Powieść Percivala Everetta pt. „Drzewa” niewiele sugeruje samym tytułem. Jednak po lekturze książki „James” nie mogłam przejść obok tej nowosci obojętnie. Reinterpretacja „Przygód Hucka Finna” została nagrodzona Pulitzerem, National Book Award i Kirkus Prize. „James” miał premierę w USA w 2024, ale w Polsce mogliśmy po nią sięgnąć już rok później. Teraz mamy okazję poznać tłumaczenie na język polski powieści „Drzewa” dokonane przez Tomasza Maciosa. Ten tytuł również był nominowany do najważniejszych nagród literackich w USA i choć nie zdobył pierwszego miejsca, to przede wszystkim mocno musiał poruszyć Amerykanami ze względu na podejmowany temat.
Percival Everett zabiera czytelników do małej miejscowości Money w stanie Missisipi. Ta nędzna mieścina ma niechlubną przeszłość. W 1955 roku zlinczowano tu nastoletniego chłopca, Emmetta Tilla. Za co? Ponieważ odezwał się do dziewczyny. Zastanawiacie się, co w tym złego? Otóż ona była biała, a on miał ciemną skórę. Teraz, kilka dekad później, w Money dochodzi do serii zabójstw. Giną biali mężczyźni. Morderstwa są bardzo brutalne, sprawiają wrażenie komunikatu od mordercy. Jednak, czy sprawca wciąż żyje? Przy ciele Juniora Juniora i Wheata policjanci znajdują ciało czarnoskórego, który w dłoni trzyma jądra ofiar.
Sprawą najpierw zajmują się miejscowi, ale nie za bardzo im idzie. Ciało czarnoskórej ofiary znika im z kostnicy, by znaleźć się przy kolejnej ofierze. Dlatego do sprawy przydzieleni zostają agenci z MBI. Nie podobają się za specjalnie miejscowym, nie tylko dlatego że są z Biura Śledczego Missisipi, a również z powodu czarnego koloru skóry. Ed Morgan i Jim Davies mają nie lada zagadkę do rozwikłania, gdyż samo wypowiedzenie na głos tego, co się dzieje, brzmi jak jakieś szaleństwo. Biali policjanci nie będą im jednak ułatwiali zadania.
Opowieść nie tylko zdaje się absurdalna, ale Percival Everett pisze na temat rasizmu posługując językiem niepozbawionym humoru. Same sceny morderstwa są jednocześnie brutalne, a z drugiej nieprawdopodobne, karykaturalne. Wyobraźnie podsuwa nawet reżysera, który mógłby najlepiej oddać tę historię. Pierwszym skojarzeniem jest oczywiście Quentin Tarantino, właśnie przez to połączenie przemocy i absurdu.
Najbardziej uderza nas w tej historii rasizm. Jego obecna postać wydaje się niezmienna od wojny secesyjnej. Mieszkańcy Money nie bawią się nawet w udawanie poprawności wobec innego koloru skóry niż biały. Cała reszta jest podejrzana, a czarnoskórzy najbardziej. Everett w przerysowany sposób ukazuje białych mieszkańców Money, jako tępych wieśniaków, sercem oddanych pomarańczowemu prezydentowi. Zwłaszcza policjanci rażą swoją głupotą. Nadaje im to komiczny rys, tak samo jak obraz członków Ku Klux Kalnu, którzy nawet nie potrafią podpalić krzyża, tak by wywołać planowany efekt.
Podczas lektury mamy z jednej strony do czynienia ze śledztwem, tak jak w kryminałach, a z drugiej poznajemy historię linczów. To do nich nawiązuje tytuł książki, ponieważ drzewa na Południu były często wykorzystywane do wieszania na nich ludzi, których jedyną winą był „niewłaściwy” kolor skóry. Teraz jednak dzieje się coś, co przekracza ludzkie pojęcie. Percival Everett daje czytelnikom książkę, która zupełnie wymyka się jakimkolwiek próbom gatunkowym. Przeczytałam na stronie Wydawnictwa Marginesy, że „Drzewa” są „mocną satyrą na temat zemsty i sprawiedliwości rasowej w Ameryce”. Wszystko, co czytamy wprowadza czytelnika w pewną konsternację. Nie wiemy, czy to, co w danym momencie nas bawi, za chwilę nie będzie przerażać. Makabryczna historia kryminalna zamienia się chwilami w komedię, a potem jeszcze przechodzi w horror. Wszystko po to, by pokazać nam rasizm w jego najgorszej postaci.
PS. Powieść na język polski przełożył Tomasz Macios.