„Spustoszenie. Nieopowiedziana historia o katastrofie i dyktaturze wojskowej w Birmie” Emma Larkin

SpustoszenieWłaśnie dotarło do mnie, że gdy czytam reportaże, autorami są Polacy. Czym jak czym, ale tym akurat nasi dziennikarze mogą się pochwalić – Wańkowicz swoje zrobił, Kapuściński przetarł szlaki naszym twórcom na świecie. Gdybym się uparła, to mogłabym przecież zacząć od pozytywistów… Ale nie o tym miało być.

Co wiem zatem o reportażu na świecie? Nie tyle ile bym chciała, jak się okazuje. Dlatego dałam szansę książce Emmy Larkin, „Spustoszenie”. Reportaż został nominowany do Nagrody Dziennikarskiej im. Heleny Bernstein przyznawanej przez Nowojorską Bibliotekę Publiczną. Do sięgnięcia po tę książkę nie skłoniła mnie jednak nominacja do prestiżowej nagrody, ile problem, który został poruszony w reportażu.

W 2008 roku tropikalny cyklon uderzył w wybrzeża Birmy, powodując olbrzymie ofiary w ludziach. Dosłownie zmiótł z powierzchni ziemi całe wioski. Około dwa miliony osób zostały bez dachu nad głową. Przypuszcza się, że sto czterdzieści tysięcy osób straciło życie. Niepojęte były owe zniszczenia, ale najbardziej zagadkowe było postępowanie władz Birmy, które odrzuciły międzynarodową pomoc humanitarną. Uniemożliwiano działania obecnym w Birmie organizacjom pomocowym. Dopiero po kilku tygodniach reżim zdecydował się na złagodzenie stanowiska. Tylko, że wtedy dla wielu osób było już za późno. Trudno sobie wyobrazić jak długie musiały być trzy tygodnie, po których junta wreszcie zdecydowała się wpuścić pomoc, dla zwykłych ludzi. Takich, którzy stracili wszystko.

Emma Larkin dzięki wizie turystycznej dostała się do tego kraju tuż po cyklonie Nargis. Mogła obserwować olbrzymi chaos panujący w tym kraju. Nie było podstawowych środków do życia. Wokół zniszczenia, smród, rozkładające się ludzkie i zwierzęce szczątki.

Ten kataklizm doprowadził ostatecznie do pewnych zmian. Junta starała się utrzymać Birmę w izolacji, by nie stracić władzy. Kiedy jednak pomoc z Zachodu okazała się jedynym ratunkiem, w kraju zaczęły następować zmiany. Są one jednak powolne i sama Emma Larkin obawia się, że generałowie zastąpili mundury garniturami. Można mieć jednak pewną nadzieję, że coś się w tym kraju zmieni – na lepsze.

W książce „Spustoszenie” są nie tylko opisy cierpień mieszkańców tego biednego kraju, którym kataklizm zabrał wszystko. Dziennikarka nie ma zamiaru skupiać się na makabrycznych opisach. Bo je można sobie wyobrazić. Stara się opisać ogrom spustoszeń, jakie nastąpiły w człowieku po cyklonie Nargis. Opowiada też o współczesnej historii Birmy.

W kraju doszło też do innych spustoszeń: politycznych, gospodarczych i moralnych. Książka Emmy Larkin została podzielona na części. W jednej z nich opisuje historię reżimu oraz jak opozycja próbowała z nim walczyć. Zaskakuje, że tak wiele informacji nadal jest niepewnych. Choćby data urodzin generała Than Shwe, rządzącego przez wiele lat Birmą.

Dzięki „Spustoszeniu” mogłam dowiedzieć się nieco więcej o tym tajemniczym dla mnie kraju. Bo o Birmie kilka razy słyszałam, ale niekiedy media odwracją głowę od najważniejszych problemów świata, by oferować nam niczego nie wnoszącą do naszego życia sieczkę. Historia, kultura, religia Birmy są warte uwagi. Mam nadzieję, że przemiany zachodzące w tym kraju dają zwykłym mieszkańcom tego kraju jakąś nadzieję. Bo cierpień otrzymali już wystarczającą ilość.

