Rozliczenie z imperium – C. Elkins o brytyjskich obozach w Kenii

Rozliczenie z imperiumW serii Sfery, Świat Książki wydał niedawno pozycję, która została nagrodzona w 2006 roku Nagrodą Pulizera. Caroline Elkins zdecydowanie na nią zasłużyła, gdyż ogrom pracy jaki włożyła w napisanie „Rozliczenie z imerium” wzbudza szacunek. Samo zgłębianie tematu zajęło jej dziesięć lat i sięgnęło trzech kontynentów. Książka „Rozliczenie z imperium. Przemilczana historia brytyjskich obozów w Kenii” dotyczy drugiej połowy ugiegłego wieku i wydarzeń niewygodnych dla Wielkiej Brytanii.

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku Brytyjczycy głośno wypowiadali się na temat bestialskiego zachowania powstańców w Kenii. Trwała wojna przeciwko partyzantom Mau Mau. Przedstawiani oni byli jako przestępcy, którzy mieli zamiar terroryzować białych osadników.

Oskarżono kilkumilionową grupę Kikuju o złożenie przysięgi Mau Mau i wspieranie ich idei. Dlatego zorganizowano olbrzymi system obozów koncentracyjnych, by przetrzymywać tam wiele tysięcy powstańców. Prawie półtora milionów osób znalazło się w obozach pracy. To, co zaskoczyło Elkins podczas badań, to znikoma ilość źródeł. Wiele dokumentów (pod koniec XX wieku) nadal nie było ujawnionych, a część teczek została wyczyszczona. Trudno było nawet zlokalizować wszystkie obozy. Na szczęście zostały pewne listy, w których opisane było, jak wyglądało życie za drutem kolczastym.

Profesor Harvardu – Caroline Elkins – przez wiele lat przeprowadzała wizje lokalne w Kenii, aby zbadać konsekwencje powstania Mau Mau. Spora część ludu Kikuju została osadzona w obozach koncentracyjnych – i spotykały ich tortury, praca ponad siły, nieludzkie traktowanie. Oprawcami byli jednak nie tylko biali kolonizatorzy, również czarni lojaliści znęcali się nad więźniami.

Autorka dotarła zarówno do ofiar, jak i ciemiężców. Starała się, w swej wybitnej pracy historycznej, być obiektywna. Pozkazywać obraz z jednej i drugiej strony. Wszystko o czym pisze zostało udokumentowane, oparte na faktach. Niemal sto stron tej książki stanowią przypisy wskazujące źródła, na których się oparła.

Caroline Elkins ukazała przerażającą historię sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Kiedy wiadomo już było o ludobójstwach nazistów i wydawało się, że nikt już by nieodważył się czegoś takiego uczynić, to cywilizowani Brytyjczycy tworzą w swoich koloniach w Afryce właśnie obozy koncentracyjne. Miejsca, gdzie zamkniętych tam ludzi traktowano w najgorszy z możliwych sposobów – próbując odebrać im ich człowieczeństwo.

Hipokryzja angielskich polityków również przeraża. Próbowano przemilczeć temat obozów. Nie pozwalano mu wydostać się na światło dzienne. Zbrodnie Anglików były tuszowane przez wiele lat. Na dodatek brytyjska propaganda głosiła, że w Kenii odniesiono sukces w owej – jak to nazywano „misji cywilizacyjnej”.

Oczywiście autorka obala mit, jaki próbowali tworzyć Anglicy. Dokładnie pokazuje zbrodnie. Na wiele z nich nie ma już jednak dokumentów, stąd rozmowy ze świadkami. Elkins zdając sobie sprawę, z ułomności ludzkiej pamięci, szukała więc punktów wspólnych, by zrekonstruować świat obozów.

Lektura „Rozliczenie z imperim” nie należy do łatwych. Trudno przebrnąć przez opisy zbrodni dokonywanych na Kikuju. Zaraz też widzimy analogię do obozów hitlerowskich. Brytyjczycy postępowali  podobnie. Chociażby wysługując się czarnoskórymi lojalistami, żeby w razie czego mieć czyste ręce. Książka jest pozycją obowiązkową dla tych, którzy pragną mieć pełen obraz tego, co się wydarzyło w latach pięćdziesiątych w Kenii. Napisana została w interesujący sposób, w bardzo dobrym, reporterskim stylu. Jako czytelnik – mimo szoku – chciałam  poznawać te fakty. W końcu tak niewiele wiadomo o białym terrorze w Kenii. I miłośnicy historii, i uwielbiający reportaże z pewnością nie przejdą obojętnie obok tej pozycji.

 Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za „Rozliczenie z imperium”.

Ciągle po kole – Anka Grupińska

Ciągle po koleKsiążką po którą sięgnęłam tym razem, została wydana po raz pierwszy w 2000 roku. Autorka – Anka Grupińska – zajmowała się tematem powstania w getcie przez trzydzieści lat. W efekcie rozmów z powstańcami, powstała książka „Ciągle po kole”.

Pierwszy wywiad z Markiem Edelmanem miał miejsce już w 1985 roku. Potem dwa lata zajęło autorce zbieranie wspomień powstańców żyjących w Izraelu, później z Inką w Warszawie. Tak powstała pierwsza wersja tej opowieści – „Po kole”. Doszły kolejne rozmowy, aż książka zatoczyła koło i została zamknięta drugim wywiadem z Edelmanem.

Zaskakujące jest w tych historiach to, że choć często opowiadają o tych samych wydarzeniach, każdy z pytanych po latach widzi je w nieco inny sposób. Nawet te same osoby mogą mieć kilka wersji imion – bo niektórzy stosują polskie, a inni hebrajskie, są też imiona w jidysz.

Rozmów jest w sumie dziesięć. Kiedy w getcie wybuchło powstanie, bohaterowie zdawali sobie sprawę, że idą na śmierć. Jednego tylko nie przewidzieli – że przeżyją. Ci nieliczni, którym się udało, nie wiedzieli co z sobą zrobić. Jaką drogę obrać? Niektórzy po wojnie zostali w Polsce – jak Marek Edelman, czy Inka – Adina Blady Szwajger. Inni osiedlili się w Tel Awiwie: np. Masza Glajtman Putermilch, Pnina Gryszpan-Frymer, czy jak Szmuel Ron, który zamieszkał w Jerozolimie.

Historie, które opowiadają, łączy powstanie w getcie. Wszyscy rozmówcy brali w nim udział. I choć każda z osób miała inne doświadczenia życiowe, poglądy na świat, to wszyscy za wszelką cenę chcieli przeciwstwić się nazistom. Anka Grupinska pokazuje jak bardzo różnili się od siebie. Jednak chcieli walczyć, ich jedyną wolnością był wybór rodzaju śmierci. Posiadali na tyle silny instynkt przetrwania, że udało im się – na przekór wszystkiemu – przeżyć. Niekiedy dzieliło ich od niej niewiele, przecież śmierć ich otaczała, często czuli jej oddech, a jednak mogą nam opowiedzieć o swoich przeżyciach i emocjach.

Choć nigdy do końca nie poznamy ostatecznej wersji wydarzeń, możemy wniknąć do getta poprzez tych ludzi. Pokazują oni, jak żyli w czasie okupacji, przed i po wojnie. Kształtuje się też pewien wspólny mianownik, choć niemożliwe jest ustalenie dokładnej historii. Szokować mogą dosadne zdania Marka Edelmana, który twierdził, że w getcie nic nie było znaczące. Padają krytyczne słowa w stosunku do księży katolickich, którzy popierali antysemityzm. Nawet Kolbe w swym „Rycerzu Niepokalanej” pisał przed wojną antyżydowskie teksty. Przecież Jezusa zabili Żydzi – takie było powszechne zdanie chrześcijan. Powstańcy tak samo bali się nazistów, jak i Polaków. Zagrożeni byli z każdej strony, mogli wydać ich nawet Żydzi.

Dzięki książce Grupińskiej zachowana zostaje pamięć o Zagładzie. Nie jest może ona doskonała, ale istnieje. Ważne są odczucia bohaterów. Natomiast ich poglądy polityczne tłumaczą pewne postawy – dlaczego niektórzy zostali w Polsce, a inni wyjechali do Izraela. Obraz, który otrzymujemy, przełamuje stereotypy. Pokazuje jak skomplikowany i złożony jest problem Holokaustu.

