszania praw człowieka i powinien za to odpowiedzieć.

Czytałam wcześniej „Nie lękajcie się” E. Overbeeka, która omawia problem molestowania dzieci przez polskich duchownych katolickich. Książka „Czy papież jest winny” zajmuje  się podobnym tematem, jednak w znacznie szerszym zakresie. Jako, że autor jest jurystą, zajął się sprawą właśnie z prawniczego punktu widzenia.

Dla Robertsona Watykan przede wszystkim nie może być uznawany za państwo, ponieważ nie spełnia warunków wymaganych przez prawo międzynarodowe. Uznał, że w związku z tym można by posadzić papieża na ławie oskarżonych – np. jako obywatela Niemiec. Większość państw uznaje jednak Stolicę Apostolską, w tym wypadku papież może czuć się bezpieczny ze względu na immunitet, który go chroni jako przywódcę kraju. Dla autora nie do pomyślenia jest, że Kościół Katolicki i reszta świata powołuje się na traktaty laterańskie wyodrębniające Watykan, a podpisane przez – Mussoliniego.

Autor obala wiele argumentów, którymi Kościół Katolicki chroni się, gdy mowa o łamaniu prawa. Molestowanie seksualne jest przestępstwem, dlatego Robertson nie może zrozumieć, dlaczego Benedykt XVI do tej pory nie podjął żadnej sensownej próby, która by z nim próbowała walczyć.

Według prawnika działania Kościoła Katolickiego przypominają zasady funkcjonowania mafii. Przerzucanie księdza pedofila do innej parafii, a nawet na inny kontynent, to według niego zachowania, które powinny być karane, bo chroni się w ten sposób przestępcę. Autor uważa, że takich księży należy postawić przed sądem. Prawo kanoniczne jest w takiej sytuacji mało skuteczne. Najczęściej biskupi tłumaczą się, że nie informowali policji o przestępstwie, bo musieli zachować tajemnicę spowiedzi.

Procedury biskupów, które miały na celu eliminowanie pedofilii, prowadziły często do nagradzania przestępców. Według Robertsona tylko nieliczni byli wykluczani z szeregu kapłanów. Wielu natomiast uniknęło kary w wyniku przedawnienia przestępstwa, nietórzy kontynuowali swoje zbrodnie, tylko w innym miejscu. Przenoszenie kapłanów do kolejnych parafii było jedynie zamiataniem problemu pod dywan.

Według Benedykta XVI zaledwie 1% księży dopuściło się molestowania seksulnego wobec dzieci. Jednaka niektóre badania mówią, że jest ich znacznie więcej, od 4, 6 do 9%. Według raportu ekspertów z John Jay Collage winę orzeczono wobec zaledwie 6% księży, a zaledwie 2% z nich zostało skazanych. Najbardziej szokuje, że aż o 76% oskarżeń księży dotyczących wykorzystywania dzieci nie poinformowano organów ścigania.

Geoffrey Robertson uważa, że Joseph Ratzinger już jako kardynał miał do czynienia z problemem pedofilli w Kościele. Dlatego własnie on ponosi odpowiedzialność, jako ktoś, kto ukrywał przestępstwa. Autor domaga się, by wymagano od Watykanu, by stosował się do obowiązujących konwencji, a nie wymawiał się prawem kanonicznym. Nie mieści mu się w głowie, że Kościół, który stworzył fundamenty etyki, nie stosuje zasady „Zero tolerancji” wobec pedofilów.

Autor, jako prawnik, specjalizujący się w w prawie międzynarodowym oraz prawach dziecka, nie zgadza się na to, by księża byli traktowani inaczej niż pozostali obywatele. Twierdzi, że skoro Benedykt XVI chce być głową państwa, powinien przestać domagać się tego, by księża byli sądzeni według zasad prawa kanonicznego. Duchowny skazany za pedofilię musi podlegać karze laicyzacji, inaczej Kościół straci wiarygodność.

Robertson stawia tezę, że Ratzinger mógłby być sądzony, gdyby zrezygnował z władzy. Uznał, że nie ma takiej możliwości, gdyż abdykacja jest oksymoronem. Jak widać, nie przypuszczał, że papież zostanie emerytem.