Warto było przeczytać książkę amerykańskiej reportażystki. Poruszyła ważny temat, o którym warto było się dowiedzieć czegoś więcej. Lubię mieć pełny obraz. Tu zobaczyłam jak wyglądał kataklizm, do czego doprowadził, ale poznałam też wiele więcej. Poznałam historię miejsca, o którym niewiele się mówi. Myślę, że łatwo sobie wyobrazić, dlaczego Emma Larkin ukrywa się pod pseudonimem.  Może dzięki zmianom, które zachodzą w Birmie, będzie mogła się ujawnić?

„12 opowieści żydowskich” – Anka Grupińska

12 opowieści żydowskichAnka Grupińska zajmuje się historią i kultury żydowską. Jest pisarką, współautorką wystaw, zajmuje się historią mówioną. Stara się ocalić od zapomnienia te część historii, która choć wydarzyła się nie tak dawno, może ulec zapomnieniu. Ludzie z nią związani byli Polakami, tylko że wyznania mojżeszowego. Najpierw zajęli się nimi naziści. Po wojnie również nie mieli łatwo ci, którym udało się uniknąć Zagłady.

Miałam już do czynienia z książką tej autorki. „Ciągle po kole” to seria wywiadów z osobami, które wzięły udział w powstaniu w getcie warszawskim (między innymi z Markiem Edelmanem). „12 opowieści żydowskich” powstało na podstawie dwóch projektów historii mówionej. Spośród dwustu płyt z zapisanymi rozmowami i zdjęciami, Anka Grupińska wybrała dwanaście opowieści, mając świadomość tego, jak bardzo niepełny jest ów wybór.

Dla Anki Grupińskiej najbardziej istotny w opowieściach jest okres przedwojenny, ponieważ został on stracony na zawsze i niezapisany. W dwudziestoleciu międzywojennym Żydzi ci czuli się jeszcze bezpiecznie. Dlatego swobodnie mówią o tym okresie. Kiedy opowiadają o Zagładzie, zaczynają się namyślać. Najbardziej płytko poruszają się po czasach powojennych.

Dzięki historiom opowiedzianym przez Gizelę Fudem, Alfreda Borowicza, Lucynę i Bolesława Badianów, czy Annę Mass podróżujemy w przeszłość. Do czasów, które odeszły bezpowrotnie. Niestety, nawet opowiadający nie są w stanie sobie wszystkiego przypomnieć – ich pamięć jest wybiórcza, niepełna. A jednak daje pewien obraz. Bohaterowie książki Grupińskiej łączy jedynie to, że byli Żydami. Niektórzy z nich pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin, jeszcze inni byli biedni. Również do samej religii mieli  różny stosunek. Jednak jeśli nawet nazywali się niewierzącymi, w czasie drugiej wojny światowej nie miało to najmniejszego znaczenia. I tak na każdym kroku groziła im Zagłada.

Dzięki położeniu największego nacisku na czasy międzywojenne, mamy niezwykłą okazję stworzenia sobie pewnego obrazu. Widok jest niesamowity, bo niezwykle barwny. Opowieści łączy jednak moment Zagłady. Dopóki nie wybuchła wojna, ludzie ci mieli do czynienia z antysemityzmem, ale mimo to większość z nich czuła się Polakami. Do tego stopnia, że po wojnie postanowili zostać w Polsce.

Wybuch drugiej wojny światowej spowodował, że wiele rodzin uległo rozdzieleniu. Przez to bohaterowie niekiedy nie potrafią powiedzieć, gdzie zginęli ich najbliżsi. ?Cała moja rodzina zginęła. Wszyscy zginęli, znajomi, rodzina, wszystko? – tak mówi Anna Mass.Tym kilkunastu osobom opowiadającym o swoich losach się udało. Jedni z nich ocaleli na Wschodzie, inni przetrwali obóz, albo ukrywali się na terenie Polski. Jak bardzo musieli czuć się samotni, kiedy stopniowo docierała do nich świadomość, że niemal wszyscy zginęli?

