„Bromba i psychologia” – Maciej Wojtyszko

Bromba i psychologiaBromba narodziła się w 1975 roku. Właśnie wtedy Maciej Wojtyszko wydał zbiór opowiadań – „Bromba i inni”. Książka odniosła wielki sukces, moje pokolenie musiało się zetknąć z tą niezwykłą postacią, nawet jeśli nie czytało książek – choćby za sprawą filmów animowanych. Z czasem opowiadania Macieja Wojtyszko stały się wręcz kultowe, weszły do kanonu książek dla dzieci i młodzieży.

My mieliśmy okazję poznać książkę „Bromba i psychologia”. Nie zaczęliśmy od początku, ale właśnie teraz Wydawnictwo Czarna Owieczka wznowiło dwa tytuły Macieja Wojtyszko. Dzieci chciały zacząć od psychologii. Trudno uwierzyć, że „Bromba i inni” w 1975 roku wyszła w 200 tys. egzemplarzy i rozeszła się bez żadnej akcji promocyjnej. Dziś trudno sobie coś takiego wyobrazić, ale pomarzyć można…

Maciej Wojtyszko za sprawą Bromby postanowił przybliżyć młodszym czytelnikom zagadnienia z zakresu psychologii. Z tym, że nie ma mowy o jakimś podręczniku dla dzieci, otrzymujemy  historie, w których wiedza psychologiczna okaże się bardzo potrzebna. Miłośniczka pomiarów wykaże się sporymi umiejętnościami w tej dziedzinie. Psychologia to kolejna wielka pasja tytułowej Bromby.

Najpierw miałam obawy zanim sięgnęłam po ten tytuł. Nie miałam pewności, czy zainteresuje on ośmiolatkę, a tym bardziej sześciolatka. Po drugie, moje wątpliwości wzbudzili bohaterowie tacy jak: Pciuch, Gżdacz i Fikander, Fumy, Kajetan Chrumps, Gluś, Wychuchol, Psztymucel, Zwierzątko Mojej Mamy. Czy zdołam bez większych wpadek odczytać na głos te wszystkie logopedyczne pułapki? Jak się okazało moje obawy były niepotrzebne. Z czytaniem sobie poradziłam, a dzieciaki były zachwycone zabawami słownymi. Imiona postaci bardzo im przypadły do gustu.

Bohaterowie książki zastanawiają się czym jest psychologia? Dyskutują i rozmawiają na ten temat, by uporządkować swoją wiedzę. Jednak najważniejsze zagadnienia wyjaśnią się za sprawą perypetii postaci. Dzięki temu dzieciaki dowiedzą się czym jest odrzucenie, trwałe uprzedzenie, fałszywe uogólnienie. Makawity po przygodzie z Utopcem zrozumie również jak ważne jest porozumienie.

Na szczęście Maciej Wojtyszko nie próbuje udowodnić, że problemy, z jakimi zmaga się człowiek, są łatwe do rozwiązania. Jego bohaterowie – a zwłaszcza Bromba – namawiają do refleksji, poszukiwania prawdziwej przyjaźni. Ale w pewnym momencie i tytułowa bohaterka wpadnie w kłopoty – będzie potrzebowała pomocy w odszukaniu swojej własnej tożsamości. Wtedy pomocną dłoń wyciągną do niej przyjaciele.

Autor „Bromby i psychologii” choć pisze do dzieci, nie stosuje żadnych zdrobnień, czy ułatwień językowych. Wręcz odwrotnie. Posługuje się trudnym słownictwem, ale nie zapomina wyjaśnić tych terminów za pomocą prostych i ciekawych przykładów. Bohaterowie przeżyją sporo, oswajając w ten sposób odbiorców z tym, co może przynieść życie. Wojtyszko pokaże choćby jak trudnym jest okres dojrzewania, nie tylko pod względem fizycznym, a właśnie psychologicznym. Najważniejsze, że traktuje młodych czytelników zupełnie poważnie, jak równych sobie.

