Kiedy sięgnęłam po powieść Julii Philips pt. „Znikająca ziemia” nie miałam pojęcia, że znajdzie się ona na liście 10 książek nominowanych w kategorii literatura piękna do National Book Award. Ta niezwykle prestiżowa literacka nagoda przyznawana w Stanach Zjednoczonych została ustanowiona w 1950 roku. Wróżnienia są przyznawane w pieciu kategoriach. Dotyczą literatury pięknej, literatury faktu, przekładu, poezji oraz literatury młodzieżowej. Za kilka dni poznamy finalistów tegorocznej edycji, natomiast 20 listopada laureata lub laureatkę.
„Znikająca ziemia” to debiut prozatorski Julii Phillips. Jej autorka jest amerykańską dziennikarką, stypendystką Fundacji Fulbrighta. Akcja powieści rozgrywa się na dalekiej Kamczatce. Samolot lecący z Moskwy potrzebuje dziewięciu godzin, by przemierzyć tę odległość. Na końcu świata nic się na pozór nie dzieje. Dwie siostry spędzają samotnie lato na podmiejskiej plaży. Ośmioletnią Sofią opiekuje się jedenastoletnia Alona. Czas płynie powoli, ale Alona nie bawi się dobrze. Czuje się odpowiedzialna za nieznośną siostrę. Ośmiolatka ma ochotę wyczyniać różne głupstwa, dlatego Alona opowiada jej historię o znikającej ziemi. Obie nie wiedzą, że ktoś na nie czyha.
Dziewczynki zostają podstępem porwane przez mężczyznę. Po Sofii i jej siostrze nie ma najmniejszego śladu. Poszukiwania kończą się porażką. Policja prowadzi śledztwo, ale jedyny świadek całego zdarzenia, zapamiętał niewiele. Białego mężczyznę, który zabrał ze sobą dziewczynki do ciemnego i czystego auta. Jednak śledczy nie do końca wierzą kobiecie, która zapamiętała sprawcę. Wielu uważa, że siostrzyczki mogły utonąć w wodach zatoki.
Mijają dni i miesiące. Zniknięcie dziewcząt wpływa na całą społeczność. Wszyscy czekają na nowe wieści, ale w tej sprawie nic się nie dzieje. Za to każdy nowy miesiąc wnosi historię kolejnych osób. Wszystkich łączy Kamczatka. Na pierwszy plan wysuwają się kobiety. Widzimy ich życie, które nie należy do łatwych. Choć pragną niezależności, muszą podporządkowywać się w systemie, w którym dominują mężczyźni. Wolność pozostaje dopiero w sferze emocji. Tego, co czują, nikt nie może im zabrać.
Na pierwszy rzut oka na półwyspie niewiele się dzieje. Dopiero, kiedy wczujemy się w sytuację mieszkańców Kamczatki, dostrzeżemy, jak istotne są tu emocje. Otrzymujemy cały wachlarz postaci, na każdą z bohaterek wpływa w jakimś stopniu porwanie dziewczynek. Przyglądamy się mieszkankom półwyspu i szybko dostrzegamy złożoną strukturę społeczną. Szybko zapominamy o konwencji thrillera, z którą mamy do czynienia, bo owa sieć łącząca postacie zaczyna intrygować coraz bardziej.
Jednocześnie nie należy zapominać o warstwie kryminalnej. Przypomni o tym historia ukazująca matkę dziewczynek ukazana z pewnego oddalenia czasowego. Po kilku miesiącach od porwania, policja niewiele robi w tej sprawie. Zresztą działania podjęte do tej pory pozostawiają wiele do życzenia. Julia Philips nie bez powodu prowadzi czytelnika od jednej postaci do drugiej. Zagłębiając się w losy bohaterek, dostrzegamy, nie tylko jak wygląda ich życie,widzimy też zmiany, jakie zaszły po 1989 roku. Rosjanie, autochtoni i ludzie, którzy tu napłynęli, żyją razem, ale czy nie ma między nimi napięć?
Julia Phillips posłużyła się konwencją thrillera, choć to przede wszystkim pretekst do ukazania zamkniętej społeczności Kamczatki. Kolejne historie kobiet zaskakuja, porażają pod względem emocjonalnym. Każda z opisanych postaci łączy się w jakimś stopniu z zaginięciem dziewczynek, ale sposób, w jaki pisarka snuje opowieści, intryguje. Luźna początkowo nić powiązań stopniowo sie napina, by w końcu emocje sięgnęły zenitu. Już symboliczny tytuł zmusza czytelnika do myślenia, im dalej zagłębiamy się w fabułę, tym trudniej się od niej oderwać, choć to wcale nie wydarzenia tak intrygują, a uczucia bohaterek zmagających się z rzeczywistością, w której nie jest łatwo się odnaleźć.