Wprawdzie Marek Edelman wypiera się bohaterstwa, każe mówić o instynkcie, jednocześnie uświadamia czytelnikowi, że nie można porównywać tamtej moralności z dzisiejszą. Tak łatwo oceniać i szufladkować. Rozmówcy Anki Grupińskiej pokazują nam chociażby, jak źle byli traktowani ze strony AK. Nie otrzymali wsparcia, a niektórzy z Armii Krajowej gotowi byli nawet do tego, by zabijać tych żołnierzy, którzy przeżyli walki w getcie. Pewne fakty szokuja, a jednak warto je poznać, by samemu nie powielać błędnych streotypów. Może wiedza, którą nabywamy dzięki tym rozmowom, przyczyni się do tego, by wreszcie antysemityzm stał się przeszłością?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne

Jacek Piekara – Szubienicznik

SzubienicznikNajnowsza książka Jacka Piekary pt. „Szubienicznik” przyciąga wzrok intrygującą okładką oraz tytułem. Zaskakuje też zawartością. Bo oto nagle przenosimy się do Rzeczypospolitej szlacheckiej z XVII wieku.

Bohaterowie powieści biorą udział – mimo woli – w pewnej intrydze, a może żarcie. Do domu pana stolnika Hieronima Ligęzy przybywa trzech mężczyzn z zaproszeniem, pisanym niby ręką tegoż człowieka. Jak się jednak okazuje, każde z nich jest sfałszowane.

Czy coś łączy te trzy postacie? Wszystkich mężczyzn spotkało coś złego. Poznajemy historie z ich własnych ust. Jednak nie wszystkie relacje są jasne, każdy z mężczyzn ma coś do ukrycia. Tutaj musi z kolei wkroczyć niezwykle inteligentny  podstarosta Jacek Zaremba.

Właśnie on na prośbę Ligęzy ma rozwiązać te sprawy. Podczas licznych uczt i spotkań panowie kolejno opowiadają swoje historie. Czynią to niezwykle obrazowo i barwnie. Zaremba słucha ich uważnie, stara się wyłapać nieścisłości. W tym momencie mamy do czynienia z powieścią detektywistyczną. Wątki kryminalne przeplatają się z obyczajowymi. Podczas tych rozmów obserwujemy również mentalność siedemnastowiecznych szlachciców. Ich poglądy, widzenie świata, zostały wyłożone kawa na ławę.

W powieści Piekary najbardziej tajemniczą postacią jest Gideon. Choć niewiele mówi, głównie obserwuje, intryguje swoim zachowaniem. Zastanawiałam się, jaką odegra rolę w „Szubieniczniku”?

Czytelnik otrzymuje powieść historyczną, z językiem stylizowanym na siedemnastowieczny. Autor wysilił się nawet, by – podobnie jak Sienkiewicz – włączać do wypowiedzi bohaterów liczne wtręty łacińskie. Jednym słowem uczta dla miłośników historii.

Piekara stara się przybliżyć nam życie codzienne tamtych czasów, odtwarza realia i mentalność szlachty. Nie zapomina o przywarach braci Polaków. Trunki będą się lały szeroką rzeką. Dzięki licznym dygresjom przypomniałam sobie, czym był sarmatyzm, jak widzieli świat panowie. „Szubienicznik” pozostawia jednak pewien niedosyt. Wiele wątków zostało w nim rozpoczętych, ale zakończenie nie daje rozwiązania ich wszystkich.

Powieść trzyma czytelnika w napięciu do ostatnich stron. Wprawdzie Piekara zastosował niezwykłą narrację, bo większość wątków poznajemy w stylu tragedii greckich – z relacji uczestników, nie jesteśmy ich świadkami. Oddał w ten sposób hołd siedemnastowiecznemu gawędziarstwu. Czasom, kiedy retoryka stanowiła niezwykle ważny element życia, była po prostu sztuką. Teraz czekam na ciąg dalszy losów Jacka Zaremby.

 Dziękuję za powieść Wydawnictwu Otwarte.

Król Jezus – Robert Graves

Król JezusNiektórzy twierdzą, że książka Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci” odkryła przed czytelnikami nowe horyzonty na temat Jezusa. Jednak niekoniecznie mają rację. Powstało sporo różnych wariacji tej historii, od Nowego Testamentu zaczynając. O ile „Kodowi…” nie można zarzucić wartkiej akcji, to powieść „Król Jezus” zmusi nas do postawienia sobie pewnych pytań na nowo.

Narrację w „Król Jezusie” snuje Agabus Dekapolitańczyk z Aleksandrii, żyjący pod koniec pierwszego wieku naszej ery. Opowiada historię człowieka wywodzącego się z królewskiego rodu, a mianowicie prawowitego następcę tronu – Jezusa. Tytułowy bohater, według Agabusa, miał prawo nosić tytuł królewski, gdyż pochodził ze związku syna Heroda – Antypatra i służki świątynnej Mariamne.