Według mnie książka jest warta uwagi, pod warunkiem, że będzie inspirowała do rozmowy. Moje dzieciaki za sprawą tych opowiastek uczyły się trudnych zagadnień związanych z człowiekiem, choć bohaterowie wcale nie są ludźmi. Autor pamiętał też, by bawić. Moje obawy, że historie będą dla kilkulatków zbyt trudne, okazały się niepotrzebne, gdyż książka je zainteresowała. Oczywiście, nie wszystko były w stanie wyłapać. Zrozumiały „Brombę i psychologię” na tyle, na ile pozwala im ich wiek. Myślę jednak, że Maciej Wojtyszko pisze też trochę dla dorosłych. Przyznam, że i ja sporo z tej książki wyniosłam.

Dziękujemy Czarnej Owieczce za książkę.

Tomasz Jastrun dla dzieci – „Antoś i jeszcze ktoś”

Antoś i jeszcze ktośBrakuje mi książek dla dzieci, które mówiłby o nich, ale również takich, które byłyby osadzone we współczesnym świecie. Chciałabym, żeby były to książki bliskie dzieciom oraz by odwoływały się do znanego im podwórka. Tomasz Jastrun postarał się zapełnić tę lukę pisząc książkę dla dzieci pt. „Antoś i jeszcze ktoś”. Znaczące jest, że już na początku tytułowy bohater i narrator jednocześnie, opowiada, że i dla niego, jak i dla jego rodziców, ulubionymi opowieściami są przygody Mikołajka.

Antoś jest dziesięciolatkiem, który mieszka w mieście, pod czujnym okiem mamy i taty. Pozornie w zwykłej rodzinie nie powinno się dziać nic szczególnego. Jednak za sprawą głównego bohatera, zobaczymy tę rzeczywistość oczyma dziecka. Dzięki Antoniemu codzienność staje się pełna zabawnych przygód.

W każdym zwykłym domu rodzice ze sobą rozmawiają, mają własne poglądy, czasami prowadzące do kłótni. Jak widzą nas dzieci, co z tego rozumieją? Wiele nieporozumień wynika właśnie z tego powodu. Dzieciaki coś słyszą, a następnie przetwarzają na swój sposób. Gdy na lekcji religii padną pytania dotyczące takich terminów jak erekcja, czy orgazm, pani katechetka jest bliska omdlenia. Ratunkiem dla Antosia okaże się rozmowa w cztery oczy z rodzicami. Choć ci ostatni się jej obawiają, na koniec Antoś retorycznie pyta, o co tyle hałasu?

Dorośli widziani oczyma dzieci niekiedy są komiczni. Ojciec Antka nie potrafi nauczyć go grać w tenisa. A na dodatek daje dziecku antylekcję, jak nie należy postępować z rakietą – w czasie gry, z nerwów, po prostu ją łamie. Rodzice kłócą się przy dzieciach o błahostki. Kiedy dochodzą do wniosku, że należy zamknąć w szkole sklepik pełen niezdrowego żywienia, wypłynie na jaw nieprzyjemna dla nich prawda. Za sprawą swych niebywałych umiejętności matematycznych, Antoś udowodni im, że tak naprawdę zmieniać nawyki żywieniowe powinni zacząć od siebie. Wszystkie sceny z życia Antka oczywiście ubrane są w otoczkę żartu i humoru.

Nawet jeśli książkę dla dzieci napisał znany poeta, eseista, prozaik, felietonista miałam obawy, czy uda mu się spojrzeć na świat oczyma dziecka, tak by było to wiarygodne i ciekawe? Myślę, że doskonale udało mu się skrytykować dorosłych. Z perspektywy rodzica czytającego książkę, można dostrzec, że mimo prób, my poważni dorośli często ocieramy się o śmieszność, co innego mówiąc, co innego robiąc. Oprócz tego Jastrun na wzór szwedzkich pisarzy, nie bał się trudnych tematów.

