Węgierska pisarka, Edina Szvoren, oprócz działalności pisarskiej, pracuje jako nauczycielka w szkole muzycznej. Debiutowała w 2005 roku i od tego czasu doczekała się wielu nagród literackich. Za zbiór opowiadań „Nie ma i lepiej, żeby nie było” otrzymała w 2015 Europejską Nagrodę Literacką. Rok temu otrzymała Libri Prize za książkę „Verseim”. Opowiadania to pierwsza jej książka przetłumaczona na język polski. Przełożyła ją z języka węgierskiego Anna Butrym.
„Nie ma i lepiej, żeby nie było” to zbiór dwunastu tekstów. Łączy je pewien wspólny mianownik. W każdym z opowiadań mowa o rodzinie. Ukazywane są one z różnych perspektyw, poprzez innych narratorów. Nie będzie tu żadnych efektownych zwrotów akcji czy zdarzeń. Wszystko, co widzimy ,rozgrywa się pomiędzy ludźmi, nazywanych bliskimi. Tu zobaczymy, że owo słowo nie zawsze ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Rodziny bywają różne, ale chyba w każdej z opisanych pojawi się brak w tych relacjach. Nie będzie on dotyczył wszystkich członków rodziny, ale obraz jaki się wyłania niekoniecznie będzie pocieszający.
Edina Szvoren zabiera nas w podróż po zakamarkach codzienności. Obserwujemy rodziny trochę jak podglądacze, ponieważ nikt przed nami nie próbuje pokazać się od najlepszej strony. To nie będzie niedzielny obiad na pokaz ze zdjęciem opublikowanym w mediach społecznościowych, z którego by wynikało, jaką jesteśmy mocno kochającą się rodziną. Wzajemne zadawanie sobie bólu pojawi się znacznie częściej.
W tytułowym opowiadaniu nastoletnia narratorka stwierdza „Mamo, kochana moja, nie ma czegoś takiego na świecie jak szczęście, i lepiej, żeby nie było”. Kiedy zobaczymy czego doświadcza, wcale się nie będziemy dziwili tej wypowiedzi. Autorka opowiada o tych trudnych doświadczeniach w nietypowy sposób. Zdarza się, że posługuje się krótkimi zdaniami, gdy chodzi o najtrudniejsze emocje, z którymi mierzą się bohaterowie. Często czytelnik musi sam dopowiedzieć sobie, co czuje dana postać, z jakimi uczuciami musi się mierzyć.
Autorka dba o to, by ze szczegółową precyzją opisać rzeczywistość. Zamyka w słowach obrazy, które czasami porażają duchotą tego, co dzieje się między członkami rodziny. Relacje są niełatwe, a bohaterowie choć żyją razem, często są niezwykle samotni. Często brakuje miłości między nimi, a zamiast niej pojawia się nienawiść. Ludzie, którzy żyją razem, stają się sobie obcy, mimo łączących ich więzów krwi.
Edina Szvoren w zbiorze „Nie ma i lepiej, żeby nie było” nie tylko zaskakuje sposobem w jaki mówi o rodzinie, ale również formą. Autorka zmienia narratorów, czasami ukazuje jedną historię przez pryzmat kilku opowiadających. Wcześniej pisałam o krótkich zdaniach, jakie się tu pojawiają, ale bywają również skomplikowane. Język jest tu bardzo ważny, wydaje mi się, że tłumaczka miała trudne zadanie. Edina Szvoren, gdy chce opowiedzieć o czymś trudnym potrafi oddać to poprzez dziecięcy, prosty język, ale zdarzają się i odwrotne sytuacje. Banał jest oddany rozbudowanymi zdaniami. Dla czytelnika owa forma bywa trudna w odbiorze, czy to ze względu na język, czy formę, albo gdy wydaje się, że opowiadanie ma charakter realistyczny, a z czasem okazuje się, że zmierza ku grotesce. Zawsze jednak dociera do sedna w sposób niezwykle przenikliwy. Z kolejnych opowieści wyłonią się rodzinne portrety. Ludzi, którzy stanowią grupę, a jednocześnie są jednostkami, w różny sposób przeżywającymi to, co ich spotyka. Poszukują swojego miejsca w tej małej jednostce społecznej, ale nie zawsze udaje im się odnaleźć w niej równowagę. Choć oglądamy codzienność tych bohaterów, to emocje jakie przeżywają, często chwytają za gardło.