Dzięki książce „Czy papież jest winny” czytelnik może zastanowić się nad tym, jak trudną kwestią jest problem pedofilii w Kościele Katolickim. Robertson domaga się takich regulacji od papieża, tak by zgodne one były z prawami dziecka. Nie krytykuje samej religii, rytuałów, czy instytucji. Warto poznać poglądy autora i zwrócić uwagę na tę kwestię. Czy nowy papież podejmie wyzwanie i zmieni zasady? Temat jest delikatny, ale nie można przed nim uciekać. Należy dyskutować i szukać rozwiązań. Nie sądzę, by ktoś chciał postawić Benedykta XVI przed sądem, jednak warto sobie uświadomić, że molestowanie dzieci jest przestępstwem, a ukrywanie winnych też podlega karze. Poglądy Robertsona są jasne i wyłożone w bardzo logiczny sposób. Na ile autor ma rację, czytający musi sobie odpowiedzieć sam.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Czarna Owca.

Lękajcie się – Ekke Overbeek

Lękajcie sięO tym tytule słyszeli już pewnie wszyscy. Ekke Overbeek w książce „Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią” postanowił zająć się problemem, który zdaje się być u nas tematem tabu. O książce wypowiedziało się już sporo osób, dlatego też chciałam ją poznać, by zobaczyć, o czym tak kontrowersyjnym napisał holenderski dziennikarz.

Pierwsza część książki nosi tytuł „Polska milczy”. Autor stara się zestawić problem pedofilii w Kościele Katolickim w Polsce, z tym jak sobie z nim radzono w innych krajach. Sporo tu danych statystycznych  i wyliczeń. Bez tego jednak książka byłaby mało wiarygodna. Overbeek wydaje się być obiektywny. Nie ocenia księży. Wskazuje, że jeśli dla innych problemem są księża homoseksualiści, to dla niego nie – bo nie ma tu mowy o łamaniu prawa świeckiego. Jednak pedofilia jest przestępstwem, a on stara się zbadać skalę tego problemu w środowisku księży katolickich.

Mimo, że papież w 2002 roku przyznał, że pedofilia wśród kapłanów jest problemem, w Polsce tego tematu się nie rusza. Media milczą, podobnie biskupi. Ci ostatni głoszą, że instytucje kościelne nie mogą płacić za przestępstwa dokonywane przez księży. Dlatego po odszkodowania ofiary powinny się zgłaszać do sprawców, nie instytucji. Overbeek z tym się nie zgadza. Mówi, że chociaż sam nie jest katolikiem, przecież zdaje sobie sprawę z tego, czego uczy Kościół. Gdzie tu miłość bliźniego, miłosierdzie, współczucie? Kapłani uznawani są za autorytet moralny i od nich należy wymagać, że będą postępować jak wzór. W momencie, kiedy duchowni nie potrafią sprostać wymaganiom i okazują się pedofilami, powinno się ich karać, a nie chronić – tak jak to się często dzieje.

Książka Overbeeka nie jest atakiem na Kościół Katolicki. Pokazuje, że im szybciej nastąpi walka ze zjawiskim, tym lepiej. Uczą tego afery z zagranicy. Nie można kryć przestępców. Warto się zastanowić, co dzieje się z ofiarami księży pedofilów. One powinny być na pierwszym miejscu i nad nimi powinien się pochylić Kościół. Niestety, autor nie mógł w pełni sprostać zadaniu. Nie dał rady ocenić skali zjawiska w Kościele Katolickim w Polsce, bo trudno znaleźć dane na ten temat. Władze kościelne milczą, a ofiary boją się mówić.

Ich świadectwo zostało przedstawione w drugiej części książki – „Ofiary mówią”. Historie, które zebrał Overbeek, opowiedziane zostały prostym językiem. Szybko można zauważyć pewne schematy. Ludzie, którzy byli molestowani w dzieciństwie, zazwyczaj milczeli. Nawet jeśli zdecydowali się mówić, nie otrzymywali wsparcia – ani od najbliższych, ani od Kościoła. Nie ma mowy o współczuciu. Jeżeli sprawcy zostali skazani, nie zdobyli się na mały, skromny gest – przeprosiny. Żadna z ofiar nie otrzymała odszkodowania. Tylko jedna, spośród dwunastu, stara się o rekompensatę.

