Najlepsza dziesiątka w 2014 roku

Najlepsze książki w 2014Koniec roku jest czasem podsumowań. Wprawdzie nie sprawdziłam jeszcze, ile przeczytałam książek, ale wiem, które wywarły na mnie największe wrażenie. Gdybym miała ograniczyć się do jednej książki, która przypadła mi do gustu w tym roku, byłoby mi trudno. Wybrałam dziesięć tytułów, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Oczywiście dobrych książek przeczytałam znacznie więcej, ale te miały w sobie to coś, co sprawiło, że uznałam je za świetne. Moja lista najlepszych książek roku 2014 wygląda następująco Czytaj dalej

Podsumowania nie będzie…

Przeczytałam w tym roku sporo książek. A i tak chciałabym więcej. Jednocześnie zastanawiam się nad tym, czy udało mi się przekonać kogoś do sięgnięcia po jakiś tytuł? Właściwie po to prowadzę te zapiski. Nie jestem wyrocznią, ani guru książkowym, ot czytam i przekazuję swoje wrażenia właśnie tu. Zwyczajnie w świecie nie wyobrażam sobie życia bez książek. Nawet jeśli spróbuję, wychodzi z tego jakiś koszmar w stylu Stephena Kinga. O nie, jest jeden bardziej przerażający pisarz: Ray Bradbury, autor „451 stopni Fahrenheita”, który jeszcze bardziej straszy niż autor „Lśnienia” – przynajmniej mnie.

Zdarza mi się chodzić do kina. Nawet lubię taką formę rozrywki, ale wytrzymałabym bez filmów. W tym roku obejrzałam ich sporo. Fakt, większość była dla dzieci.Telewizji nie mamy od kilku lat. Dzieciaki czasami chodzą do dziadków i tam obejrzą jakąś bajkę. Ostatnio przyszły strasznie pobudzone. Córka stwierdziła: „Wiesz mama, że u babci oglądaliśmy REKLAMY!” A ja się cieszę, ponieważ w okresie przedświątecznym nie muszę słuchać – „O właśnie taką lalkę, chcę”. Co blok reklamowy inną. Oczywiście, dzieci w szkole i przedszkolu poznają doskonale wszystkie trendy, więc nie są pokrzywdzone. Konsumpcjonizm szerzy się nawet wśród ośmiolatków.

Lubię, kiedy zamiast rozmów o tym, co można by kupić, pogadamy sobie choćby o Moni Nilsson. To taka nasza znajoma, razem z Lottą Geffenblad… Bo właśnie tak dzieciaki traktują swoich ulubionych pisarzy – jak dobrych przyjaciół. Najfajniejsze, że sprawia im to niebywałą frajdę. Kiedy byliśmy latem w Sopocie, maluchy wolały spotkania z autorami – same nas tam ciągnęły. A z zabawy na plaży się wymigały, choć zwykle strasznie domagają się morskich kąpieli.

Kolejną formą kultury, która mi się marzy, jest teatr. Może uda mi się w 2014 roku? Z kinem jest łatwiej, nie ma kolejek i latem też są projekcje. Za to pojechaliśmy z dziećmi do teatru. Jako, że najbardziej lubimy książki, wybraliśmy sztukę opartą na znanej nam historii. Jednego nie przewidzieliśmy. Że syn się będzie buntował, gdyż w książce wydarzenie było przedstawione nieco inaczej. Wyłapał wszystkie różnice oraz domagał się trzeciej części przedstawienia – bo w książeczce było znacznie więcej wątków…

A zatem plany na cały nadchodzący rok: czytać, to co się lubi. I mieć szczęście do dobrych lektur. Tego życzę sobie i Wam.

Supermoce – J. Unenge. Zabawnie o marzeniach

SupermoceDzieciaki oglądają czasami filmy. Uwielbiają zwłaszcza te, w których roi się od superbohaterów. Może dlatego właśnie wymyślono Supermana, Spidermana, Batmana i innych, bo każdy choć trochę się z nimi utożsamia? Ale jak uświadomić dzieciom, że to fantazja, żeby przypadkiem nie zechciały skakać z czwartego piętra, by sprawdzić, czy nie są właśnie herosem posiadającym nadprzyrodzone umiejętności?

Książka Johana Unenge „Supermoce” posiada podtytuł: „Liczne rady i wskazania do ich używania”. Kto z nas nie pragnął być niewidzialny, albo podróżować w czasie, czy żyć wiecznie? Pewnego dnia synek zapytał mnie: „Mamo, czy ja nigdy nie umarnę”? Córka go pocieszyła – „Nie martw się, w niebie będziesz mieszkał z Panem Jezusem”. Płaczu było sporo, bo syn stwierdził, że on jednak woli z mamą…

„Supermoce” rozwiązują tego typu problemy. Autor skupia się na typowych marzeniach dzieci (choć wielu dorosłych też pewnie skrywa podobne myśli, tylko się nie przyznają). Dokładnie zostało opisane, co można robić dzięki posiadaniu którejś z nadprzyrodzonych umiejętności. Ale też podane są minusy takich supermocy. Jeśli będę potrafła podróżować w czasie, mogę zmienić historię i nigdy się nie urodzić… A jeśli potrafiłabym latać, co by się stało z moim lękiem wysokości?

Oczywiście nie jest tak, że Johan Unenge podaje młodemu czytelnikowi tylko wady nadprzyrodzonych umiejętności. Pokazuje ich pozytywy oraz negatywy. Dodaje do tego zabawne ilustracje oraz pewne podstawy naukowe. Ważne są również podpowiedzi, że skoro nie potrafimy latać, to może uda się nam skoczyć z kamienia?

Ksiażka nadaje się dla tych dzieciaków, które wiedzą, kim jest św. Mikołaj i znają wyrażenie „cholernie przystojny”. Może trafi do świadomego drugo-, czy trzecioklasisty? Moje maluchy jeszcze wierzą w magię Bożego Narodzenia. Ale można przecież pominąć te kontrowersyjne fragmenty… Autor pochodzi ze Szwecji, a tam niemal niczego się przed dziećmi nie ukrywa. Dozwolone są również pewne niecenzuralne słowa – skoro takie wyrażenia są używane przez młodych odbiorców, autorzy nie uważają za stosowne ich pomijać. Uważają, że w ten sposób są bardziej wiarygodni. (Jestem po spotkaniu z kilkoma szwedzkimi autorkami, które właśnie tak wyjaśniały owe sporne kwestie).

Najbardziej podobało mi się jednak zakończenie opowieści.  Wcześniej autor skupiał się na niezwykłych mocach, tłumaczył, że zwykle nie jest to możliwe do zrealizowania i podpowiadał, jak szukać substytutów. Całość podsumowuje jednak tak, że niektórzy pragną tego, by być superzwyczajnymi. Bo o czym marzy ktoś, kto jeździ na wózku inwalidzkim? Wtedy będzie pragnął tego, żeby chodzić, choć dla większości wydaje się to banalne i niezwykle łatwe. Unenge pozwala młodym odbiorcom zauważyć osoby niepełnosprawne. Na tym właśnie polega siła tej książki. Autor podkreśla, że marzenia mogą być zwyczajne, choć równie ważne, jak te o lataniu. Moim dzieciakom uwielbiającym superbohaterów, ta książeczka bardzo opowiadała. Mogły na chwilę posiąść niesamowite umiejętności, bawiły je też ilustracje – również one mają supermoc.

 Dziękuję Czarnej Owieczce za książkę Johana Unenge.