„Życie na pełnej petardzie” – ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka

Życie na pełnej petardzie, Jan Kaczkowski, Piotr ŻyłkaO księdzu Janie Kaczkowskim po raz pierwszy usłyszałam w radio. Był to wywiad w radiowej Trójce. Słuchając go, nie mogłam wyjść z podziwu, że ludzie z taką pasją jeszcze istnieją. Ksiądz Jan jest teologiem, bioetykiem oraz twórcą Puckiego Hospicjum pw. Świętego Ojca Pio. Siebie nazywa – z pewną dozą autoironii – onkocelebrytą. Dlaczego? W 2012 roku zachorował na guza mózgu, glejaka. Lekarze dawali mu zaledwie pół roku życia. Jednak jak sam mówi, darowano mu trochę więcej czasu. Piotr Żyłka na przełomie 2014 i 2015 roku przeprowadził z księdzem Janem Kaczkowskim wywiad Dzięki tej rozmowie powstała książka „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość”. Czytaj dalej

„Mundra” – Sylwia Szwed

MundraCzarne wydało serię książek w serii „Bez Fikcji O…”. Mowa w nich o różnych aspektach rodzicielstwa. Sylwia Szwed przeprowadziła dziesięć wywiadów z położnymi, by poruszyć wiele aktualnych i kontrowersyjnych tematów dotyczących porodów, a następnie zaprezentowała w swej książce pt. „Mundra”.

Kim jest owa tytułowa „Mundra”? „Nazywano ją też babką, babiculą, mądrą babą, babuszką, akuszerką, a jej sztukę – babieniem” (s.5). Mundra, czyli mądra – położna, której często się nie zauważa, choć w historii mogła cieszyć się szacunkiem i sporą niezależnością. Kim są dzisiaj te kobiety, które pomagają w tym, by doszło do cudu narodzin? Sylwia Szwed stara się poprzez rozmowy z dziesięcioma przedstawicielkami tego zawodu, ukazać jego jasne i ciemne strony, ale też pokazać jak się zmienił w ostatnim półwieczu sposób patrzenia na poród.

Najstarsza mundra z którą rozmawiała autorka książki, ma dziewięćdziesiąt dwa lata i przyjmowała porody już w czasie II wojny światowej. Najmłodsza, zaledwie dwudziestosześcioletnia – pracowała w Tanzanii. Wszystkie położne opowiadają o swoich doświadczeniach, ale poznajemy ich poglądy na temat narodzin. Sylwia Szwed nie bała się pytać o niezbyt wygodne sprawy. Dlatego poznamy też ciemną stronę tego zawodu – bohaterki opowiedzą o porodach martwych dzieci, poronieniach, aborcji, czy przemocy wobec rodzących.

„Mundra” pokazuje jak ważną rolę pełni położna. Choć kobiety uwielbiają opowiadać o swoich porodach, często dramatyzują, czy wręcz straszą inne. Tu otrzymujemy rzetelne i fachowe informacje, które kiedyś przekazywane były przez matki i babki, ale teraz niekiedy brakuje owego zdroworozsądkowego podejścia do porodu. Położne nie straszą czytelniczek, a raczej wskazują drogi, którymi mogą podążyć rodzące.

Ważna jest warstwa historyczna. Dowiemy się jak wyglądały porody w PRL-u. Historie z tamtych czasów, czyli pokolenia współczesnych babć, mogą niektóre kobiety nastawić do porodu jak do choroby. W tamtych czasach matki miały rodzić na leżąco, a niemowlęta zaraz po narodzinach były odbierane kobietom. Nikt nie dbał o dobre samopoczucie matki i dziecka. Ani nie było na  to czasu, ani też odpowiedniego podejścia.

Z książki „Mundra” dowiemy się jak to się stało, że dzisiaj w narodzinach może uczestniczyć ojciec i dlaczego popiera się karmienie piersią, czy kontakt matki i dziecka zaraz po przyjściu na świat niemowlęcia. Położne pokazują, że kobiety powinny mieć wybór, jak chciałyby rodzić – oczywiście w granicach rozsądku. Nie popierają cesarskiego cięcia na życzenie i wskazują, że bardzo istotny jest naturalny poród. Taki, który nie odbiera matce i dziecku godności.

Dzięki wywiadom zobaczyłam, że poród po akcji „Rodzić po ludzku” jest zdecydowanie bardziej przyjazny, niż choćby w czasach PRL-u. Jednak kobiety nadal boją się rodzić. Książka „Mundra” oswaja nieco ten lęk. Pokazuje jak powinien wyglądać cud narodzin i co można jeszcze zrobić, by poprawić to, co oferują nam szpitale. Często spotykam się z opiniami młodych kobiet, które są zdziwione, że podczas porodu niemal nie miały kontaktu z lekarzem. Gdyby miały okazję przeczytać „Mundrą” dowiedziałyby się, że to coś dobrego, bo położna ma pomagać przyjść dziecku na świat, a nie lekarz. Dlatego po książkę powinny sięgnąć przede wszystkim te kobiety, które spodziewają się dziecka.