Wszystkie z opisanych sytuacji mogłyby się zdarzyć na naszym podwórku. Dzięki takiej książce można chociażby zwrócić uwagę na problem. „Lękajcie się” jest mocnym tytułem. Autor świadomie prowokuje, by wywołać dyskusję. Kiedy rozmawiamy, temat przestaje być tabu, więc zostaje osiągnięty pewien cel. Nie chodzi przecież o to, by krytykować instytucję Kościoła, bądź atakować księży. Sprawcą przestępstwa może być każdy. Czy jest nim ksiądz, czy ktokolwiek inny, nie wolno zamiatać problemu pod dywan.

Wydawało mi się mało wiarygodne, że można milczeć, gdy pojawia się problem pedofilii wśród księży. Książka Ekke Overbeeka pokazuje, jak delikatny jest ten temat. Przeraziły mnie opowieści anonimowych ofiar. Wiele z nich bało się mówić, bo przecież wtedy kapłani robiliby im problemy – nie pozwolili ochrzcić i bierzmować dzieci, pogrzebać zmarłych. Ofiary bały się zemsty, wykluczenia ze społeczności, często zwyczajnie wstydziły się. W książce pokazane zostało, jak łatwo było im ulec manipulacjom pedofilów – przecież każda z ofiar była wtedy nieletnia. „Lękajcie się” poczyniło pierwszy krok. Reszta należy do odbiorców, bo to od nas zależy, czy problem przestanie być tabu i czy coś się zmieni.

Po książkę powinni sięgnąć nie tylko miłośnicy literatury faktu. Również osoby, które chciałyby się dowiedzieć coś więcej na temat ludzkiego wnętrza. Overbeek pokazuje, co się dzieje w psychice nieletniej ofiary przestępstwa seksualnego. Ważne, by przeczytali ją rodzice – uświadamia ona bowiem, jak zachowuje się dziecko molestowane przez pedofila. Tu nie ma taniej sensacji, ale są  ważne pytania, na które warto sobie odpowiedzieć.

Sporo informacji na ten temat znajduje się w najnowszym numerze Newsweeka.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za książkę „Lękajcie się”.

Walentynkowo – tylko dla dorosłych (kobiet) „Fantazje w trójkącie”

Fantazje w trójkącie„Fantazje w trójkącie” zostały wydane przez Czarną Owcę w Czerwonej Serii. Są one książką dla dorosłych i nowoczesnych kobiet. Zerknęłam na powieść Opal Carew – w związku z walentynkami – by zobaczyć, jak wygląda oferta wydawnicza  dla fanów literatury erotycznej. Oczywiście, jeśli ktoś taką książkę otrzyma – jej tytuł może coś sugerować, więc trzeba uważać…

Jenna, główna bohaterka powieści – pragnie spełnić swoje najśmielsze marzenia erotyczne. Jednak, nic nie wskazuje na to, że może się jej to udać, bo ukochany jest dosyć pruderyjny. Na dodatek częściej go nie ma, bo ciężko pracuje. Zawiedziona dziewczyna postanawia z nim zerwać, ale w tym momencie pojawia się na przyjęciu weselnym. Zachowuje się jakby był nieznajomym – a to przecież fantazja dziewczyny…

Jak rozwinie się akcja powieści, nie chcę zdradzać. Wspomnę tylko, że tyuł sporo sugeruje. Można też znaleźć nawiązanie do „Komedii omyłek” Szekspira. Kto czytał, bądź oglądał, domyśli się o co chodzi. I nie mam na myśli wątków komediowych, bo choć się pojawiają w „Fantazjach”, to nie są najważniejsze.

W powieści fabuła jest podporządkowana erotyce. Główna bohaterka spełnia swoje pragnienia. Zaczyna się od pomyłki, a reszta rozwija się lawinowo. Książka zawiera mnóstwo opisów scen erotycznych – dosadnych, realistycznych, choć nie zawsze realnych. I tak jak w bajce, wszystko kończy się dobrze. Pojawiają się kosekwencje, jednak nie są one zbyt dotkliwe.

