Żyjemy w burzliwych czasach, tak myślimy o tym, co dzieje się teraz w naszej rzeczywistości. Jednak nie trzeba cofać się daleko w przeszłość, żeby znaleźć te historyczne momenty, podczas których wiele się działo i uznajemy je za przełomowe. Lubimy nawet uważać, że mamy o nich pewne pojęcie. Tymczasem laureat literackiej Nagrody Nobla z 2010 roku, Mario Vargas Llosa, w swej najnowszej powieści pt. „Burzliwe czasy”, pokazuje nam, że tak naprawdę niewiele wiemy o tym, co dzieje się na świecie, a jeszcze mniej rozumiemy.
Informacje o współczesnej Ameryce Łacińskiej czy Południowej niezbyt często pojawiają się w naszych mediach. Ostatnio przy okazji śmierci argentyńskiego piłkarza Diego Maradony. Gdyby nie wybitni pisarze latynoamerykańscy, mielibyśmy jeszcze mniejszą wiedzę o krajach położonych na południe od USA. Przywołuję Stany Zjednoczone nie bez powodu. W powieści „Burzliwe czasy” Llosy zobaczymy zaskakujący obraz jej działań. Oto państwo, jak chcielibyśmy wierzyć, które ma dbać o demokrację świata, przyczynia się do czegoś zupełnie odwrotnego. Wszystko w imię walki z komunizmem.
Akcja powieści „Burzliwe czasy” rozgrywa się przede wszystkim w Gwatemali, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Śledzimy losy bohaterów, którzy odegrają istotną rolę na arenie politycznej tego kraju, niektórzy nawet w szerszej skali. To co wydarzy się w Gwatemali, będzie miało wielki wpływ na kraje sąsiednie. W Gwatemali dochodzi do przewrotu. W jego wyniku władzę traci prezydent Jacobo Arbenz Guzmán, człowiek, który uważał, że w jego kraju należy wprowadzić reformy i zmierzać ku demokracji. Wzorem były dla niego Stany Zjednoczone. Jak to możliwe, że mimo tych dążeń, właśnie USA doprowadziło do upadku Arbenza? Dlaczego w wyniku zorganizowanego przez CIA zamachu stanu, władzę otrzymał okrutny Carlos Castillo Armas?
Mario Vargas Llosa opowiada w swojej powieści o roli kłamstwa. Noblista wykorzystuje prawdziwe wydarzenia, ale ubiera je w fikcję tak, że chwilami nie wiemy, co jest faktem historycznym, a co zmyśleniem. Najbardziej prawdopodobna postać okazuje się nieprawdziwa. Tymczasem wydarzenia, które wydają się wytworem wyobraźni pisarza, znajdują potwierdzenie w historii Gwatemali. A wszystko przez niepozorne banany…
Sam Zemmurray założyciel United Fruit Company doprowadził do niesamowitego rozwoju korporacji. Potrzebował tylko kogoś, kto poprawi wizerunek firmy. W tym celu zatrudnił marketingowca Edwarda Bernaysa, specjalistę PR. Kampania Bernaysa doprowadziła Stany Zjednoczone do podjęcia określonych działań w Gwatemali. Manipulacje okazały się niezwykle skuteczne i doprowadziły do tragedii.
Peruwiański noblista „pisząc o Gwatemali lat 50., stawia zarazem diagnozę rzeczywistości, która nas otacza.”, mówi Piotr Bratkowski. Trudno nie zgodzić się z tym zdaniem. Widzimy, że siedem dekad po przewrocie niewiele się zmieniło. Żyjemy w świecie otoczeni przez kłamstwo i manipulację. W co zatem wierzyć? Może w ciekawą fikcję, która czasami najlepiej opisuje rzeczywistość? Mario Vargas Llosa nie zapomina o tym, żeby dać nam historię, która zmusza do refleksji. Oglądamy wielowątkową historię, losy licznych bohaterów, z których na pierwszy plan wysunie się zmysłowa Miss Gwatemali. Choć Llosa zabiera nas do miejsc mało znanych i opowiada o przeszłości, która nie zajmuje wiele miejsca w podręcznikach historii współczesnej, to jednocześnie otrzymujemy coś, co znamy z własnego podwórka. „Burzliwe czasy” okazują się uniwersalną opowieścią o władzy, manipulacji, kłamstwie i namiętności. Taką, która rozegrać mogłaby się wszędzie.