Opisywany Jezus nie przypomina tej postaci, którą znamy z Ewangelii. Graves pokazał alternatywną drogę Chrystusa nie tylko do tego punktu, który pozornie znamy. Efekt niby podobny, ale jego osiągnięcie jest nieco inne. Wystarczy chociażby uznanie Jezusa, za potomka rodu Heroda. Wtedy koncepcja Chrystusa-króla staje się zupełnie uzasadniona. Tylko jak połączyć losy znienawidzonego przez wszystkich Heroda i Jezusa? Autor wpadł na świetny pomysł, by Chrystus został jego wnukiem – synem Antypatra. W tym momencie jednak Jezus z Syna Bożego staje się pretendentem do tronu Izraela, ale nadal jest tylko człowiekiem.

Graves  świetnie też uzupełnił lukę w życiorysie Chrystusa. Pokazał, jaką mógłby przejść drogę do momentu, aż zaczął nauczać. W logiczny sposób wykreował jego losy, by dojść do tych chwil, które znamy z Nowego Testamentu. Jednak następne wydarzenia nabiorą nowego znaczenia, bo zostaną ukazane w innym świetle.

Autor opisując losy Jezusa posłużył się ciekawą techniką, a mianowicie zastosował metodę analeptyczną: historię opowiada narrator żyjący w 93 roku. Jest to wizja uczonego, który nie był świadkiem opisywanych przez siebie wydarzeń, jednak myśli jak człowiek z  czasów Jezusa, przekazuje tamtą wizję świata. I nam się to udziela. Aż nie chce się wierzyć, że książka powstała w 1946 roku. Wywołała tak wielki skandal, że obłożoną ją anatemą, m.in. w Irlandii i Portugalii. W niekatolickiej Anglii cieszyła się natomiast sporą popularnością.

Powieść zaskoczyła mnie olbrzymią ilością informacji na temat różnych religii. Tego, jak one na siebie wpływały, ewoluowały i zmieniały. Pokazuje też historię Jezusa, jako pewną wypadkową intryg, polityki tej religijnej, jak i państwowej, połączonej z odrobiną przypadku. Nie ma tu miejsca na boskość. Narrator kreśli żywot Jezusa ze swojego punktu widzenia, osoby żyjącej w I wieku naszej ery. Jako uczony wyróżnia się olbrzymią wiedzą, człowieka żyjącego w czasach starożytnych. Dzięki temu przesunięciu w czasie, obserwujemy Jezusa z pewnej perspektywy, oddalenia i z dystansu.

Książka „Król Jezus” imponuje erudycją autora. Sam pomysł wymagał olbrzymiego wysiłku intelektualnego, by historia była prawdopodobna. Oczywiście, dziś raczej ta powieść nie bulwersuje. Jest niesamowitą wizją Gravesa, zmuszającą czytelnika do licznych przemyśleń na temat Jezusa i religii. Opowieść naszpikowano tak wielką liczbą informacji, że należy cały czas być skupionym na fabule. Każde zdanie jest istotne i pełne znaczeń. Wymagało to od mnie stałej uwagi, między innymi przez liczne odwołania do mitów i wierzeń. Ten wysiłek jednak się opłacił, ponieważ odkrył nowe interpretacje czegoś, co mogłoby się wydawać oczywiste. Nie byłabym sprawiedliwa, gdybym też nie wspomniała o świetnym tłumaczeniu Macieja Świerkockiego. Nazwałabym tę pracę benedyktyńską, ale nie oddałabym jednak wszystkiego. Nagromadzenie w powieści licznych informacji, mitów, imion z tamtej epoki narzucało konieczność ciągłej czujności i wiedzy.

Robert Graves swą książką pokazał mi, jak nikła jest moja  wiedza na temat religii, w sensie ogólnym – od historii, wpływów różnych religii na siebie, na interpretacji osoby Chrystusa kończąc. Pokazał, jak niewiele trzeba, by powstała zupełnie inna historia, niż ta powszechnie znana. Warto się nad nią chwilę pochylić i pomyśleć.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Officyna.

Dobre dziecko – Roma Ligocka

Dobre dziecko„Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej zaintrygowała mnie ze względu na tematykę wojenną. Większa część tej książki została napisana z perspektywy kilkuletniego dziecka. Dziewczynki, która musiała ukrywać się wraz z matką przed nazistami, ze względu na żydowskie pochodzenie. „Dobre dziecko” również jest historią autobiograficzną. Dotyczy jednak przede wszystkim trudnych relacji kilkunastoletniej Romy z matką. I choć główną bohaterką książki jest sama Roma, nagle – po kolejnych wyznaniach – poznajemy równie ważną postać – jej matkę, Tosię.

W „Dziewczynce w czerwonym płaszczyku” Ligocka skupiała się bardziej na sobie, na tym kim się stała przez drugą wojnę światową. Teraz autorka dorasta do tego, by przyznać, że ma nadal w sobie tę kilkunastolatkę, która wciąż się boi. Na początku jest lęk, pojawiający się w związku z przeżyciami wojennymi. Teraz dochodzi obawa o matkę.

Roma – nastolatka, różni się od pozostałych rówieśników. Nie potrafi zaprzyjaźnić się z innymi dziewczętami. Woli samotność i lektury. Choć ma tylko matkę – nie potrafią nawiązać właściwej relacji. Efekty są takie, że Roma coraz bardziej zamyka się w sobie, popada w depresję, ma problemy z apetytem.

Teofila jako jedna z nielicznych przetrwała Holocaust. Podczas wojny starała się chronić córkę. Rzeczywistość powojenna jednak ją przerosła. Kobieta utraciła bowiem wszystko. Mąż choć przeżył wojnę, zmarł na udar – prawdopodobie w wyniku tortur, które zadawali mu komuniści. Po dawnej świetności rodu Abrahamerów, z którego pochodziła Teofila, nie został niemal ślad – jedynie jeden zeszyt z pamiętnika Anny Abrahamer – babci Romy.

Teofila przed wojną uważana była za „dobre dziecko”. Anna Abrahamerowa sądziła, że córka ma przed sobą świetlaną przyszłość, jako małżonka bogatego Żyda. Jednak Tosia zakochała się w biednym Leiblingu. Ten wybór w oczach rodziny był mezaliansem.

Lata pięćdziesiąte w Krakowie były bardzo mrocznymi czasami. Stalinizm, bieda i ciągła obawa o pracę matki Romy powodowały, że obie żyły w poczuciu niepewności. Pewnego dnia dziewczynka odkrywa, że Teofila ma romans. Dzieci wytykają Romę palcami, bo pani Ligocka związała się z żonatym mężczyzną. Dziewczynka odkrywa w torebce matki listy od kochanka. Wujek – jak go nazywała nastolatka – nie chciał jednak opuścić żony.

Roma dorastała wśród skomplikowanych relacji między dorosłymi, nie bardzo je rozumiejąc. Podświadomie czuła, że z matką dzieje się coś dziwnego. Roma obawiała się, że Teofila chce popełnić samobójstwo. Chociaż dziewczynka sama nie potrafiła się pozbierać po holokauście, wyostrza wszystkie zmysły, by chronić mamę. Na szczęście za każdym razem jej się udaje.

Ligocka pisze, że długo musiała czekać, by opisać trudy dojrzewania. Okazuje się, że życie nastolatki nie musi być puste i próżne. Częściej jest trudne i bolesne. Przede wszystkim w „Dobrym dziecku” mowa o dorastaniu do miłości. Takiej między matką a córką. Choć relacja jest trudna, mają tylko siebie. Tak jak Teofila opiekowala się Romą podczas wojny, tak teraz ciężar spadł na córkę. Kilkunastoletnia dziewczynka przejmuje obowiązki i musi dojrzeć do bycia opiekunką. Obie poszukują szczęścia i miejsca dla siebie. Roma Ligocka udowadnia, że trzeba walczyć o swoje miejsce w świecie. Podsumowanie może być następujące:

Nie wiem, czy tam, dokąd lecę, może mnie spotkać nieoczekiwane szczęśliwe zakończenie – czy nasze losy mogą mieć jakiś happy end? A może to ja sama dla siebie jestem happy endem – jedynym szczęśliwym zakończeniem. (s.286)

Warto przyjrzeć się tej powieści, ponieważ Ligocka świetnie poradziła sobie w opisywaniu emocji. Opowiedziała nie tylko o sobie i matce. Świetnie oddała klimat Krakowa lat pięćdziesiątych. Ligocka ukazała trudny proces dorastania, chcąc zrozumieć nastolatkę, która w niej nadal tkwi. Na szczęście dla nas czytelników, dopuściła ją do głosu. Dzięki temu otrzymujemy ciekawą lekturę, choć opowiadającą o bolesnych wspomnieniach.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Literackiemu.