„Mundrą” przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Jedno oko na Maroko – reportersko dla dzieci

Jedno oko na MarokoTomasz Kwaśniewski postanowił napisać pierwszą reporterską książkę dla dzieci. „Jedno oko na Maroko” jest zbiorem rozmów z niezwykłymi, bo troszkę innymi ludźmi. Znany dziennikarz połączył swoje siły z Anną Bedyńską – utalentowaną fotografik, nagrodzoną World Press Photo, z tej oto mieszanki wyszedł majstersztyk, który będę gorąco polecała.

Teoretycznie książka napisana została dla dzieci. Jednak dorosły też ma możliwość zadawania dziecięcych pytań. Takich, które nurtowały nas wieki temu, a zapomnieliśmy o nich po latach,  teraz możemy wrócić do tego stanu niewinności i zaspokoić zwykłą ciekawość.

„Jedno oko na Maroko” zostało napisane w formie wywiadów. Autor zadaje bohaterom swych rozmów dziecięce pytania, przez co zmusza ich do konkretnych i rzeczowych odpowiedzi. Rozmówcy muszą przecież posługiwać się prostym i zrozumiałym językiem, by wszyscy – niezależnie od wieku – ich zrozumieli. Tomasz Kwaśniewski prowadzi wywiady ze znanymi – księdzem Adamem Bonieckim, paraolimpijczykiem Jarosławem Rolą, czy kulturystą Marcinem Łopuckim. Bardziej liczna jest jednak grupa ludzi anonimowych, którzy wyróżniają się w jakiś sposób – osobą skazaną za morderstwo, nudystą, kobietą w ciele mężczyzny, bezdomnym, niewidomym, kobietą bez rąk. Kimś, kogo byśmy wstydzili się zapytać na ulicy, jak sobie radzi z utrudnieniami w życiu.

Bohaterowie tej książki w bardzo mądry i delikatny sposób, tłumaczą, kim są i jak muszą sobie radzić z rzeczywistością. Kobieta cierpiąca na achondroplazję, która ma zaledwie 120 centymetrów wzrostum, wyjaśnia, że nauczyła się w życiu prosić o pomoc. Jarek dziwi się, jak to jest, że dorośli budując domy, chodniki, nie zauważają, że istnieją ludzie bez nóg – bo nie wszędzie są podjazdy dla takich jak on.

Dzieci, kiedy czytałam im tę książkę, zaspakajały swoją wrodzoną ciekawość. Dzięki temu łatwiej będzie im zaakceptować inność. Bo przecież ludzie są różni. Tomasz Kwaśniewski wręcz zachęca, by do takich osób podchodzić i pytać. Może to jest lepsze, niż wytykanie palcami?

Cieszę się, że są takie publikacje, które ubogacają czytelników. Łatwo zaakceptować tych, którzy są podobni do nas. Co się dzieje z takimi, którzy czymś sie różnią? Nie mają łatwo, nie są akceptowani. Jednak dzięki takim pozycjom jak „Jedno oko na Maroko” dzieci poszerzają swoje horyzonty. Akceptują inność. Przyznam, że maluchom przychodziło to łatwiej niż sądziłam. I rzeczywiście, chcą wiedzieć, a ich ciekawość jest naturalna.

Podobało mi się to, że autor bardzo dobrze wszedł w rolę. Tak zadawał pytania, że kiedy dzieci dopytywały, to odpowiedź za chwilę padała na stronach książki. Jak się okazuje, maluchy zwracaja uwagę na konkrety – np. jak to jest, że panu bez nóg nie wypłynęła cała krew z ciała? U nudysty zakrytego w miejscach intymnych żelazkiem, doszukiwały się blizny po operacji serca – to było dla nich ciekawsze od nagości. Dla dzieciaków nie ma tematów tabu, stwarzamy je dopiero my – dorośli.

Sporym plusem książki są fotografie. Autorka zdjęć zrobiła wszystko, by intrygowały, ale też wnosiły sporo do rozmów. Tylko do jednego mogę się doczepić – chciałabym, by fotografii było więcej. Myślę, że nie można bać się takiej książki. Dzięki rozmowom Tomka Kwaśniewskiego pokazujemy dzieciom świat, a na tym właśnie polega nasza rola. Dobrze, że są tacy, którzy nam – rodzicom w tym pomagają. Moje dzieci były zachwycone, bo poznawały ciekawych ludzi. A to przecież jest ważne, również dla najmłodszych.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owieczka.