Po wojnie nie tylko musieli się zmagać z poczuciem straty. W Polsce nie mieli z kim rozmawiać o tym, co się wydarzyło w ich w życiu. Niekiedy po raz pierwszy opowiadają całą swoją historię życia. Anka Grupińska oddaje im głos – dokładnie w takiej formie, w jakiej się wypowiadali. Historie nie zawsze są pełne, często mają jakieś luki. Najważniejsze jednak, że starają się ocalić tamte czasy od zapomnienia. Dzięki nim świat, który już nie istnieje, zaczyna żyć w naszej pamięci. Za sprawą tego świadectwa ma on szansę przetrwać choćby tylko w formie zdjęć i spisanych wspomnień. Ci ostatni świadkowie mają szansę nam coś pozostawić. Mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy nie przejdą obok tych historii obojętnie. Mnie poruszyła ta opowieść, ponieważ uzmysłowiła mi pustkę, której nic już nie wypełni. Jedynie poprzez takie opowieści, można sobie choć trochę wyobrazić ten nieistniejący już świat i uzmysłowić, jak bardzo był bogaty.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Papusza – Angelika Kuźniak

PapuszaCzternastego sierpnia premierę miała książka Angeliki Kuźniak, pt. „Papusza”. Opowiada ona o niemal zapomnianej już cygańskiej poetce, która została odkryta przez Jerzego Ficowskiego w połowie XX wieku. Wychwalali ją też inni twórcy – m.in. Julian Tuwim. Dar Papuszy stał się jednocześnie jej przekleństwem.

Autorka w swej pracy posługuje się terminem Cyganie, gdyż tak właśnie chciała być nazywana sama bohaterka książki. Nazwa Rom jest pustym i sztucznym tworem, stworzonym przez media. Praca nad biografią Papuszy, zajęła Angelice Kuźniak aż osiem lat. Trudno sobie wyobrazić ogrom pracy, który trzeba było włożyć w powstanie tego reportażu. Pisarka korzystała z archiwum Jerzego Ficowskiego, tekstów, które pozostały po poetce, nagrań radiowych, artykułów prasowych oraz filmów. Bibliografia jest niezwykle imponująca.

Słowo papusza w języku cygańskim oznacza lalkę. Tak nazywano Bronisławę Wajs, ze względu na jej urodę. Nie da się też dokładnie określić, kiedy bohaterka przyszła na świat, ponieważ Cyganie nie liczą lat. Żyją w zgodzie z rytmem przyrody, więc łatwiej im powiedzieć, że ktoś się urodził, kiedy chłopi kończyli zbierać zboże z pól, niż podać konkretną datę. Papusza przyszła na świat około 1908 roku, w bliżej nieokreślonym miejscu.

Matka Bronisławy Wajs pochodziła z galicyjskich Cyganów, ojciec nie uczestniczył w ich życiu. Mała Papusza dorastała wśród Cyganów, szybko uczyła się ich zasad, w końcu była wśród swoich. Jednak oprócz sztuki kradzieży, wróżenia, zapragnęła czegoś innego niż wszyscy wokół niej: chciała nauczyć się czytać. Osiągnęła swój cel, choć inni Cyganie wyśmiewali się z niej i dokuczali małej dziewczynce, która marzyła o poznawaniu książek.

Kiedy miała piętnaście lat, została wydana za Adama. Po jakimś czasie kazał jej odejść. Drugi mąż – Dyźko – po prostu kupił ją od rodziców dziewczyny. Dionizy Wajs nie był delikatnym mężem – bił Papuszę, choć z czasem i ona zrobiła się harda – potrafiła wyzwać i opluć. Po nieudanym romansie bohaterkę dopada  choroba psychiczna. W 1936 roku wraca do taboru, do Dyźka, ponieważ cygańska żona nigdy nie zostawia męża.

W czasie wojny Papusza jest świadkiem egzekucji Cyganów ze strony Niemców i Ukraińców. Ukrywa się w lesie, ale obserwuje śmierć głodową najsłabszych – czyli dzieci. Najtrudniej było przetrwać zimę:

(…) po czterech dniach / czterech synków matki pogrzebały / w zaspach wielkich i białych

– pisze później poetka w swoim wierszu. Potem przychodzi choroba – tyfus. Papuszy i Dyźkowi udaje się przeżyć. Przygarniają też Tarzana, którego poetka bardzo mocno pokocha. Tabor zaś ruszył w stronę Ziemi Odzyskanych. Po drugiej wojnie Cyganom nadal było trudno. Do grupy dołączył też Jerzy Ficowski, który właśnie podczas podróży z taborem zauważył talent Papuszy. Dzięki niemu poetka stała się znana.

