Gdzie jest Rudek?

Gdzie jest Rudek?Dzieci korzystają w pełni z wakacji. A to chcą do jednej babci, a to do drugiej… W związku z tym rzadziej pojawiają się na moim blogu recenzje książek dla młodszych odbiorców. Jednak czytanie trwa, tylko nie w naszym wykonaniu. Rodzice mogą za to oddawać się własnym lekturom.

Pisałam już wcześniej o książce Holly Webb „Kto pokocha Psotkę?” Pomysł pisarki zadziałał w stu procentach na moje pociechy. Tym razem córka dopadła powiastkę „Gdzie jest Rudek?”. W każdej księgarni dzieciaki zauważają okładki z tej serii. No bo jak nie zwrócić uwagi na zwierzaczka z wielkimi oczyma, który zerka smutno na przyszłego nabywcę? Kto nie chce mieć takiej powieści? Kończy się na tym, że okładki są zagłaskane i mocno oślinione od obcałowywania. Dotyczy to obu płci…

Córka zabrała książkę ze sobą na wakacje. Chce czytać sama, a duże litery zachęcają do tego. No i ta treść. Cierpiące zwierzę, które czeka na kochającą dziewczynkę. Czy Rózia oswoi Rudka?  Co się stanie, gdy farma zmieni właściciela, a potem zamieni się w plac budowy? Czy dziewczynka i kotek się odnajdą? A jeszcze te smutne, ledwo zarysowane ilustracje…

Wydawca doskonale wiedział, że książeczka będzie sukcesem. Takie nagromadzenie emocji… Dziecko czeka niecierpliwie, jak ta historia się skończy. A przecież musi się skończyć dobrze. Kiedy czytam maluchom przed spaniem, zawsze się buntują kiedy chcę przestać. No bo jak można zostawić historię w połowie? W punkcie kulminacyjnym?

Dobrze, że dzieciaki mogą zwrócić uwagę na cierpienia bezbronnych istot poprzez takie książki. Nadmiar lukru im nie przeszkadza, gorzej z rodzicami. Chociaż pewnie (czy z książką, czy bez) skończy się znoszeniem wszystkich bezdomnych zwierzaków do domu. Najważniejsze, by nie zabić w nich wrażliwości. Bo przecież kto nie marzył o tym, by przygarnąć małego kotka? Zawsze można to zrobić w wyobraźni – tego nikt im nie zabroni.

A nasz kot też jest rudy, wiec ma na imię Rudolf… Takie małe podobieństwo.

Książka o zwierzętach dla dorosłych, czy dla dzieci?

Kuna za kaloryferemLubicie zwierzęta? Dzikie zwierzęta… To ta książka jest dla Was. A jeśli nie lubicie, to nie wiecie, że jest zupełnie inaczej.

Mam problem z książką Adama Wajraka i Nurii Fernandez. Dla kogo ona właściwie jest przeznaczona? Kto ma ją czytać – dorośli, czy dzieci? Przeczytałam Kunę za kaloryferem, dzięki Publio, które postanowiło dodawać tę książkę nowym klientom za darmo. Maluchy, które mają po 4 i 7 lat jeszcze nie wszystko są w stanie zrozumieć – zwłaszcza humor pisarza. Dlatego postanowiłam potraktować książkę jako inspirację do samodzielnych opowieści. No tak, wprowadziłam cenzurę… Ale jak tu wytłumaczyć dziecku, że wydra musiala lecieć za granicę, a tu trzeba załatwiać formalności – co to są te  folmalności zapytają?

Za to ile wiem o bocianach… Spora część książki dotyczy właśnie tych ptaków. Wajrak ze szczegółami opowiada jakie mają charaktery, skąd się wzięły u niego i dlaczego. Autor publikował te historie wcześnej – w Gazecie Wyborczej. Teraz mamy wydanie książkowe, poprawione i uzupełnione.

Kuna za kaloryferem to opowieść o miłości do zwierząt. Wajrak i Nuria opiekują się nimi jak niemowlętami. Widoczne jest to zwłaszcza wtedy, kiedy muszą wstawać co kilka godzin z wielkim poświęceniem. Co dostają w zamian? Dziecko można przytulić, a dzikiego zwierzaka niekiedy nawet nie wolno pogłaskać – bo za mocno przyzwyczai się do ludzi i nie poradzi sobie w naturalnym środowisku.

Ta książka o zwierzętach sprawia, że czytający uświadamia sobie, że nasz gatunek nie jest sam we wszechświecie. Po przeczytaniu Kuny za kaloryferem zaczęłam bardziej się rozglądać wokół siebie, bo może ta myszka, która biegnie po pobliskim polu, to akurat smużka? Uzmysłowiłam sobie również, że przez czytanie nauczyłam się sporo o zwierzętach. Teraz sprzedaję tę wiedzę i historie Wajraka dalej – moim dzieciom. Wiem, że będą słuchały z otwartymi buziami…

Wszyscy kochają Psotkę

Kto pokocha Psotkę?Niedawno widziałam pewną sytuację w pobliskim markecie. Dziecko (4-5 letnie) namawiało mamę do kupna książki. Typowa scenka z tupaniem nogami. Rodzicielka odpowiedziała następująco:

– No chyba zwariowałeś?! A po co Ci książka?

