„Krótka historia siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa zdobyła w ubiegłym roku prestiżową Nagrodę Bookera. Kilka dni temu ten tytuł miał premierę. Książkę możemy poznać dzięki Wydawnictwu Literackiemu. Sięgając po powieść trzeba mieć świadomość, że historia wbrew tytułowi wcale nie jest krótka, bo liczy niemal 750 stron, a i zabójstw będzie znacznie więcej, choć siedem z nich będzie najbardziej istotnych dla tej opowieści.
Czytając „Krótką historię siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa trzeba przygotować się na niezwykłą podróż na Jamajkę. Akcja powieści rozpoczyna się w latach siedemdziesiątych, kiedy wyspa dopiero od niedawna cieszyła się niepodległością. W tle słychać muzykę reggae, ale tylko z oddalenia wszystko wydaje się w najlepszym porządku. Im bliżej wyspy się znajdujemy, tym większe problemy dostrzegamy. W slumsach toczą się wojny gangów, nie brakuje narkotyków, politycy toczą boje, a średnia życia przeciętnego Jamajczyka jest zatrważająco niska.
Atmosferę próbuje poprawić Bob Marley poprzez koncert pokojowy „Smile Jamaica”. Przygotowania trwają, bo według słynnego mistrza reggae tylko muzyka potrafi zjednoczyć oraz istnieć między podziałami. Oczywiście taką imprezę każda ze stron próbuje wykorzystać na własny sposób, sam muzyk zostaje ofiarą zamachu. Na szczęście strzały okazały się niecelne. Muzyk przeżyje, ale ci co strzelali nie zostali złapani.
W książce Marlona Jamesa mamy plejadę bohaterów. By się w tym wszystkim połapać otrzymujemy na początku bardzo pomocny spis wraz z krótkim opisem. Wydaje się początkowo, że to Bob Marley (w książce nazywany jest Śpiewakiem) będzie główną postacią. Jednak wcale się tak nie dzieje. Wprawdzie on jest najbardziej istotny, bo cała historia została osnuta wokół próby zastrzelenia muzyka. Wszystko zaczyna się od Marleya, ale o samym mistrzu niewiele się dowiemy, on jest postacią najbardziej enigmatyczną, stanowi jedynie pretekst do snucia tej historii. Akcja książki rozgrywa się w ciągu trzech dekad: od lat siedemdziesiątych do dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. A jak wiadomo Bob Marley zmarł w 1981 roku.
„Krótka historia siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa pokaże nam przede wszystkim świat przestępczy. Bohaterami są mafiosi, szefowie gangów, egzekutorzy, ale też agenci CIA. Wszystko skupia się wokół tego, co złe. Wszyscy bohaterowie, nawet kiedy są daleko, patrzą z uwagą na gangi Jamajki. To one decydują o tym, jaki jest ten kraj. Brak w nim nadziei na lepsze jutro. Nie pomaga nawet ucieczka do Stanów Zjednoczonych, bo i tam Jamajczycy znajdą miejsce dla swojej mafii.
Od zła nie ma ucieczki, ponieważ nawet najmłodsze dzieci są ofiarami, albo świadkami przemocy. Kiedy ginie szef gangu, nad jego grobem podaje się jego dziecko z rąk do rąk, żeby uniknęło losu ojca. Okazuje się, że to niemożliwe, gdyż od zła nie ma ucieczki. Ono panoszy się jak najgorszy wirus i dotyka każdego. Śmierć jest blisko, a „Umarli nie przestają gadać. Może dlatego, że śmierć to nie śmierć, tylko rodzaj siedzenia w kozie. Wiemy skąd przyszliśmy, i ciągle stamtąd wracamy. Wiemy dokąd idziemy, chociaż nigdy nie docieramy do celu, po prostu jesteśmy martwi.” (s. 13).
W książce Marlona Jamesa otrzymamy monolog rozpisany na wiele głosów. Każda z postaci mówi w swoim własnym i niepowtarzalnym stylu. Jako, że mamy do czynienia ze światem przestępczym, nie zabraknie wulgaryzmów. Tutaj tłumacz Robert Sodół miał naprawdę trudne zadanie, by oddać język tych postaci. Trudno wyobrazić sobie, jak mówili gangsterzy na Jamajce, a jeszcze w ciągu trzech dekad styl wypowiedzi się zmienia. Inaczej mówią osoby z najniższych warstw gangu, inaczej sami szefowie. Otrzymujemy historię mówioną, a nie przekazaną językiem literackim. Dlatego opowieść jest trudna w odbiorze, trzeba ją sobie przełożyć na własny język.
Marlon James w „Krótkiej historii siedmiu zabójstw” pokazał nam inne oblicze Jamajki. Nie brakuje tu naturalistycznych obrazów przemocy. Śmierć czai się za każdym rogiem i dotyka każdego. Nie uniknie jej ani szef gangu, ani zwykły członek. Nie widać natomiast szans na lepsze jutro dla tej społeczności. Zostaje tylko sadyzm i przemoc, w kontraście do wspaniałej muzyki. Jamajka to nie piękne plaże, a getto oraz ciała przeszyte kulami, bo zabić człowieka to dla członków gangu, to nic niezwykłego. Żeby zmierzyć się z tą nietypową prozą, trzeba mieć świadomość, że nie jest to lektura łatwa. Została napisana z rozmachem, rozpisana na wiele głosów. Okrucieństwo pokazano z bliska, więc jest to książka dla ludzi o mocnych nerwach, przygotowanych na wulgaryzmy i sceny pełne przelewającej się krwi. A jednocześnie książka fascynuje i wciąga, choć zabiera nas prosto do ostatniego kręgu Piekła.
W tym roku zacząłem obcować z laureatami Bookera i przyznaję, że na ogół są to książki godne uwagi. „Krótka historia siedmiu zabójstw” także sprawia wrażenie b. interesującej lektury, tym bardziej, że Jamajka to w powszechnej świadomości głównie Usain Bolt, muzyka reggae i egzotyczni bobsleiści. Powieść kusi tym bardziej, że nie jest najłatwiejsza w odbiorze – ta polifoniczna narracja kojarzy mi się z wyzwaniem, które chętnie podejmę 🙂
Tak w zasadzie mógłbym się wszystkimi kończynami podpisać po tym komentarzem. Jamajka byłaby nowym frontem literackim do rozpoznania. Nowy kraj, nowe perspektywy, mniej stereotypów.
Jeśli chodzi o Jamajkę, to wiedziałam tylko tyle, co z biografii Boba Marleya. A tam zdecydowanie nie było tak ostro. A biorąc pod uwagę język powieści, kusi, żeby zapoznać się z oryginałem, albo posłuchać jak ktoś czyta powieść na głos i oddaje te wszystkie style.
O tak, książka jest trudna, ale warta całego trudu w nią włożonego. Z jednej strony czułam ulgę, gdy skończyłam lekturę (ta beznadzieja, ta przemoc), z drugiej smutek, że to już. Na pewno szybko o niej nie zapomnę.
Trochę czasu trzeba było poświęcić tej lekturze, ale dzięki temu wiadomo, że łatwo się o niej nie zapomni. A obrazy przemocy trudno będzie wyrzucić z własnej głowy.