Trudno mi wyobrazić sobie, że mogłabym zmusić organizm do przebiegnięcia maratonu. Już pięć kilometrów jest sporym wysikiem, a co dopiero ponad czterdzieści. Dla zwyczajnego człowieka to niewyobrażalny dystans, nawet do pokonania na rowerze, a co dopiero na własnych nogach. Coś jednak w tym bieganiu musi być, skoro tsą tacy, którzy potrafią tego dokonać. Temat biegania podjęło wielu pisarzy, choćby Haruki Murakami w „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”. tym razem sięgnęłam po komiks „Mój nowojorski maraton”, w którym Sébastien Samson postanowił opowiedzieć o własnym doświadczeniu związanym z bieganiem.
Główny bohater książki podczas spotkania z przyjaciółmi biegaczami, postanawia, że weźmie udział w słynnym nowojorskim maratonie. Podczas zakrapianej winem kolacji, nikt z przyjaciół nie bierze go na serio, ponieważ wszyscy sądzą, że co najwyzej może im towarzyszyć w podróży do Stanów Zjednoczonych jako kibic. Tymczasem ten fajtłapowaty nauczyciel rysunku postanawia wziąć się w garść i potraktować wyzwanie poważnie.
Życie Sébastiena przez dwie ostatnie dekady nie było zbyt aktywne. To jego żona była wysportowaną, biegającą regularnie osobą. Kiedy bohater komiksu postanawia wziąć się za siebie, nie szuka jednak wsparcia u drugiej połowy. Chce być sam na sam ze swoimi słabościami. Dlatego nie interesują go biegające grupy. Nawet lekarze do których się zgłasza, nie widzą w nim kandydata na przyszłego maratończyka.
Dla miłosników biegania ten sport to rodzaj wyznawanej filozofii życiowej. Samson ma do tego dystans, nie zakochuje się bez pamięci w tym co robi. Zmaga się z własnymi słabościami, by osiągnąć cel. Robi to małymi kroczkami, dzień po dniu, niezależnie od pogody. Jego życie zaczyna się zmieniać na lepsze. Spada waga, poprawia się kondycja. Z czasem bohater zaczyna dostrzegać, że w okolicy w której biega, mialy miejsce ważne zdarzenia historyczne.
Dzięki tej historii zobaczymy, jak reaguje ciało na wysiłek fizyczny. Sébastien Samson pokazuje to w zabawny sposób, w podobnym stylu znanym nam z francuskiego serialu animowanego dla dzieci „Było sobie życie”. Wiele się dzieje w organizmie biegacza, istotna okazuje się psychika. Dzięki bieganiu staje się silniejszy fizycznie, ale też psychiczni. Właśnie owa część umysłu związana z silną wolą, wytrwałością daje o sobie znać.
Druga część komksu to opowieść o samym maratonie. Sébastien pokazuje Nowy Jork z perspektywy biegacza, a także osoby dla której to miasto jest niezwykle istotne. Świetnie się orientuje w tym, co chciałby zobaczyć i zwiedzić. Na pierwszym miejscu jest jednak najsłynniejszy na świecie bieg. Bohater ma tylko jeden cel: pragnie ukończyć maraton. Dodatkową motywacją ma stanowić fakt, że własne doświadczenia chce przelać na karty komiksu.
W biograficznym „Moim nowojorskim maratonie” otrzymujemy opowieść o zamienianiu własnych słabości, w coś pozytywnego. Choć bohater nie ma zamiaru stać się zawodowym sportowcem, tu widzimy, jak wpływa na niego sport. Zmienia się kondycja, ale też psychika bohatera. Owe uczucia i przemyślenia poznajemy w trakcie lektury, bo również na nich skupia się Samson, a nie na opowiadaniu o sprzęcie, czy chwaleniu się osiągnięciami. Samson nie zapomina o tym mniej przyjemnym obliczu sportu wyczynowego. Widzimy pot, brud, ból, kontuzje, a przecież nikt do tego nie zmusza bohatera komiksu. Robi to sobie sam i z czasem zaczyna czerpać z tego trudu przyjemność.
Sébastien Samson w warstwie obrazowej przemówił do mnie swoim stylem. Jak wspomniałam wcześniej, chwilami czujemy, jakbyśmy przenieśli się w dorosłą, choć czarno-bialą wersję znanego serialu o ludzkim ciele. Do tego istotny jest humor i autoironia. Bohater ukazuje siebie w nieco karykaturalny sposób, trochę kojarzący się z rysunkami Jeana-Jacques’a Sempé. Oczywiście doskonale zrozumieją tę opowieść miłośnicy biegania, ale może pozostali będa mogli dzięki niej zrozumieć, o co w tej aktywności tak naprawdę chodzi? Przecież nie zakład między przyjaciółmi jest tu istotny, a zmiana sposobu myślenia i życia.
To co, pobiegamy?