Natomiast dzieci odbierają tę lekturę z puntu widzenia Antosia i świetnie się bawią podczas  jej czytania, czy słuchania. Przygody chłopca mogą niekiedy mrozić krew w żyłach, zwłaszcza u nadopiekuńczych rodziców. Przynoszenie do domu broni policyjnej przez kolegę, odpalenie fajerwerków w środku niesylwestrowej nocy, czy zgubienie węża w szkole, te przygody stanowią zaledwie pewien wycinek doświadczeń chłopca. Młodym odbiorcom podoba się, że mogą utożsamiać się z Antosiem. Jego problemy są im bliskie, więc bohater wywołuje u odbiorców pozytywne emocje. W książce nie ma prostego, widocznego na pierwszy rzut oka dydaktyzmu. Jednocześnie widać, że bohaterowi bardzo zależy, by postępować właściwie.

Z książki najbardziej ucieszył się sześciolatek, ponieważ mógł poznać bohatera płci męskiej,  na którym mógł się wzorować. Problemy Antosia były jednak bliższe ośmioletniej córce, ponieważ ona, podobnie jak główny bohater, chodzi do szkoły i zna problemy z tego wynikające. Przygody chłopca wywoływały lawiny śmiechu u moich pociech. Bałam się trochę tego, że książka polecana jest od dziewiątego roku życia. A swoją drogą ciekawe, czy przez to, że mowa o polityce, czy seksie? Dzięki lekturze „Antosia” można się świetnie bawić, a to zachęca dzieciaki do czytania.

Za możliwość poznania książki dziękujemy Czarnej Owieczce.

Lekcja patriotyzmu dla najmłodszych: „A ja jestem Polak mały” – Eliza Piotrowska

A ja jestem Polak małyJak dziś uczyć patriotyzmu? Kiedyś było łatwiej. Wystarczyło rzucić hasło: Bóg, honor, ojczyzna i sprawa załatwiona. Bo jak być patriotą, kiedy nie trzeba umierać za ojczyznę? Dulce et decorum, est pro patria mori mówili starożytni. Kiedy chodziłam do liceum z tą sentencją spotykałam się codziennie. Na szczęście współcześni, póki co, nie muszą aż tak bardzo się poświęcać. Jednak uważam, że nie należy pomijać tego tematu w rozmowach z dziećmi. Zresztą już najmłodsi chcą wiedziec, kim są. Zaczynają od imienia, nazwiska, następnie dochodzi tożsamość miejsca. Najpierw ważna staje się rodzinna miejscowość, potem – na końcu, dociera do kilkulatka nazwa kraju, w którym rośnie, lub z którego pochodzi.

Eliza Piotrowska w książce: „A ja jestem Polak mały. Moim krajem jest świat cały” opowiada dzieciom o tym, czym jest ojczyzna. Posługuje się prostym językiem i ilustracjami, które wyjaśniają najważniejsze kwestie. Głównym bohaterem książki jest Krzyś, przedstawiony jako niemowlak. On dowiaduje się, co znaczy być patriotą. Piotrowska uczy, że warto być ciekawym świata i poznawać go. Nie ogranicza się do naszego kraju, ponieważ Polska jest częścią Europy, a potem świata.A ja jestem Polak mały

Autorka jest jednocześnie ilustratorką książeczki. Co ciekawe, można się zasugerować, oglądając ilustracje, że informacje przedstawione w tej książce przeznaczone są dla trzylatków. Nic bardziej mylnego. Otóż, jeśli spojrzycie na program nauczania, okaże się, że to o czym mowa w książce, powinno być znane czwartoklasistom. W praktyce niestety nie jest tak cudownie. Mnóstwo dziesięciolatków nie potrafi powiedzieć na jakim kontynencie mieszkają, a znaleźć Polskę na mapie świata stanowi dla wielu niewyobrażalny kłopot. Dlatego warto już najmłodsze pociechy uświadamiać, kim są, gdzie żyją. Książeczkę kończy zdanie: „Polskę tworzymy my sami. Od nas zależy jaka będzie”. Miło byłoby się tego trzymać.

„A ja jestem Polak mały” Elizy Piotrowskiej spodobała się moim dzieciom. Na początku kręciły nosem, że to pewnie taka opowieść dla maluszków, a one już są przecież takie duże. Potem jednak zaczęły zadawać mnóstwo pytań. Wiadomo – czasami jedno zdanie potrafi zasugerować temat do dyskusji. Na szczęście spodobała im się lekcja współczesnego patriotyzmu. Starsza, ośmioletnia córka, miała już świadomość istnienia „Mazurka Dąbrowskiego”; sześciolatek potrafił opisać godło i flagę. Jednak najbardziej cieszy mnie to, że w takich książeczkach dzieciaku uczą się tolerancji. Bo patriotyzm przecież tego nie wyklucza. Dzięki obrazkom młodsi czytelnicy mogą często wracać do książeczki i przypominać o czym jest ta opowieść. Dla starszych będzie to nauka bez nachalnego dydaktyzmu. Książkę łatwo się czyta, bo zastosowano duże litery oraz wzbogacono ją ogromem ilustracji. A przy okazji, rodzi się w dzieciakach świadomość tego, kim są.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owieczka za książeczkę.

„Różni, ale tacy sami. Książka o tolerancji” – Pernilla Stalfelt

Różni, ale tacy samiWyobraźcie sobie książkę, którą dostają wszyscy trzecioklasiści w kraju. Czy to możliwe? Oczywiście. Z małym dopiskiem – w Szwecji… Jak ważna jest tolerancja wiedzą ci, którzy obserwują wydarzenia w Polsce, które powtarzają się co roku przy okazji Święta Niepodległości. Może nikt tym ludziom nie opowiadał o tym, na czym polega akceptacja inności?

Pernilla Stalfelt w „Różni, ale tacy sami. Książka o tolerancji”,  liczącej sobie ledwie czterdzieści stron, postanowiła wyjaśnić dzieciom czym jest i na czym polega tolerancja. Zrobiła to w prosty i trafny sposób, a jednocześnie z dużym poczuciem humoru. Autorka zaczęła od wyszczególnienia różnic występujących między ludźmi. Bo przecież nie ma dwóch takich samych osób. W zabawny sposób pokazała czym są stereotypy i na czym polega pułapka w takim myśleniu. Podobnie dzieje się z uprzedzeniami. Bo łatwiej żyć sobie w świecie, w którym nie zadajemy sobie trudu, by kogoś poznać, a jednocześnie wyrażać o nim opinię. Pyta jednak, czy jesteśmy gotowi, by to zmienić? Wymaga to przecież małego trudu. Tylko, że nagroda będzie znacznie większa.

Pernilla Stalfelt za pomocą prostych rysunków wystawiła naszą tolerancję na próbę. Pokazała sytuacje, które jedni są w stanie zaakceptować, a inni nie. Znalazła dla tolerancji złotą regułę znaną zresztą od wieków – „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Pisarka nie pokazuje dziecku co ma akceptować, daje tylko bodźce do dyskusji w postaci rysunków. Mały odbiorca sam się musi nad danym problemem zastanowić.

Najistotniejsze w „Książce o tolerancji” jest to, że wskazano w niej sposób na życie w społeczeństwie. Bez odtrącania innych, gdyż P. Stalfelt zachęca do poznawania, szukania czegoś dobrego w różnicach. Choć zaczyna od określenia czym jest „ja”, pokazuje, że każdy człowiek chce być w grupie. A „my” i „wy” oraz „oni” to jedno wielkie „my” – tak cudowne jak nasza wspaniała planeta.

Książka „Różni, ale tacy sami” w bardzo pozytywnym świetle okazuje inność. Pozwala na akceptację siebie oraz dopuszcza możliwość istnienia różnic czy w wyglądzie, czy charakterze. Poprzez ukazanie wartości tej różnorodności, dzieciaki zaczynają widzieć w niej wartość. Zadają też pytania i myślą. Bo czym innym jest tolerowanie różnic, a na czymś innym polega przemoc. Pernilla Salfelt wskazuje te różnice i podkreśla, że ludziom łatwiej żyje się w grupie. Tylko, że nie musi być ona pod każdym względem taka sama. Im więcej różnic, tym bardziej interesująco… Bo przecież nie mamy być jak wróble, które nie akceptują w swoim stadzie kanarka. Warto się przyjrzeć tej pozycji – już pięciolatek jest w stanie z niej sporo wynieść.

Dziękuję Czarnej Owieczce za książkę.

„To wszystko rodzina!” – A. Maxeiner i A. Kuhl

To wszystko rodzina!Jak opowiedzieć o dziecku nowej partnerki brata poprzedniej żony taty? Skomplikowane? Cóż, rodzina nie zawsze zgadza się ze schematem – rodzice i dzieci (najlepiej dwoje). Alexandra Maxeiner i Ankhe Kuhl w książce „To wszystko rodzina!” postanowiły opowiedzieć młodym odbiorcom o relacjach międzyludzkich. Wcześniej już mieliśmy do czynienia z tymi autorkami, przy okazji walki z grymaszeniem czytaliśmy „To wszystko pyszne”.

Jeśli cofnęlibyśmy się parę pokoleń wstecz, okazałoby się, że w przeszłości to zagadnienie również było dosyć skomplikowane. Kto dziś  wie, kim jest świekra? Dawniej o krewnych i powinowatych trzeba było się uczyć, bardziej niż współczesnie o znanych postaciach. I też nie było łatwo.

Teraz niemal nie potrafimy odróżnić stryja od wujka (zależy to od regionu Polski). Ale bardziej skomplikowane może okazać się określanie najbliższych relacji rodzinnych. Współczesne rodziny nie zawsze są tak proste, jak przysłowiowy model: mama, tata, dzieci.

Autorki „To wszystko rodzina” postarały się, by pokazać młodym czytelnikom, że człowiek jest istotą rodzinną, niezależnie od tego, co daje mu los. Przedstawiły rodziny wielopokoleniowe, rozbite, klasyczne. Dodały do tego  świetne ilustracje, przybliżające dzieciom to, o czym mowa w książce.

Relacje rodzinne są skomplikowane. Jednak A. Maxeiner i A. Kuhl nie miały zamiaru niczego ukrywać. Z książki wypływa przesłanie, że każda rodzina jest ważna. Dzieciaki po tej lekturze będą mogły odnaleźć się w którymś z podanych modeli. A jest ich sporo. Autorki nie bały się pokazać adopcji, rodzin tęczowych.

Co ciekawe, dla dzieci wszystko było łatwe do zaakceptowania. Same twórczynie nigdzie nie oceniają modeli rodzin. Oprócz jednego przypadku… Według nich można wiele akceptować, o ile nie ma w tym przemocy. Wyraźnie zostało zaznaczone, że nie wolno bić dzieci. A czy rodzina jest pełna, czy nie, jest już mniej ważne – chodzi przecież o to, by dzieci żyły szczęśliwie.

Największe emocje wzbudziło w naszych pociechach pojęcie braterstwa krwi. Żadne tam rodziny homoseksualne. Widać jest, że dzieci łatwo akceptują różne modele do momentu, kiedy ktoś nie zacznie ich oceniać, wpływać na ich zdanie. Pisarki w taki sposób zajęły się tymi kontrowersyjnymi tematami, by zaspokoić ciekawość młodych czytelników, ale w najprostszy z możliwych sposobów. Nie można więc mówić o rodzeniu niezdrowej ciekawości. Nawet pojawiają się tzw. brzydkie słowa, które – jak tłumaczą autorki – pojawiają się, gdy członkowie rodziny się kłócą. Pokazują jednak, że możliwy jest następny krok – pogodzenie się.