Podczas czytania „Fantazji w trójkącie” zastanawiałam się, o czym mogą marzyć dorosłe kobiety, te które wszystko mają? Dla młodych dziewcząt był rycerz na białym koniu. Tu jest jego nowoczesna wersja. Bohaterowie są młodymi ludźmi, dobrze sytuowanymi, którym do pełni szczęścia pozostaje spełnienie wszystkich fantazji miłosnych. I, jak w bajce wszystko się udaje, a kochankowie są doskonałymi maszynami miłości, którzy nigdy nie zawodzą.

Porównując książkę do kontrowersyjnego „Grey’a”, muszę przyznać, że ta napisana jest o niebo lepiej. Powieść pochłaniałam w zawrotnym tempie, bo posiada ciekawą fabułę, naszpikowaną opisami scen erotycznych. Można się czepiać słownictwa, które może razić osoby bardziej pruderyjne, ale one raczej po tego typu powieści nie sięgają. W „Fantazjach” wybór języka ma swoje uzasadnienie – dzięki temu nie drażni (żadne „jejku” i „o święty Barnabo” się nie pojawiają). Każdy, kto chce rozrywki, otrzymuje wszystko, co zapowiedziane zostało w tytule, a może nawet więcej…

Neuroza a Modlitwy waginy

Modlitwy waginyCharlotte Roche, autoka „Modlitw waginy” często wymieniana jest jednym tchem obok „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E. L. James. Jednak czy ma z nią cokolwiek wspolnego? Odpowiedź brzmi – nie. Oczywiście poszukiwacze scen erotycznych zaraz podniosą bunt. Obie autorki  łączyć  może jedynie skandal wokół ich książek. Chociaż nic obecnie nie przebije E. L. James. Nawet popularność Harry Pottera jest niczym w porównaniu z Greyem.

Wyobraźmy sobie scenę, w której kobieta zwierza nam się w nieustającym monologu. Nie pomija niczego. Zaczyna od szczegółowych opisów scen z życia małżeńskiego. Wszystko zostanie dokładnie wyłożone, z precyzją godną szwajcarskiego zegarka. Język tej opowieści stanie się niemal monotonny. Gdyby nie bulwersujące szczegóły, można by zasnąć, jak byśmy wsłuchiwali się w jednostajne tykanie zegara.

Tylko treść tego co słyszymy, nie pozwoli nam przejść obojętnie obok Elizabeth – trzydziestotrzyletniej głównej bohaterki. Nie jest to zwyczajny słowotok. Co powoduje, że chce zaspokoić męża – nawet za cenę wspólnych wypadów do burdeli? Dlaczego się nie buntuje, wręcz wybiela męża? Skąd pęd ku ekologii, nienawiść do matki i wszystkie inne kompleksy?

Bohaterka pragnie szczęścia w życiu. Pomóc w tym mają kolejne poradniki. Skoro w książce napisano, że istnieje punkt G, to według Elizabeth musi tak być. Jak perfekcyjnie wychowywać jedyne dziecko, też można wyczytać z poradników. Kobieta tak się zatraca w dążeniach do perfekcji, że zapomina zupełnie o sobie. Liczą się przecież inni, a własne pragnienia należy wykreślić, dlatego że inni mają gorzej. Myślenie o sobie rodzi poczucie winy. A wszystko przez jedno wydarzenie sprzed ponad siedmiu lat.

W książce „Modlitwy waginy” autorka pokazuje czytelnikowi osobowość poranionej psychicznie istoty. Odzwierciedlone zostało to przez język, jaki zastosowała Ch. Roche. Moim zdaniem zrobiła to bardzo wiarygodnie – wręcz słyszałam słowa głównej bohaterki, tak jakby siedziała obok mnie. Jej neuroza, odtworzona również podczas zwierzeń w gabinecie psychoterapeutycznym, ukaże czytelnikom osobowość podobną do potłuczonego lustra. Zraniona przez matkę, ojca, a jeszcze dochodzą do tego niedawne traumy. Jak w tym wszystkim odnaleźć siebie? No i czy jest to możliwe?

„Modlitwy waginy” będą powieścią, po którą niektórzy sięgną ze względu na aurę skandalu. Jednak w przeciwieństwie do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” zetkną się z prawdziwą literaturą. Taką, która każe czytelnikowi myśleć i szukać interpretacji. Sceny intymne zejdą na plan dalszy. Pozostanie konkluzja, jak skomplikowane jest wnętrze człowieka.