Ciągle po kole – Anka Grupińska

Ciągle po koleKsiążką po którą sięgnęłam tym razem, została wydana po raz pierwszy w 2000 roku. Autorka – Anka Grupińska – zajmowała się tematem powstania w getcie przez trzydzieści lat. W efekcie rozmów z powstańcami, powstała książka „Ciągle po kole”.

Pierwszy wywiad z Markiem Edelmanem miał miejsce już w 1985 roku. Potem dwa lata zajęło autorce zbieranie wspomień powstańców żyjących w Izraelu, później z Inką w Warszawie. Tak powstała pierwsza wersja tej opowieści – „Po kole”. Doszły kolejne rozmowy, aż książka zatoczyła koło i została zamknięta drugim wywiadem z Edelmanem.

Zaskakujące jest w tych historiach to, że choć często opowiadają o tych samych wydarzeniach, każdy z pytanych po latach widzi je w nieco inny sposób. Nawet te same osoby mogą mieć kilka wersji imion – bo niektórzy stosują polskie, a inni hebrajskie, są też imiona w jidysz.

Rozmów jest w sumie dziesięć. Kiedy w getcie wybuchło powstanie, bohaterowie zdawali sobie sprawę, że idą na śmierć. Jednego tylko nie przewidzieli – że przeżyją. Ci nieliczni, którym się udało, nie wiedzieli co z sobą zrobić. Jaką drogę obrać? Niektórzy po wojnie zostali w Polsce – jak Marek Edelman, czy Inka – Adina Blady Szwajger. Inni osiedlili się w Tel Awiwie: np. Masza Glajtman Putermilch, Pnina Gryszpan-Frymer, czy jak Szmuel Ron, który zamieszkał w Jerozolimie.

Historie, które opowiadają, łączy powstanie w getcie. Wszyscy rozmówcy brali w nim udział. I choć każda z osób miała inne doświadczenia życiowe, poglądy na świat, to wszyscy za wszelką cenę chcieli przeciwstwić się nazistom. Anka Grupinska pokazuje jak bardzo różnili się od siebie. Jednak chcieli walczyć, ich jedyną wolnością był wybór rodzaju śmierci. Posiadali na tyle silny instynkt przetrwania, że udało im się – na przekór wszystkiemu – przeżyć. Niekiedy dzieliło ich od niej niewiele, przecież śmierć ich otaczała, często czuli jej oddech, a jednak mogą nam opowiedzieć o swoich przeżyciach i emocjach.

Choć nigdy do końca nie poznamy ostatecznej wersji wydarzeń, możemy wniknąć do getta poprzez tych ludzi. Pokazują oni, jak żyli w czasie okupacji, przed i po wojnie. Kształtuje się też pewien wspólny mianownik, choć niemożliwe jest ustalenie dokładnej historii. Szokować mogą dosadne zdania Marka Edelmana, który twierdził, że w getcie nic nie było znaczące. Padają krytyczne słowa w stosunku do księży katolickich, którzy popierali antysemityzm. Nawet Kolbe w swym „Rycerzu Niepokalanej” pisał przed wojną antyżydowskie teksty. Przecież Jezusa zabili Żydzi – takie było powszechne zdanie chrześcijan. Powstańcy tak samo bali się nazistów, jak i Polaków. Zagrożeni byli z każdej strony, mogli wydać ich nawet Żydzi.

Dzięki książce Grupińskiej zachowana zostaje pamięć o Zagładzie. Nie jest może ona doskonała, ale istnieje. Ważne są odczucia bohaterów. Natomiast ich poglądy polityczne tłumaczą pewne postawy – dlaczego niektórzy zostali w Polsce, a inni wyjechali do Izraela. Obraz, który otrzymujemy, przełamuje stereotypy. Pokazuje jak skomplikowany i złożony jest problem Holokaustu.

Wprawdzie Marek Edelman wypiera się bohaterstwa, każe mówić o instynkcie, jednocześnie uświadamia czytelnikowi, że nie można porównywać tamtej moralności z dzisiejszą. Tak łatwo oceniać i szufladkować. Rozmówcy Anki Grupińskiej pokazują nam chociażby, jak źle byli traktowani ze strony AK. Nie otrzymali wsparcia, a niektórzy z Armii Krajowej gotowi byli nawet do tego, by zabijać tych żołnierzy, którzy przeżyli walki w getcie. Pewne fakty szokuja, a jednak warto je poznać, by samemu nie powielać błędnych streotypów. Może wiedza, którą nabywamy dzięki tym rozmowom, przyczyni się do tego, by wreszcie antysemityzm stał się przeszłością?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne