„Małe Grozy” to debiut powieściowy Łukasza Staniszewskiego. W rzeczywistości słowo jest ulubionym tworzywem tego artysty, ponieważ znany jest jako dramaturg czy twórca scenariuszy słuchowisk radiowych. Za obie te dziedziny niejednokrotnie go nagradzano, choćby na Festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie i w konkursie Teatru Polskiego Radia.
Akcja powieści rozgrywa się w miejscowości położonej na Warmii. Małe Grozy to właśnie nazwa tej małej wsi. Czas tej historii jest uniwersalny, niezależny od konkretnych dat. Ważne są pory roku i właśnie im trzeba się podporządkować. Pragmatyczni mieszkańcy wsi doskonale wiedzą, co im daje i odbiera natura. Potrafią się do niej dostosować i czerpać określone zyski. Dzięki temu mogą cieszyć się takimi darami jak agrest, z którego powstaje jedyna w swoim rodzaju agrestówka. Nawet poznanie sekretu jej wykonania nie sprawi, że gdzie indziej będzie równie wyśmienita. Tylko w Małych Grozach będzie najlepsza. W czym tkwi sekret?
Mieszkańcy wsi nie zawsze jednak postępują w sposób, jaki podpowiada zdrowy rozsądek. Inaczej też widzą rzeczywistość. W momencie kiedy dochodzi do wypadku i wóz zostaje potrącony przez pociąg, zauważają, że koń nagle staje się pegazem, wyrastają mu skrzydła, a następnie odlatuje w dal. Ksiądz proboszcz zamienia się w ptaka, dzięki czemu wie więcej, niż zwykły człowiek. Zresztą takich przemian jest znacznie więcej. Kobieta może np. zamiast dziecka urodzić inne stworzenie, a z dziury w brzuchu mogą wydostawać się motyle.
Małe Grozy rządzą się innymi prawami, ale zasady są znane mieszkańcom i wiedzą, co im grozi za ich złamanie. Zemsta, zdrada, a nawet sama myśl o tym może zostać ukarana. Jeśli ktoś niewłaściwy odczyta takie myśli, biada mu, gdy stanie się obiektem modlitw Józwy, który potrafi wybłagać wszystko, co złe. Pożądanie, pragnienie, tęsknota to coś, co trudno bohaterom zaspokoić, często tkwią w rozkroku między dobrem a złem. Dążą jednak do tego, by odnaleźć swoje miejsce w życiu i w Małych Grozach.
Łukasz Staniszewski w swej mikropowieści zabiera nas w podróż po mitologicznej krainie. Czy opowieści mają odwołanie do folkloru ludowego, czy autor stwarza go na na nowo, trudno określić. Z pewnością nie zabraknie nikomu w tej książce realizmu magicznego. To co fantastyczne spotyka się z rzeczywistym i działa na siebie jak magnes, albo się przyciąga, albo odpycha, w zależności od ustawienia biegunów. W tym świecie mentalność wiejska w żaden sposób nie jest deprecjonowana, wręcz odwrotnie, poznajemy ludzi, których wartość wynika również z tego, że potrafią żyć w zgodzie z naturą i czerpać z tego, co ona daje. Człowiek potrafi wejść w relację z tym, co na pozór jest martwe, nawet kamienie, czy kawałek drewna jakim jest strach na wróble. Pod wpływem ludzkich pragnień przedmioty potrafią odżyć. A wtedy z takiej współpracy między człowiekiem a naturą może powstać coś równie pięknego i wartościowego jak perła.
„Małe Grozy” zabierają nas w podróż do innego wymiaru. Tam, gdzie rządzą się inne prawa, a moralność taka jaką znamy na co dzień, przestaje istnieć. Dzięki temu mamy do czynienia z historia uniwersalną, niezależną od czasu. Przestrzeń jednak okazuje się istotna. Ludowy charakter opowieści zbliża książkę Łukasza Staniszewskiego do nurtu wiejskiego oraz realizmu magicznego. „Skoruń” Macieja Płazy, „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, czy „Dygot” Jakuba Małeckiego to książki, które przenoszą czytelnika do małej o prowincji, natomiast spora część książek Jana Jakuba Kolskiego wpisuje się w nurt realizmu magicznego. Łukasz Staniszewski idzie jeszcze dalej. Jego „Małe Grozy” pozwalają zanurzyć się w magicznych i poetyckich przekazach z miejsc, które utraciły swoje mity i legendy przez zawirowania historii. Teraz wróciły z nową siłą.
Oj, coś u mnie krucho z tym polskim realizmem magicznym. Ze wspomnianych przez Ciebie tytułów (w ostatnim akapicie), nie znam jeszcze żadnego – na półce czeka Maciej Płaza, ale po resztę też muszę sięgnąć. A jeśli chodzi o „Małe Grozy” to ogromnie podoba mi się już sama okładka.
Kiedyś była wielka moda na tego typu literaturę, a dzisiaj realizm magiczny stoi nieco na uboczu. Lubię jednak tego typu powieści, a także nurt wiejski – bo ile można czytać o wielkich miastach?