Podobała nam się ta książka, ponieważ pokazuje, jak barwny jest nasz świat. Bez oceniania i krytykowania. Napisana prostym jezykiem, tak by zaspokoić ciekawość młodych odbiorców. Oni też mają prawo wiedzieć kim są ich krewni. Uważam, że najlepiej jest, gdy tego typu książki staną się podstawą do rozmów z rodzicami. Trzeba pamiętać, jak ważne jest, by wielu rzeczy maluchy dowiadywały się od nas, a nie kolegów z podwórka…

Dziękuję Czarnej Owieczce za książkę 🙂

Camilla Läckberg dzieciom – Super-Charlie

Super-Charlie - Camilla LäckbergCamilli Läckberg nie trzeba przedstawiać żadnemu molowi książkowemu. A jednak kiedy dowiedziałam się, że ta niezwykle popularna szwedzka pisarka napisała książkę dla dzieci, poczułam się nieco zdziwiona. Zresztą zaniepokojona też, bałam się tego, jakie niebezpieczeństwa mogą czyhać na dzieci w „Super-Charliem”.

Tymczasem historia opowiada o niezwykłym niemowlęciu. Tytułowy Charlie przyszedł na świat jako trzecie dziecko, w pewnej zwykłej, nieco zakręconej rodzinie. Dzięki temu, że spadł na niego magiczny pył, po zderzeniu się gwiazd, malutki chłopczyk stał się nadzwyczajny. Mimo niemowlęcego wieku potrafił mówić, załatwiać swoje potrzeby w toalecie, a nawet unosić się nad ziemią.

Dla niego te umiejętności to nic nadzwyczajnego, a dla innych same niespodzianki. Dlatego mały Charlie kryje się ze swoimi zdolnościami. Nawet do toalety chodzi w tajemnicy przed wszystkimi. Jest jednak pewna sprawa, która nurtuje superbohatera. Nie potrafi pomóc starszemu bratu, który padł ofiarą szkolnego chuligana.

Charlie chciałby polecieć do tego rozrabiaki i wymierzyć mu sprawiedliwość. Jednak za słabo radzi sobie z lataniem. Nie wie, jak poradzić sobie z tym problemem. Wtedy maluszek znajduje wsparcie w babci, która nagle musi zmienić podejście do wnuka. A Charlie zamienia się w Superniemowlaka i wreszcie pomaga bratu.

Książka Camilli Läckberg napisała została w przezabawny i przewrotny sposób. Młodszy brat broni starszego – tego jeszcze nie było. Choć głównym bohaterem jest niemowlaczek, wszystkie dzieci – i te malutkie, i nieco starsze – pokochają go z miejsca. Super-Charlie zachwyca swoimi umiejętnościami i dobrym sercem. Jego perypetie bawią, wywołują olbrzymie lawiny śmiechu u młodych odbiorców. I – jak to w Szwecji – nie będzie tematów tabu. Pojawi się słowo „kupa”, a dorośli nie będą idealizowani – mają sporo zabawnych, wręcz przerysowanych cech. Dzięki temu jest wesoło, a dzieciaki chętnie słuchają opowieści o superbohaterze.

Podobały nam się ilustracje. Ciekawe kolory świetnie pasują do całej historii. Natomiast duży format zaprasza do wertowania stron i oglądania obrazków. Nawet te maluchy, które nie czytają, mogą się pośmiać samodzielnie przeglądając ilustracje. Myślę, że książka przemówi już do trzylatków. Camilla Läckberg udowodniła, iż potrafi pisać również dla dzieci. Cieszę się, że do pisania dla młodych odbiorców zmotywowały pisarkę jej własne pociechy. Dzięki temu pozostałe dzieciaki, do których trafi ta książka, otrzymują wszystko, co lubią: zabawne historie, ciekawe ilustracje, no i delikatnie ukryte przesłanie. W Szwecji trzecia część przygód Charliego cieszy się sporym powodzeniem. A my cierpliwie czekamy na polskie wydanie.

Za książkę „Super-Charlie” dziękujemy Czarnej Owieczce.