Piszę o tym, bo pozycja, która zwróciła uwagę moje dzieci, kusi okładką, a w marketach to ważne… Widnieje na niej  koteczek z wielkimi, niebieskimi oraz smutnymi oczyma. Chwyt doskonały. Żaden wrażliwiec poniżej 10 roku życia nie przejdzie obok niej obojętnie. No i tytuł: Kto pokocha Psotkę? Wiadomo, że wszyscy…

Holly Webb napisała opowieść o dziewczynce, która strasznie przeżywa przeprowadzkę. Maja nie może odnaleźć się w nowym miejscu, nie potrafi nawiązać kontaktu z rówieśnikami w klasie. Rodzice chcą jej pomóc. Postanawiają kupić jej kota syjamskiego. Niestety dziewczynka jest tak smutna, że – ku zdumieniu rodziców – nie chce zaprzyjaźnić się z kotką.

Historia ta ma uwrażliwiać dzieci na cierpienie zwierząt, ale też  pośrednio dowiadują się, jakie uczucia mają inni ludzie. Po kupnie książki zdziwiłam się, że to bardzo rozpromowana seria. Jest nawet strona internetowa, gdzie rodzice, dzieci oraz nauczyciele mogą się sporo dowiedzieć o serii Zaopiekuj się mną. Można grać w gry internetowe, ściągać scenariusze lekcji, czytać artykuły, dyskutować na forum. Wydawnictwo zadbało również o nowoczesnych czytelników  i oferuje  wersję ebook.

Moje pociechy zainteresowały się Psotką. Chociaż książka jest adresowana do osóbek powyżej szóstego roku zycia, to i czterolatek słucha uważnie. Zadbano również o to, by początkujący czytelnicy mogli sięgać po tę pozycję – litery są duże, a każda mama siedmiolatka wie, jak bardzo to istotne. Mimo, że dorosłym książka może się wydawać ckliwa, to myślę, że pobudza empatię – a ważne jest, żeby dzieci dowiadywały się czegoś o uczuciach i próbowały je zrozumieć.

Rozrywka za sprawą kota

Kot w stanie czystymKsiążka o której dziś piszę, nie spodoba się miłośnikom psów. Wtedy przecież trudno mieć kota – choć jest to oczywiście możliwe. Należę do tej części ludzkości, która preferuje koty za ich niezależność.

Dlatego postanowiłam przeczytać Kota w stanie czystym Terry Prachetta. Zrobiłam to po to, aby się rozerwać i poczuć solidarność z innymi właścicielami tychże czworonogów. Autor poradzi nam jak zdobyć kota. Z doświadczenia wiem, że nie trzeba daleko szukać – pewnego dnia sam przyjdzie i już zostanie. Okazać się jednak może, iż nie tylko my myślimy że jesteśmy jego właścicielami, ale nasi sąsiedzi również – a kot będzie na tym korzystał. W tym antyporadniku poznałam odmiany kotów. Nie będą to rasy takie jakie znamy. Okaże się, że jednak wszyscy zgodzimy się z autorem. Są przecież koty farmowe – w naszych realiach nazwalabym je jednak gospodarskimi – sąsiadów, arcyzbrodniarzy, fabryczne i inne.

Jest też gratka dla miłośników fizyki: są to  koty Schrödingera. Istnieje taki stereotyp, że wszyscy wielcy tego świata lubili koty. A może to one lubiły  geniuszy? Trudno mi się wypowiadać na temat eksperymentów z mechaniki kwantowej. Z grubsza chodzi o to, że koty potrafią podróżować w czasie. Dlaczego? Kiedy wychodzimy z pustego mieszkania i mamy stuprocentową pewność, iżkota w nim nie ma – jakże wielkim zaskoczeniem jest fakt, że po powrocie nasz mruczek leży sobie rozłożony na kanapie i słodko śpi…

