Kogo można nazwać wiedźmą? W czasach, kiedy palono je na stosach, odpowiedź była dosyć prosta. Powstał nawet podręcznik dla łowców czarownic, wystarczyło też przyznanie do winy zdobyte w czasie tortur, czy poddanie oskarżonej określonej próbie. Niechlubna karta historii okazuje się warta zbadania i przypomnienia w czasach, gdy dyskryminowani są ludzie niepasujący do większości, a pragnący jedynie wolności. Kristen J. Sollée w swojej najnowszej książce pt. „Polowanie na wiedźmy. Kronika kobiet niepodporządkowanych”, pokazuje takie kobiety, które musiały zapłacić wysoką cenę za próbę niezależności.
Autorka poszukuje wiedźm w różnych zakątkach świata. Zgłębianie tematu nie jest takie łatwe, ponieważ miejsca, w których doszło do wielu tragicznych wydarzeń, pozostają niemymi świadkami. Trudno sobie wyobrazić piękną Florencję czy Bolonię, jako scenę, na której rozegrały się mrożące krew w żyłach sceny. W czasach, w których się rozegrały, były czymś na kształt rozrywki.
W książce „Polowanie na wiedźmy. Kronika kobiet niepodporządkowanych” niektóre wiedźmy materializują się przed oczyma autorki. Wprowadzają ją w scenerię właściwą czasom opisywanej czarownicy. Miejsca niby te same, ale jednak nieco inne, podobnie jak ludzie. Jak to jednak możliwe, że spalona na stosie Joanna d’Arc stała się potem świętą i do dziś inspiruje wielu artystów? W czasach, w których żyła, podejrzenie wzbudzało choćby to, że odmawiała zakładania damskiego stroju.
Granica dzieląca przyszłe święte od uznania za czarownice często była bardzo cienka. Mężczyźni według dawnych teologów byli bliżej świętości choćby dzięki płci, którą dzielili z Jezusem. Święta Katarzyna ze Sieny urodziła się w miejscu, w którym wciąż można było znaleźć pogańskie ślady, gdzie wiele kobiet oskarżono o posługiwanie się szkodliwą magią czy paranie się uzdrawianiem. Nawet kobiety, które zajmowały się pomaganiem innym, uznawano za czarownice.
Kristen J. Sollée pisze o tych osobach, które miały pecha i trafiły w ręce inkwizycji. Autorka przypomina, że protestanci, równie często jak katolicy, karali srogo tych, którzy według nich posługiwali się magią i czarami. Wystarczał zarzut, że ktoś rzucił urok, by trafić w ręce inkwizycji. Instytucja ta karała herezję i skazywała na stos oskarżonych o paranie się wróżbiarstwem czy czary. Wyjść z procesu obronną ręką nie było łatwo.
Autorka książki podróżowała po miejscach, w którym miejsca pamięci ofiar, zlewają się w kiczem współczesnej popkultury. Wystarczy ruszyć do Salem, by zobaczyć, jak wykorzystuje się przeszłość, by zrobić z niej widowisko. Czy trafimy do niemieckiego Harzu, czy amerykańskiego Delaware, ujrzymy komercję. Zamiast głębszej refleksji, znajdzie się powód do świętowania i zabawy. Kristen J. Sollée podkreśla przeplatanie się sacrum i profanum. Ona sama podążając śladami wiedźm chciała dowiedzieć się czegoś więcej. Wczuwała się tak mocno, że niemal przenosiła się w czasie i przed czytelnikiem, niemal jak żywa, materializowała się opisywana czarownica.
W „Polowaniu na wiedźmy” znajdziemy nie tylko najsłynniejsze wiedźmy i czarownice, czy mało znane kobiety posądzane o czary. Autorka zastanawia się nad definicją słowa „czarownica”. Opisuje magię miłosną, wróżbiarstwo, astrologię i szuka momentu, kiedy owe kwestie zaczęto uznawać za karygodne. Szybko zauważamy, jak napiętnowano kobiety szukające niezależności, różniące się nieco od innych, czy takie które nie chciały poddać się woli mężczyzn. Oskarżenie o czary było najłatwiejszym sposobem, by eliminować świadome sobie istoty i skazywać je na niewyobrażalne cierpienia. Kristen J. Sollée przypomina o tych postaciach, opisuje polowania na czarownice, ale też przygląda się magicznym praktykom i tłumaczy mroczne obrzędy, by pokazać je w innym świetle. Widzimy osoby wytaczające nowe szlaki, takie dzięki którym dzisiaj kobiety mogą się cieszyć nieco większą niezależnością.