Najnowsza książka George’a Saundersa, po którą mogą sięgnąć polscy czytelnicy, wcale nie jest taką świeżynką. Na „Sielanki” trzeba było czekać ponad dwadzieścia lat. W USA zbiór został wydany w 2000 roku. Wydaje się, że po takim czasie książka mogłaby stracić co nieco ze swojej świeżości, ale nic bardziej mylnego. Okazuje się, że historie zebrane w tym zbiorze opowiadań są aktualne i czytając je ani przez chwilę nie zastanawiamy się nad tym, kiedy powstały. Nie ma to żadnego znaczenia. Warto dodać, że „Sielanki” poznajemy dzięki przekładowi Michała Kłobukowskiego.
Kiedy sięgnęłam po książkę George’a Saundersa, moją uwagę przyciągnęła niezwykle barwna okładka. Po chwili wzrok odnalazł tytuł zbioru. Sielanki kojarzą się większości z nas z opiewaniem uroków życia na wsi. Te idealistyczne obrazy rodem z antyku czy renesansu nijak się jednak mają do tego, co daje nam pisarz. Taki sam tytuł ma również pierwsze opowiadanie umieszczone w najnowszym tomie. Z tym, że długo będziemy szukać idylli w historii opowiedzianej z perspektywy człowieka, który zatrudniony jest w jakimś dziwnym parku rozrywki. Jego zadanie polega na udawaniu neandertalczyka, czy raczej na stawaniu się nim. Nie jest to łatwe, a na dodatek trzeba dobrze wypełniać obowiązki, inaczej zostanie się zwolnionym.
Życie w takim miejscu przypomina pobyt w obozie, albo więzieniu. W jaskini, którą bohater współdzieli z Janet, ma tracić ludzkie odruchy. Najważniejszą kwestią jest formularz Codziennej Oceny Zachowań Partnera/ki. Pytania, na które trzeba odpowiedzieć powodują, że „jaskiniowcy” ciągle żyją w niepewności. Sielanki nie będzie, raczej jej przeciwieństwo nasuwające natychmiast skojarzenia z Orwellem. Główny bohater nie tylko poddawany jest indoktrynacji, ale przez politykę firmy nie ma szansy na zbliżenie do drugiego człowieka. Wszyscy są nastawiani przeciwko sobie. Nasuwa się smutny wniosek, że liczy się cel, który chce osiągnąć pracodawca, a nie ludzie. Można by nawet stworzyć termin dla tego zjawiska: makiawelizm korporacyjny (o ile takowy nie istnieje).
Kolejne historie pozwalają na poznanie bohaterów doświadczonych przez życie. Nie mają zbyt lekko, nie mogą liczyć na ulgi. Choćby młody striptizer, główna postać z opowiadania „Morszczyn”. Nie dość, że ma pod górkę, to jeszcze nawiedza go zmarła ciotka. Bernie zresztą też niczego ciekawego nigdy nie zaznała, więc po śmierci postanowiła uprzykrzyć życie swoim bliskim. W opowiadaniu „Wodospad” widzimy dwie dziewczynki znajdujące się w jeszcze trudniejszym położeniu. Płyną łódką porwaną przez prąd rzeki prosto w stronę wodospadu. Ich beznadziejną sytuację zauważają dwaj mężczyźni. Czy któryś ruszy im na pomoc?
Opowiadania Georgea Saundersa są utrzymane w nietypowej formie. Realizm łączy się z absurdem i groteską. Pojawia się w nich specyficzny humor, ale autor „Sielanek” zmusza czytelnika przede wszystkim do refleksji. Historie za każdym razem są inne i zawsze zaskakują. Nie sposób przejść natychmiast do kolejnego opowiadania zaraz po zakończeniu jednego. Pozostajemy chwilę w stanie zadumy. Zarówno nad samą historią, jak i ludzką kondycją i tym, dokąd zmierzamy. Saunders choć posługuje się humorem, wcale nie prowadzi nas do pozytywnych wniosków, wręcz odwrotnie. Zachęca nas do przełamywania stereotypowego myślenia. Pokazuje nieudaczników, ludzi, którzy na co dzień raczej nie są bohaterami żadnych opowieści. W ten sposób sprawia, że patrzymy na nich z empatią. Warto sięgnąć po zbiór „Sielanki”, ponieważ styl Saundersa jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Mamy do czynienia ze świetną prozą. Taką, która na długo pozostaje z nami.