Spotkanie z Ficowskim stanie się też przekleństwem dla Papuszy. Po tym jak w 1953 pisarz wydał książkę „Cyganie polscy. Szkice historyczno-obyczajowe” w taborach zawrzało. Papusza została uznana za zdrajczynię tajemnic cygańskich. Poetka bała się o swoje życie i najbliższych. Popadła w chorobę psychiczną. Do końca życia czuła się odepchnięta  i pogardzana przez swoich.

Reportaż Angeliki Kuźniak jest opowieścią o poetce wykluczonej. Czuła, że musi tworzyć, ale za ten dar musiała zapłacić wysoką cenę. Mówiła o sobie:

Z taboru byłam, teraz znikąd jestem. Dyźko mówił: „Nie pisz wierszy, bo będziesz nieszczęśliwa”. A ja pisała jak ta głupia i stało się teraz, że nigdzie nie należę. Cygany stronią ode mnie, odgrodzili się i milczą. Za książkę pana Ficowskiego nienawiść na mnie rzucili. (s. 180).

Poezja stała się dla niej przekleństwem. Została sama, a po śmierci pochowano ją daleko od cygańskich mogił. Dopiero dziesięć lat później przeniesiono trumnę Papuszy do grobu ojczyma.

Książka Kuźniak podejmuje też temat odpowiedzialności. Jerzy Ficowski przyczynił się do tego, że wrażliwa poetka została wyklęta przez swoich. W książce „Demony cudzego strachu” pisał:

(…) czuję w sobie ciężar współodpowiedzialnosći za te wszystkie biedy, którymi Cię kiedyś obarczono, choć wiem, że były nieuniknione. Wybacz mi, jeśli możesz. (s. 189)

Angelika Kuźniak z dokumentów, do których udało jej się dotrzeć, kreśli biografię poetki. Z drugiej strony książka jest też reportażem. Dziennikarka próbuje odtworzyć osobowość bohaterki, pokazać jej hardość oraz niezwykłą wrażliwość, nie dodając autorskiego komentarza. Powstaje historia niezwykle subtelna i pełna wdzięku. Dzięki autorce możemy zrozumieć tę niezwykłą postać. Wchodzimy do poetyckiego świata Papuszy i dotykamy zupełnie obcy nam świat. Kosmos, w którym piękno natury łączy się z okrucieństwem człowieka. A Kuźniak nie ocenia, niczego nie komentuje. Pozwala nam poznać dawno zapomnianą poetkę. Oddaje Papuszy głos. Warto się w niego wsłuchać.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za książkę Angeliki Kuźniak pt. „Papusza”.

Ostatni wyścig – J. Hatzfeld

Ostatni wyścigPrzyznać trzeba, że Jean Hatzfeld miał iście diabelski plan pisząc „Ostatni wyścig”, ponieważ poszedł w odwrotnym kierunku niż większość z tych, którzy opowiadają o sporcie. Bo przecież mówić należy o zwycięzcach, a nie przegranych.

Francuski korespondent wojenny, Frédéric,  dostarcza światu informacji z pierwszych linii frontu. Pewnego dnia, gdzieś w okolicy między Somalią a Etiopią, przygląda się żołnierzowi. Rozpoznaje w nim dwukrotnego medalistę olimpijskiego, którego podczas olimpiady w Pekinie  przyłapano na stosowaniu dopingu.

Dziennikarza zdumiewa fakt, z jaką pokorą Afrykanin podporządkował się decyzji o odebraniu mu laurów. Podczas rozmowy Ayanleh Makeda nie zaprzecza, że stosował niedozwolone środki, jednak nie wyjaśnia w jaki sposób do tego doszło. Czy był to przypadek, podstęp konkurencji, czy świadomy czyn maratończyka?  Frédéric nie może zapomnieć o Ahanlehu, więc rozpoczyna prywatne dziennikarskie śledztwo.

Postanawia spotkać się z bliskimi etiopskiego maratończyka. Prowadzi kilkakrotnie rozmowy z jego żoną, Tirynesh oraz czeską fizjoterapeutką Hanną. Przemierzy niemal pół świata, by poznać prawdę. W Karlowych Warach dowie się prawdy o dopingu. Ważniejszą sprawą od śledztwa okaże się jednak obraz współczesnego świata.

Ayanleh Makeda urodził się, by biegać. Od dzieciństwa podziwiał rodaka ikonę: Abebe Bikilę, który w latach sześćdziesiątych stał się symbolem afrykańskiego sportu, w czasie rozpadu kolonializmu. Młody Makeda zostaje zauważony przez pewnego duchownego, który widzi jego potencjał i popycha w stronę zawodowego sportu. Maratończyk zadziwia wszystkich, ale najtrudniej zrozumieć jego zasady, jakże inne od naszych. Nie wysuwa się do przodu, ze względu na szacunek wbec starszych. Dopiero, kiedy widzi, że rodacy nie dają rady fizycznie, wtedy rusza po medal.

Świat wobec Makedy okazuje się okrutny. Najpierw wypycha go na szczyt, by jeszcze szybciej go z niego zepchnąć. Kiedy w krwi maratończyka znalazła się niedozwolona substancja, bez żadnych wyjaśnień musi wracać do Etiopii. Tam właśnie odnajduje go podczas wojny Frédéric. Trudno sobie wyobrazić co może czuć człowiek, który choć winny – nie może się bronić. Wszyscy szybko o nim zapominają, więc problem nie istnieje. A on nie może zrozumieć, dlaczego wszystko dzieje się bez słowa wyjaśnienia.

Cała rodzina Ayanleha wraca z Paryża do Etiopii. Z wielkiego świata, prosto do małej afrykańskiej miejscowości. A jednak Makeda przyjmuje przeciwności losu z pokorą. Ani się nie domaga rehabilitacji, ani nie walczy o odebrane mu medale. Różni się od większości sportowców swoim idealizmem. Nie biegał za wszelką cenę, tylko z czystej miłości do maratonów. Nie wiemy o czym myśli sportowiec, ponieważ jest bardzo skryty. Wielki świat odebrał mu wiarę w ten sport, dlatego nie próbuje się oczyszczać.

Powieść „Ostatni wyścig” została napisana z reporterskim sznytem. Jean Hatzfeld w tej niewielkiej książce zawarł mnóstwo ważnych problemów. Jego diagnoza współczesności nie jest jednak przyjemna. Pokazuje, jak niewiele wiemy o Afryce. Świetne są opisy rzeczywistości oraz dbałość o szczegóły. Autor zadbał o to, byśmy poczuli klimat oraz zrozumieli mentalność mieszkańca Etiopii. I choć Ayanleh przegrał wyścig, jednak ocalił swoją godność. Nie pozwolił współczesnemu światu, by go sobie podporządkował .

Przyznam, że nie jestem miłośniczką wielkiego sportu, właśnie ze względu na jego nieczyste zagrania. Hatzfeld obnaża tę niemoralność. Mimo to opisy autora powodowały, że wczuwałam się w nastrój i widzów, i zawodników. Można było na sobie odczuć napięcie, wysiłek biegacza oraz podniecenie tłumów. Ważne jest w jaki sposób Hatzfeld opisuje Afrykę.  Frédéric, dziennikarz prowadzący śledztwo, wydaje się być alter ego pisarza. W niezwykle delikatny i subtelny sposób potrafi zrozumieć drugiego człowieka, dzięki czemu przełamuje stereotypy i ukazuje  czytelnikom prawdę o świecie. I tak jak historia nie będzie dla nas wygodna, tak na przekór wszystkiemu staje się piękna, dzięki ludziom, których opisuje autor.

 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne – dziękuję.

Ciągle po kole – Anka Grupińska

Ciągle po koleKsiążką po którą sięgnęłam tym razem, została wydana po raz pierwszy w 2000 roku. Autorka – Anka Grupińska – zajmowała się tematem powstania w getcie przez trzydzieści lat. W efekcie rozmów z powstańcami, powstała książka „Ciągle po kole”.

Pierwszy wywiad z Markiem Edelmanem miał miejsce już w 1985 roku. Potem dwa lata zajęło autorce zbieranie wspomień powstańców żyjących w Izraelu, później z Inką w Warszawie. Tak powstała pierwsza wersja tej opowieści – „Po kole”. Doszły kolejne rozmowy, aż książka zatoczyła koło i została zamknięta drugim wywiadem z Edelmanem.

Zaskakujące jest w tych historiach to, że choć często opowiadają o tych samych wydarzeniach, każdy z pytanych po latach widzi je w nieco inny sposób. Nawet te same osoby mogą mieć kilka wersji imion – bo niektórzy stosują polskie, a inni hebrajskie, są też imiona w jidysz.

Rozmów jest w sumie dziesięć. Kiedy w getcie wybuchło powstanie, bohaterowie zdawali sobie sprawę, że idą na śmierć. Jednego tylko nie przewidzieli – że przeżyją. Ci nieliczni, którym się udało, nie wiedzieli co z sobą zrobić. Jaką drogę obrać? Niektórzy po wojnie zostali w Polsce – jak Marek Edelman, czy Inka – Adina Blady Szwajger. Inni osiedlili się w Tel Awiwie: np. Masza Glajtman Putermilch, Pnina Gryszpan-Frymer, czy jak Szmuel Ron, który zamieszkał w Jerozolimie.

Historie, które opowiadają, łączy powstanie w getcie. Wszyscy rozmówcy brali w nim udział. I choć każda z osób miała inne doświadczenia życiowe, poglądy na świat, to wszyscy za wszelką cenę chcieli przeciwstwić się nazistom. Anka Grupinska pokazuje jak bardzo różnili się od siebie. Jednak chcieli walczyć, ich jedyną wolnością był wybór rodzaju śmierci. Posiadali na tyle silny instynkt przetrwania, że udało im się – na przekór wszystkiemu – przeżyć. Niekiedy dzieliło ich od niej niewiele, przecież śmierć ich otaczała, często czuli jej oddech, a jednak mogą nam opowiedzieć o swoich przeżyciach i emocjach.

Choć nigdy do końca nie poznamy ostatecznej wersji wydarzeń, możemy wniknąć do getta poprzez tych ludzi. Pokazują oni, jak żyli w czasie okupacji, przed i po wojnie. Kształtuje się też pewien wspólny mianownik, choć niemożliwe jest ustalenie dokładnej historii. Szokować mogą dosadne zdania Marka Edelmana, który twierdził, że w getcie nic nie było znaczące. Padają krytyczne słowa w stosunku do księży katolickich, którzy popierali antysemityzm. Nawet Kolbe w swym „Rycerzu Niepokalanej” pisał przed wojną antyżydowskie teksty. Przecież Jezusa zabili Żydzi – takie było powszechne zdanie chrześcijan. Powstańcy tak samo bali się nazistów, jak i Polaków. Zagrożeni byli z każdej strony, mogli wydać ich nawet Żydzi.

Dzięki książce Grupińskiej zachowana zostaje pamięć o Zagładzie. Nie jest może ona doskonała, ale istnieje. Ważne są odczucia bohaterów. Natomiast ich poglądy polityczne tłumaczą pewne postawy – dlaczego niektórzy zostali w Polsce, a inni wyjechali do Izraela. Obraz, który otrzymujemy, przełamuje stereotypy. Pokazuje jak skomplikowany i złożony jest problem Holokaustu.

Wprawdzie Marek Edelman wypiera się bohaterstwa, każe mówić o instynkcie, jednocześnie uświadamia czytelnikowi, że nie można porównywać tamtej moralności z dzisiejszą. Tak łatwo oceniać i szufladkować. Rozmówcy Anki Grupińskiej pokazują nam chociażby, jak źle byli traktowani ze strony AK. Nie otrzymali wsparcia, a niektórzy z Armii Krajowej gotowi byli nawet do tego, by zabijać tych żołnierzy, którzy przeżyli walki w getcie. Pewne fakty szokuja, a jednak warto je poznać, by samemu nie powielać błędnych streotypów. Może wiedza, którą nabywamy dzięki tym rozmowom, przyczyni się do tego, by wreszcie antysemityzm stał się przeszłością?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne

Czarnobyl – F. M. Cataluccio

Czarnobyl„Czarnobylska modlitwa” Swietłany Aleksiejewicz jest podstawowym źródłem wiedzy dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o katastrofie w Czarnobylu i jej skutkach. Ten świetny reportaż białoruskiej pisarki spowodował, że chętnie sięgam po pozycje nawiązujące do tego tematu.

Dlatego właśnie nie mogłam przejść obojętnie obok niepozornej pozycji z serii Sulina z Wydawnictwa Czarne. Książka pt. „Czarnobyl” Francesca M. Cataluccia uzupełnia w pewien sposób „Czarnobylską modlitwę”, ale też do niej nawiązuje.

Włoski znawca literatury polskiej, wydawca m.in. dzieł Gombrowicza we Włoszech, postanowił przyjrzeć się bliżej historii Czarnobyla. Inspiracją ku temu staje  się pewna mapa, na którą przez przypadek trafił Cataluccio. Przedstawia ona Ukrainę i pochodzi z 1705 roku. Tam właśnie po raz pierwszy autor trafił na miejsce o nazwie „Czernobel”. Pewien tajemniczy człowiek w antykwariacie tłumaczy mu to określenie, które pochodzi od połączenia słów – czarny i łodyga. Językoznawcy wyjaśniają, że chodzi o piołun, jeden ze składników absyntu.

Francesco Cataluccio opowiada o swojej podróży do Czarnobyla po katastrofie. Miejscu, do którego organizuje się obecnie wycieczki. Pisze o swoich obserwacjach i odczuciach. Notuje spostrzeżenia z wymarłego miasta. Obecnie jest to apokalipsa, którą można zobaczyć na własne oczy. Taka atrakcja dla turystów szukających mocnych wrażeń.

Autor wspomina tez jak „bez-sensowność świata” wkroczyła w jego życie. Pierwszy raz stało się to przy okazji służby wojskowej we Włoszech. Po ukończeniu filozofii, Cataluccio dostał wezwanie – miał pracować jako psychiatra wojskowy. Właśnie w szpitalu zetknął się z dwoma żołnierzami, którzy zmarli z powodu napromieniowania. Sprawa była tajna, ale okazało się, że w miejscowości Seveso w 1976 roku doszło do katastrofy, w wyniku której do środowiska dostała się najbardziej trująca substancja o nazwie tetrachlorodibenzoparadioksyna (TCDD).

Drugie zetknięcie z katastrofą dotyczyło oczywiście Czarnobyla. Pisarz przedstawia nam nawet swoje notatki z tamtych czasów. Przebywał wtedy w Polsce i zaczął prowadzić coś na kształt dziennika. Opisuje w nim swoje reakcje, ale też zachowania innych ludzi.

Kolejną ważną sprawą, którą omawia Cataluccio jest problem zła. Autor tłumaczy jak wszystko co najgorsze kumulowało się właśnie na Ukrainie. Pisze o problemach polsko-ukraińsko-żydowsko-rosyjskich. Zaczyna od pierwszych zapisków na temat Czarnobyla z XII wieku. Opisuje walki polsko-kozackie o te tereny. Sporo miejsca poświęca Żydom, jak naruszano ich prawa. Dla autora nazwa „piołun” łączy się z cierpieniami Żydów. W Czarnobylu było sporo chasydów. Wielki Głód pochłonął olbrzymią ilość ofiar, druga wojna światowa spowodowała, że z tych terenów zniknęli właśnie Żydzi. Po wojnie Czarnobyl był na pół wyludnioną mieściną.

Po 26 kwietnia 1986 miasto to okryło się sławą. W wyniku katastrofy w elektrownii jądrowej nazwa Czarnobyl stała się metaforą i symbolem oraz tajemnicą, którą dopiero będziemy musieli zgłębić. Cataluccio próbuje spojrzeć na problem z punktu widzenia filozofii. Poprzez liczne nawiązania do literatury rosyjskiej,  stara się pokazać jak postrzegają zło Rosjanie. Według niektórych w katastrofie maczał palce Demon, albo Mefistofeles. Dla autora źródłem zła była zbytnia ufność człowieka w jego możliwości. Z jednej strony Rosjanie byli bardzo zacofani i kopali ziemniaki gołymi rękami, a z drugiej brali się za rozszczepianie atomów.

„Czarnobyl” Francesca Cataluccia zaskakuje ogromem poruszanych problemów. Autor pisze o historii miejsca, swoich wrażeniach z czasów katastrofy, czy o podróży w tamte tereny. Jest to ważny głos, który pokazuje, że po katastrofie świat już nie jest taki sam. Ważne są przemyślenia autora. Dowodzą one, że Czarnobyl nie wziął się znikąd. Jego historia przed katastrofą jest równie ważna. Autor wnika w temat, by pokazać, że Czarnobyl stanowi pewną całość. I choć hekatomba miała miejsce, można z niej zrobić Disneyland – wprawdzie nieco makabryczny, ale chętni się znajdują. Cataluccio podkreśla w swej książce jak wszystkie koszmary Europy spotykają i kumulują się w tym jednym miejscu.

Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz książki.