Supermoce – J. Unenge. Zabawnie o marzeniach

SupermoceDzieciaki oglądają czasami filmy. Uwielbiają zwłaszcza te, w których roi się od superbohaterów. Może dlatego właśnie wymyślono Supermana, Spidermana, Batmana i innych, bo każdy choć trochę się z nimi utożsamia? Ale jak uświadomić dzieciom, że to fantazja, żeby przypadkiem nie zechciały skakać z czwartego piętra, by sprawdzić, czy nie są właśnie herosem posiadającym nadprzyrodzone umiejętności?

Książka Johana Unenge „Supermoce” posiada podtytuł: „Liczne rady i wskazania do ich używania”. Kto z nas nie pragnął być niewidzialny, albo podróżować w czasie, czy żyć wiecznie? Pewnego dnia synek zapytał mnie: „Mamo, czy ja nigdy nie umarnę”? Córka go pocieszyła – „Nie martw się, w niebie będziesz mieszkał z Panem Jezusem”. Płaczu było sporo, bo syn stwierdził, że on jednak woli z mamą…

„Supermoce” rozwiązują tego typu problemy. Autor skupia się na typowych marzeniach dzieci (choć wielu dorosłych też pewnie skrywa podobne myśli, tylko się nie przyznają). Dokładnie zostało opisane, co można robić dzięki posiadaniu którejś z nadprzyrodzonych umiejętności. Ale też podane są minusy takich supermocy. Jeśli będę potrafła podróżować w czasie, mogę zmienić historię i nigdy się nie urodzić… A jeśli potrafiłabym latać, co by się stało z moim lękiem wysokości?

Oczywiście nie jest tak, że Johan Unenge podaje młodemu czytelnikowi tylko wady nadprzyrodzonych umiejętności. Pokazuje ich pozytywy oraz negatywy. Dodaje do tego zabawne ilustracje oraz pewne podstawy naukowe. Ważne są również podpowiedzi, że skoro nie potrafimy latać, to może uda się nam skoczyć z kamienia?

Ksiażka nadaje się dla tych dzieciaków, które wiedzą, kim jest św. Mikołaj i znają wyrażenie „cholernie przystojny”. Może trafi do świadomego drugo-, czy trzecioklasisty? Moje maluchy jeszcze wierzą w magię Bożego Narodzenia. Ale można przecież pominąć te kontrowersyjne fragmenty… Autor pochodzi ze Szwecji, a tam niemal niczego się przed dziećmi nie ukrywa. Dozwolone są również pewne niecenzuralne słowa – skoro takie wyrażenia są używane przez młodych odbiorców, autorzy nie uważają za stosowne ich pomijać. Uważają, że w ten sposób są bardziej wiarygodni. (Jestem po spotkaniu z kilkoma szwedzkimi autorkami, które właśnie tak wyjaśniały owe sporne kwestie).

Najbardziej podobało mi się jednak zakończenie opowieści.  Wcześniej autor skupiał się na niezwykłych mocach, tłumaczył, że zwykle nie jest to możliwe do zrealizowania i podpowiadał, jak szukać substytutów. Całość podsumowuje jednak tak, że niektórzy pragną tego, by być superzwyczajnymi. Bo o czym marzy ktoś, kto jeździ na wózku inwalidzkim? Wtedy będzie pragnął tego, żeby chodzić, choć dla większości wydaje się to banalne i niezwykle łatwe. Unenge pozwala młodym odbiorcom zauważyć osoby niepełnosprawne. Na tym właśnie polega siła tej książki. Autor podkreśla, że marzenia mogą być zwyczajne, choć równie ważne, jak te o lataniu. Moim dzieciakom uwielbiającym superbohaterów, ta książeczka bardzo opowiadała. Mogły na chwilę posiąść niesamowite umiejętności, bawiły je też ilustracje – również one mają supermoc.

 Dziękuję Czarnej Owieczce za książkę Johana Unenge.

Jedno oko na Maroko – reportersko dla dzieci

Jedno oko na MarokoTomasz Kwaśniewski postanowił napisać pierwszą reporterską książkę dla dzieci. „Jedno oko na Maroko” jest zbiorem rozmów z niezwykłymi, bo troszkę innymi ludźmi. Znany dziennikarz połączył swoje siły z Anną Bedyńską – utalentowaną fotografik, nagrodzoną World Press Photo, z tej oto mieszanki wyszedł majstersztyk, który będę gorąco polecała.

Teoretycznie książka napisana została dla dzieci. Jednak dorosły też ma możliwość zadawania dziecięcych pytań. Takich, które nurtowały nas wieki temu, a zapomnieliśmy o nich po latach,  teraz możemy wrócić do tego stanu niewinności i zaspokoić zwykłą ciekawość.

„Jedno oko na Maroko” zostało napisane w formie wywiadów. Autor zadaje bohaterom swych rozmów dziecięce pytania, przez co zmusza ich do konkretnych i rzeczowych odpowiedzi. Rozmówcy muszą przecież posługiwać się prostym i zrozumiałym językiem, by wszyscy – niezależnie od wieku – ich zrozumieli. Tomasz Kwaśniewski prowadzi wywiady ze znanymi – księdzem Adamem Bonieckim, paraolimpijczykiem Jarosławem Rolą, czy kulturystą Marcinem Łopuckim. Bardziej liczna jest jednak grupa ludzi anonimowych, którzy wyróżniają się w jakiś sposób – osobą skazaną za morderstwo, nudystą, kobietą w ciele mężczyzny, bezdomnym, niewidomym, kobietą bez rąk. Kimś, kogo byśmy wstydzili się zapytać na ulicy, jak sobie radzi z utrudnieniami w życiu.