Ubaw podczas czytania miałam po pachy. Jest to jednak typ humoru, który nam może odpowiadać, ale pod pewnymi warunkami – lubimy Pratchetta, mamy odpowiedni nastrój i chcemy czytać zabawne historie o kotach. Co jakiś czas przez umysł przebiegała mi myśl – przecież tak właśnie jest jak pisze autor. Doskonale pokazał charakter kotów. Znalazł esencję kotowatości w kocie i opisał ją w niezwykle zabawny sposób. Całość dopełniają zabawne ilustracje. Wyobrażam sobie minę osoby, która po przejrzeniu spisu treści zdecydowałaby się na zakup tej książki. Zamiast poradnika o hodowli kota dostajemy coś z zupełnie innej beczki. Na uwagę zasługuje fakt, jak poprzez opisywanie charakterów kotów autor wysmiewa ich właścicieli. Jak naiwni jesteśmy my ludzie uważając, że kot ma coś wspólnego z psem. Autor przedstawia miauczące czworonogi jako zwierzęta, które absolutnie sobie radzą bez człowieka. To my nie możemy bez nich żyć…

Ach te dinozaury…

Atlas dinozaurówKolejnym prezentem w koszyczku od zająca była książka: Mój pierwszy atlas dinozaurów, wydawnictwa SBM. Niewiele w niej tekstu, wystarczają zwykle dwie strony, by opisać któregoś z dinozaurów.

Telewizja Minimini przedstawia w filmie Dinopociąg wiele dinozaurów. Jest to znacznie ciekawsze niż wyżej wymieniona przeze mnie książka. Jednak dzieciaki były zachwycone, że znają pokazywane w programie dinozaury. Co ciekawe, potrafiły też odpowiedzieć na ważne pytania typu: które dinozaury były roslinożerne, do czego służyły im kolce, itp… Niby w książce o każdym z dinusiów jest tylko parę zdań, ale żeby je zapamiętać, to już sztuka. Dzieciom się udało, czy mi też – wolę nie sprawdzać. Atlas wystarcza początkującym paleontologom w wieku 4 lat, ale starsi badacze będą chcieli wiedzieć więcej. Ta książka sprawdza się w chwili, kiedy dzieciaki ulegną modzie na te wymarłe gady. Jednak jeśli fascynacja dinozaurami będzie się przedłużać, to lepiej zaopatrzyć się w bardziej naukowy i obszerny atlas, bądź encyklopedię dostosowaną do wieku dziecka.

Słonie i dzieci

elmerPostanowiłam przeczytać dzieciom książkę, która reklamowana jest tym, że przetłumaczono ją na 30 języków i uznano już za klasyka literatury dziecięcej.

Autorem książek z serii Elmer jest David  Mckee. Pierwsza opowiastka o kolorowym słoniu powstała w 1989 roku.

Aby sprawdzić, czy historia o nietypowym słoniu przekona moje pociechy, zaczęłam od… początku. Pierwszy tytuł to po prostu Elmer. Czym różni się ten bohater od innych przedstawicieli swojego gatunku? Jest bajecznie kolorowy i … w kratkę.

Wesoły słoń postanawia sprawdzic, co by się stało, gdyby był zwyczajny. Tarza się w soku z szarych owoców – i nie zostaje rozpoznany przez przyjaciół. Na szczęście spada deszcz, farba schodzi z Elmera, a pozostałe słonie stwierdzają, że to świetny żart. Na cześć kolorowego przyjaciela urządzają co roku święto Elmera i wszystkie malują się w fantazyjne wzory, a tytułowy bohater korzysta wtedy z dobrodziejstwa szarych owoców i staje się taki jak pozostałe słonie przez 364 dni w roku.

elmer i różaKolejna historia, którą przeczytałam, to Elmer i Róża. Dziadek kolorowego słonia przedstawia mu słoniczkę. Jest ona bardzo wstydliwa i im bardziej się wstydzi, tym bardziej robi się różowa. Elmer podróżuje z nią, by odprowadzić Różę do jej stada. Zaprzyjaźnia się z małą słoniczką. Kiedy docierają na miejsce, okazuje się, że wszytkie słonie są… różowe. Elmer uczy się, czym jest inność, że nie zawsze ona zależy od koloru skóry, ale może na nią wpływać nasz charakter.

Ostatnia opowiastka, którą mielismy okazję poznać, to Elmer i nieznajomy. Słoń, tygrys i lew poznają zwierzątko, które jest nieszczęśliwe, gdyż – jak twierdzi – nie potrafi skakać, a bardzo chciałoby umieć to robić, bo przecież jest kangurem. Trójka przyjaciół po długich naradach i obserwacjach znajduje rozwiązanie, a tytułowy nieznajomy staje się przyjacielem całej trójki. Doprowadzają nawet do tego, że kangur wygrywa zawody w skoku w dal. Elmer z kolegami starają się uszczęśliwić kangurka, bo są wrażliwymi zwierzątkami.

Książki wydano w twardej oprawie, mają bajecznie kolorowe ilustracje. Duże litery mogą zachęcić do samodzielnego czytania nawet siedmiolatka. Natomiast sam tekst bardziej przemawia do młodszych dzieci. To one zwracają uwagę na obrazki, zadają pytania. Starsze natomiast łatwiej zrozumieją ukryte morały – czym jest przyjaźń, inność, tolerancja.