Człowiek w poszukiwaniu sensu – Viktor E. Frankl

Człowiek w poszukiwaniu sensuCzęsto sięgam po książki dotyczące holokaustu. Tym razem trafiłam na historię człowieka, który przeżył Auschwitz, a jednocześnie był psychiatrą. Obserwował więc ludzi w obozie koncentracyjnym i próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego jedni mogą przeżyć w takich skrajnych warunkach, a inni nie?

Viktor Frankl uznany został za autorytet moralny XX wieku. Jego postępowanie w obozie koncentracyjnym było przykładem na to, że wszędzie można mieć zasady i żyć zgodnie z nimi. Mimo, że był neurologiem i psychiatrą, w Auschwitz traktowano go jako numer, próbowano odebrać mu resztki człowieczeństwa.

Książka Viktora E. Frankla podzielona została na dwie części. Pierwsza dotyczy jego przeżyć w obozach koncentracyjnych, druga jest wykładem jego poglądów z dziedziny psychiatrii. Z racji swojego pochodzenia, autor znalazł się w centrum piekła. Stracił wielu najbliższych – w tym żonę, matkę, ojca i brata. Opowiada o tym, jak znalazł się w obozie. Pisze o swoich pierwszych odczuciach oraz o tym, co go spotkało, jak reagował w różnych sytuacjach. Ważne w Auschwitz było dla niego nieustanne zastanawianie się nad istotą ludzkiego istnienia. Zauważył mianowicie, że ludzie w skrajnej sytuacji mogą zachować swoje człowieczeństwo.

Frankl obserwując innych więźniów dostrzegał pewne reguły. Widział, co dzieje się z człowiekiem, który stracił nadzieję. Ciekawa była reakcja takich więźniów – popadał w apatię, nie wstawał z łóżka i palił ostatniego papierosa. Wtedy wiadomo było, że osoba taka poddała się i wkrótce umrze. Frankl pisze, że najwięcej osób zmarło podczas epidemii tyfusu, już pod koniec wojny – gdyż nie mieli woli walki. Brak poczucia sensu równał się wyrokowi śmierci.

Najbardziej istotnym problemem, który podejmuje autor, jest kwestia wolności. Psychiatra będąc w obozie, mimo że nie miał wpływu na swój los, ciągle musiał podejmować decyzje. Od tych wyborów zależało, czy zachowa własne „ja” i wewnętrzną wolność. Autor dowodzi, że nie tylko brak jedzenia, snu, wycieńczenie wpływały na to, kim był więzień:

„Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w tak skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym, jak i duchowym. Innymi słowy, nawet w obozie koncentracyjnym można zachować ludzką godność.” (s.110)

W tej niewielkiej książeczce Frankl pokazuje, że najważniejsze dla człowieka jest odnalezienie sensu. Tylko, czy możliwe jest to w skrajnych warunkach? Autor dowodzi, że niekiedy trzeba odnaleźć swoje przeznaczenie w cierpieniu. Również tu można zachować swoją godność. Przecież między bodźcem a reakcją istnieje możliwość wyboru. Tu, nawet w obozie, można było zachować człowieczeństwo.

Autor „Czlowieka w poszukiwaniu sensu” przeszedł najtrudniejszy z możliwych egzaminów. Podczas pobytu w Auschwitz udało mu się zachować godność i nie  złamać się. Na podstawie swych doświadczeń, obserwacji i przeżyć, stworzył teorię zwaną logoterapią, która stała się trzecią szkołą psychoterapii.

Druga część książki daje czytelnikowi wgląd właśnie w podstawy logoterapii. Frankl w skondensowanej formie przytacza najważniejsze zagadnienia swej teorii. Tutaj każde zdanie jest istotne, nad każdym trzeba chwilę pomyśleć. Warto się chwilę wysilić, bo jeśli udało się człowiekowi, który znalazł się w otchłani holokaustu znaleźć sens swojego istnienia, może i dla czytelnika znajdą się jakieś wartościowe wskazówki?

Warto poznać książkę Viktora E. Frankla. Różni się ona zdecydowanie od wszystkich dotąd poznanych. Myślę, że chociażby fragmenty powinny być lekturą obowiązkową w liceach, ponieważ daje ona nadzieję. „Od czasu Auschwitz przekonaliśmy się do czego zdolny jest człowiek. Od czasu Hiroszimy wiemy, co nam zagraża” (s. 223). Choć może to zdanie wyrwane z kontekstu brzmi jak przestroga, jednak pokazuje, że musimy dać z siebie wszystko, by pokazać wartość naszego jednostkowego istnienia – tak, by świat stał się lepszy. Viktor Frankl dowodzi, że to możliwe.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca