Kiedy biorę do ręki książkę, zależy mi na tym, by to co czytam, było ciekawe i miało jakąś wartość. Nie zastanawiam się za bardzo, w jaki sposób doszło do wydania danej publikacji. Mam świadomość oczywiście, kto napisał dany tytuł, w jakim wydawnictwie została opublikowana książka. W końcu od wielu lat jestem czytelniczką, interesują mnie nie tylko same historie opublikowane w czytanych przeze mnie tytułach, ale również to jak pod względem formy i języka są napisane. Zauważam jednak, że to co interesuje mnie, niekoniecznie idzie w parze w tym, co jest popularne, modne i rozchwytywane. Wręcz odwrotnie, dziwię się, jak kiepsko napisane są te opowieści, które zalewają nas w mediach społecznościowych i zyskują miano bestsellera. Publikacja „Biblioróżnorodność. Manifest wydawców niezależnych” Susan Hawthorne wyjaśnia odbiorcy dlaczego nie chodzi tylko o to, żebyśmy w ogóle czytali, tylko jak istotne jest, by w wydawniczym świecie znalazło się miejsce nie tylko na wielkie korporacje.
Najpierw zaskoczyć może tytuł eseju. Biblioróżnorodność brzmi nieco biologicznie. Kojarzy się bowiem z tym, co znamy ze świata natury. Analogia do bioróżnorodności jest oczywiście celowa i to co związane jest ze zdrowiem ekosystemów łączy się z bogactwem różnorodnych treści po jakie może sięgnąć czytelnik. Susan Hawthorne nie wymyśliła terminu sama, a idzie za myślą chilijskich wydawców niezależnych, która pojawiła się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Australijska pisarka rozwija tę metaforę w swoim eseju, argumentując, że różnorodność w świecie książek: zarówno tematyczna, jak i gatunkowa, językowa, czy kulturowa są tak samo potrzebna w kulturze, jak różnorodność biologiczna niezbędna jest dla prawidłowego rozwoju przyrody.
Świat jednak zmierza do tego, by rynkami wydawniczymi rządziły wielkie korporacje. Dlaczego według Susan Hawthorne jest to złe? Otóż w momencie dominacji korporacji wszystko prowadzi do homogenizacji treści, marginalizacji głosów spoza głównego nurtu i ograniczenia przestrzeni dla eksperymentów literackich. Zresztą wciąż słyszymy głosy niektórych, którzy uważają prawa rynkowe za jedyne, jakie powinny obowiązywać. W przypadku świata kultury to się jednak nie sprawdza. Mało kto ma to szczęście, by znaleźć się na szczycie. Jeśli to się uda, pojawia się niezliczona ilość naśladowców, którzy pierwowzór zamieniają w papkę mieloną na wszelkie możliwe sposoby, co staje się w konsekwencji niewarte czytania.
W opozycji do tego Hawthorne stawia wydawców niezależnych, którzy oddają głos ludziom spoza mainstreamu. To właśnie ci twórcy dopuszczają się eksperymentów literackich zaskakując oryginalna formą i treścią. Pod względem biznesowym jest to oczywiście nieopłacalne, dlatego korporacje boją się dopuścić do głosu pisarzy i poetów eksperymentujących z językiem. Pisarka wskazuje nawet, że skuteczna byłaby droga, jaką wybrali Virginia Woolf czy James Joyce, którzy zdecydowali się na self-publishing. W Polsce wydawanie własnym sumptem nadal ma negatywne skojarzenia.
Susan Hawthorne przeprowadza czytelnika przez bolączki współczesnego świata wydawniczego. Kiedy pisała ten esej, jeszcze nie było mowy o zagrożeniach wynikających ze sztucznej inteligencji, jednak wszystkie argumenty, jakie przedstawia autorka, są przekonujące i wyjaśniają nam, dlaczego tak trudno trafić zwykłemu odbiorcy na wartościowe dzieło, bo cały czas podsuwa mu się to samo w nieco zmienionym opakowaniu. Istotne jest, by poznać mechanizmy, przedstawione w „Biblioróżnorodności”, by wyrwać się z tego i zacząć czytać bardziej świadomie. Ludzie kultury nie powinni pisać z myślą, czy to się sprzeda czy nie, a przecież dzisiaj tak się właśnie dzieje. Zamiast równości szans, chciałaby równości efektów, by również ci niezauważani mieli możliwość wypowiedzi i dotarcia do nas, czytelników.
Myślę, że za sprawą eseju „Biblioróżnorodność” poznajemy głos osoby, której zależy na zmianie. Susan Hawthorne pisze w sposób rzeczowy, pełen pasji. Odsłania problemy świata wydawniczego, ale znajduje również wskazówki na naprawę sytuacji. Zachęca nas, byśmy szukali tekstów takich, które oddają glos osobom marginalizowanym. Zacząć jednak trzeba od świadomego sięgania po książki, również ze zwróceniem uwagi na wydawnictwa, czy są niezależne czy raczej powielają to, co akurat modne lecz niekoniecznie wartościowe.
PS Książkę na język polski przełożyła Anna Alochno-Jonas, a jej posłowie również jest ważnym głosem podsumowującym to, co napisała Susan Hawthorne w swoim eseju.