Bohaterowie tej książki w bardzo mądry i delikatny sposób, tłumaczą, kim są i jak muszą sobie radzić z rzeczywistością. Kobieta cierpiąca na achondroplazję, która ma zaledwie 120 centymetrów wzrostum, wyjaśnia, że nauczyła się w życiu prosić o pomoc. Jarek dziwi się, jak to jest, że dorośli budując domy, chodniki, nie zauważają, że istnieją ludzie bez nóg – bo nie wszędzie są podjazdy dla takich jak on.

Dzieci, kiedy czytałam im tę książkę, zaspakajały swoją wrodzoną ciekawość. Dzięki temu łatwiej będzie im zaakceptować inność. Bo przecież ludzie są różni. Tomasz Kwaśniewski wręcz zachęca, by do takich osób podchodzić i pytać. Może to jest lepsze, niż wytykanie palcami?

Cieszę się, że są takie publikacje, które ubogacają czytelników. Łatwo zaakceptować tych, którzy są podobni do nas. Co się dzieje z takimi, którzy czymś sie różnią? Nie mają łatwo, nie są akceptowani. Jednak dzięki takim pozycjom jak „Jedno oko na Maroko” dzieci poszerzają swoje horyzonty. Akceptują inność. Przyznam, że maluchom przychodziło to łatwiej niż sądziłam. I rzeczywiście, chcą wiedzieć, a ich ciekawość jest naturalna.

Podobało mi się to, że autor bardzo dobrze wszedł w rolę. Tak zadawał pytania, że kiedy dzieci dopytywały, to odpowiedź za chwilę padała na stronach książki. Jak się okazuje, maluchy zwracaja uwagę na konkrety – np. jak to jest, że panu bez nóg nie wypłynęła cała krew z ciała? U nudysty zakrytego w miejscach intymnych żelazkiem, doszukiwały się blizny po operacji serca – to było dla nich ciekawsze od nagości. Dla dzieciaków nie ma tematów tabu, stwarzamy je dopiero my – dorośli.

Sporym plusem książki są fotografie. Autorka zdjęć zrobiła wszystko, by intrygowały, ale też wnosiły sporo do rozmów. Tylko do jednego mogę się doczepić – chciałabym, by fotografii było więcej. Myślę, że nie można bać się takiej książki. Dzięki rozmowom Tomka Kwaśniewskiego pokazujemy dzieciom świat, a na tym właśnie polega nasza rola. Dobrze, że są tacy, którzy nam – rodzicom w tym pomagają. Moje dzieci były zachwycone, bo poznawały ciekawych ludzi. A to przecież jest ważne, również dla najmłodszych.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owieczka.

To wszystko pyszne – jak opowiedzieć zabawnie o jedzeniu?

To wszystko pyszneKsiążka „To wszystko pyszne” A. Maxeiner i A. Kuhl ma bardzo długi podtytuł: „O ulubionych daniach i potrawach, na które patrzymy z obrzydzeniem, o zapachu ciasta i bąków puszczanych po grochu, o drugich śniadaniach i innycg smakołykach”. Zaraz przypomniały mi się barokowe tytuły dzieł przeróżnych…

Trudno niekiedy zachęcić dzieci, by próbowały nowych potraw. Mają kilka ulubionych i koniec. Żadne namowy ani prośby nie działają. Jednocześnie lubią poznawać świat, więc często pytają o to, co jedzą ludzie na innych kontynentach. Właśnie w „To wszystko pyszne” na zaledwie 30 stronach – choć całkiem sporego formatu, pokazano młodym odbiorcom, jak wyglądają posiłki w różnych częściach świata.

Autorki posłużyły się przede wszystkim obrazkami, by pokazać dzieciom w zabawny sposób, jak różnie ludzkość traktuje jedzenie. Zaczyna się od rozróżnienia, kim są mięsożercy, roślinożercy, wszystkożercy. Potem jest troszkę historii, jak zdobywali żywność ludzie z epoki kamienia. Pokazano również różnice w hodowli ekologicznej zwierząt, a masowej.

Do dzieci bardzo przemówiły ciekawostki z tej książki. Głównie z nich składa się ta pozycja. Jednak nie są to wyrywkowe informacje, a w przemyślany sposób podana wiedza. Co ciekawe, wiadomości i ilustracje tak przedstawiono, że kiedy dziecko zadaje pytanie, odpowiedź jest pod następnym obrazkiem.

W książce nie ma tematów tabu. Skoro jest o jedzeniu, wspomina się o wydalaniu, ale tak by bawić i uczyć jednocześnie. Zaspokojona została ciekawość dziecięca, bez tworzenia mitów, na tyle subtelnie, by nie przerazić. Autorki pokazały również zachowania rodziców w stosunku do dzieci, kiedy podają swym pociechom posiłki. Tu rumieniec wstydu może pojawić się na twarzach dorosłych, bo i nas trochę wyśmiano.

Dzięki książce „To jest pyszne” dzieci mają szansę wyruszyć w podróż po świecie, bez ruszania się z domu. Dowiedzą się, w jakich krajach jada się mrówki,  w których szczury, czy świersze. Trzeba było tylko zaopatrzyć się w atlas i zabawa gotowa… A na koniec efekt był taki, że żadnego stresu moje domowe niejadki zaczynają próbować nowości. Bo skoro ludzie jedzą pająki, to może ogórek nie jest taki straszny? Dzięki tej książce bawiliśmy się świetnie. Poznawanie świata może być przecież zabawne. „To wszystko pyszne” tak się spodobało pięcioletniemu synkowi, że cichcem wyniósł książkę z pokoju siostry i teraz należy do niego. Ciekawe jak długo mu się uda utrzymać tę aneksję w tajemnicy?

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca