„Guguły” – Wioletta Grzegorzewska

GugułyPokolenie trzydziestolatków łatwo mogło odnaleźć siebie w  „Znakach szczególnych” Pauliny Wilk. Autorka jednak opisuje doświadczenia tej generacji z perspektywy mieszkańca miasta. Co jednak z osobami, które pochodzą ze wsi? Do nich może z kolei trafić książka Wioletty Grzegorzewskiej pt. „Guguły”. Autorka jest kilka lat starsza od Pauliny Wilk, więc jej doświadczenia sięgają troszkę głębiej do czasów PRL-u.

„Guguły” są drugą książką prozatorską Wioletty Grzegorzewskiej. Wcześniej opublikowała kilka tomów poetyckich. Tym razem pisarka zabiera nas w świat, który zna ze swojego dzieciństwa. Przenosimy się do małej wsi Hektary położonej na jurze Krakowsko-Czestochowskiej. Główna bohaterka – mała Wiolka – obserwuje otaczającą ją rzeczywistość. Odbiera ten świat na swój sposób, zatrzymując się przy tym, co dla niej ważne.

Książka została podzielona na opowiadania, w których zapisane zostały obrazy z dzieciństwa. Loletka rośnie, ale nie przestaje wchłaniać tego, co ją otacza. Jej obserwacje pokazane z perspektywy dziecka, niekiedy są na pograniczu tego co realne, z tym co powstało w wyobrażni. Oniryczność przeplata się z realizmem. Otrzymujemy Macondo, tyle że położone na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Bo tylko żyjąc na wsi można poznawać świat, chodząc kocimi ścieżkami. A kiedy wierny towarzysz nagle zniknie, Wiolce uda się wygrać figurkę Jezusa, wtedy będzie się do niej modliła o zmartwychwstanie kota. Magia jest możliwa jednak tylko dzięki owej dziecięcej perspektywie.

Jednak obraz wsi Hektary nie jest ani sielski, ani anielski. Grzegorzewska nie przesadza z patosem, czy sentymentalizmem. Przeszłość, którą opisuje, przedstawia z jej wadami i zaletami. Dzieci poznają świat obserwując go, ale nikt z nimi nie rozmawia, ani nie tłumaczy rzeczywistości. Kiedy Loletka słyszy rozmowy dorosłych, nie wie, że posługują się eufemizmami. Kobiety rozważając kwestię, czy do Wiolki przyjechała ciotka z Ameryki, mają na myśli menstruację. Dziewczynka tego nie rozumie i zastanawia się nad tym, dlaczego nikt jej o tej tajemniczej krewnej nie wspominał. Cielesność jest tematem tabu, dorośli nie uświadamiają swego potomstwa. Problem pojawia się, gdy lekarz molestuje Wiolettę. Na szczęście dziecko wyczuwa, że dzieje się coś złego i potrafi się obronić. Nie mówi jednak o niczym bliskim. By nie trafić ponownie do tego doktora, woli napić się rtęci z termometru.

Wioletta Grzegorzewska potrafiła w niezwykle poetycki i obrazowy sposób opowiedzieć o życiu dziecka na wsi. Opisując zabobony, życie religijne mieszkańców wsi Hektary, poznajemy rzeczywistość z czasów PRL-u. Jednak pisarka nie odrzuca tego świata, gdyż potrafi dostrzec w nim coś wartościowego – własne dzieciństwo. Jeśli ktoś przeżywał swoją młodość choćby w latach osiemdziesiątych, będzie potrafił odnaleźć w tych czasach coś pięknego – mimo szarej rzeczywistości, która wtedy panowała.

Autorka pisząc o dzieciństwie, pokazuje jak ono jest ważne. Bohaterowie wprawdzie dojrzewają, ale chcą być jak tytułowe „guguły” – niedojrzałymi owocami. Kiedy główna bohaterka wraca do domu na pogrzeb ojca, wspomina jego słowa, które kiedyś do niej powiedział: „Dziwnie jest urządzony ten świat (…) Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a w środku jestem jak te guguły” (s. 111). W każdym tkwi owa tęsknota, by ocalić w sobie coś z dziecka. Nie chodzi tu bynajmniej o infantylność. Wiolka dorasta, ale przecież ocala ten dziecięcy świat. Może niedoskonały, ale jedyny jaki mamy.

Wioletta Grzegorzewska oddaje w książce pt. „Guguły” prostą, ale zarazem piękną rzeczywistość, pełną zmysłowości. Choć język, którym się posłużyła, jest poetycki, widać w nim również oko malarza. Pisarka nie zapomniała zresztą o żadnym ze zmysłów. Poczujemy zapach ziemi, zobaczymy ją, usłyszymy pieśni które tam rozbrzmiewają. Sięgając po tę opowieść przeniosłam się i do swego dzieciństwa. Dzięki temu, że należę do tego samego pokolenia co pisarka, jej książka jest mi bliska. Zwłaszcza z tego względu, że wiejskość nie jest tu nacechowana negatywnie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

„Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści” – Gellert Tamas

Mężczyzna z laseremSzwecja słynie ze swoich świetnych autorów kryminałów. Tym razem książka po którą sięgnęłam, wcale nie jest powieścią. „Mężczyzna z laserem” Gellerta Tamasa to reportaż, choć tak napisany, że gdyby nie było informacji, iż książka opowiada o prawdziwych wydarzeniach, można by pomyśleć, że czytamy świetny kryminał. W Szwecji tytuł ten został wydany w 2002 roku i zyskał uznanie. Autor otrzymał za „Mężczyznę z laserem” nagrodę Szwedzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Śledczych Guldspaden. W Polsce książka Gellerta Tamasa ukazała się w 2013 roku.

Szwecja niekiedy wydaje nam się rajem. Wielu Polaków wyjechało tam w poszukiwaniu pracy. Inni z utęsknieniem wzdychają do szwedzkiego modelu socjalnego. W latach 90 kraj ten dotknął poważny kryzys, przez co wzrósł poziom bezrobocia, a nawet pojawił się dług publiczny. Szukano winnych, ale jeden człowiek wziął sprawy w swoje ręce i zaczął strzelać do imigrantów, bo dla niego właśnie oni byli źródłem wszelkiego zła.

Kule Johna Ausoniusa trafiły w 11 osób, jedna z nich zginęła. Inni oprócz trwałego kalectwa, otrzymali traumę na całe życie. Mężczyzna z laserem grasował w Szwecji, w latach 90 ubiegłego wieku i początkowo wydawało się, że jest nieuchwytny. A może przez kilka miesięcy to policja była nieudolna?

Gellert Tamas pisze biografię mordercy, fabularyzując ją. Forma książki przypomina thriller, wciąż trzymający w napięciu. Ale to tylko jedna warstwa tego reportażu. Autor rekonstruując wydarzenia, pokusił się też o próbę odkrycia źródła szwedzkiej nienawiści do obcych.

Jak to się stało, że w tym państwie są tak głęboko zakorzenione lęki przed imigrantami? Dlaczego właśnie w latach dziewięćdziesiątych popularnością cieszyło się skrajnie prawicowo-populistyczne ugrupowanie: Nowa Demokracja? Zaskakuje również brak reakcji władz na działalność faszystowskich ugrupowań. Tamas pokazuje, że znieczulica dotknęła wszystkich – zarówno zwykłych obywateli, jak i rząd. Nikt nie chciał zauważać, jakie konsekwencje może mieć głoszenie nazistowskich haseł, czy nawoływanie do pozbycia się imigrantów. Autor krytykuje też media. Podaje, że i one w pewnym momencie zaczęły podkreślać i nagłaśniać przestępstwa, których dopuścili się imigranci, jednocześnie ignorując i pomijając milczeniem podobne, ale popełnione przez Szwedów.

W pewien sposób książka pokazuje, że nie można pozwalać na to, by bagatelizowano zachowania, które pozornie wydają się zgodne z prawem, a jednak szerzą nienawiść. Autor cofa się nawet do początków XX wieku, by zauważyć, że i w Szwecji istniało Towarzystwo Higieny Rasowej, a w 1934 roku przyjęto ustawę dopuszczającą sterylizację. Podlegały jej np.  kobiety, które „nie kontrolowały swojej seksualności”. Jak widać Gellert Tamas nie ucieka od niewygodnych tematów, aby zwrócić uwagę, jak łatwo można dopuścić do władzy ludzi o faszystowskich poglądach. Zresztą, gdy Hitler zwyciężył wybory, świat nie traktował go poważnie.

W książce „Mężczyzna z laserem” autor podkreśla, jak wiele czynników pozwoliło na to, by Ausonius mógł zabijać. Już jako młody człowiek popadł w konflikt z prawem, ale kiedy wreszcie otrzymał wyrok, już pierwszego dnia uciekł z więzienia. Świetnie strzelać nauczyło go wojsko, które nie wzięło pod uwagę jego zaburzeń psychicznych, uznając go za całkowicie zdrowego człowieka.

Biografia Johna Ausoniusa jest niezwykle pasjonująca. Gellert Tamas powoli odkrywa przed czytelnikiem kolejne karty tak, że nie możemy się od niej oderwać. Jak to się stało, że syn niemieckich imigrantów z Wolfganga Zaugga, stał się Johnem Ausoniusem? Człowiekiem, który w inteligentny sposób potrafił przechytrzyć tak wielu ludzi, wykorzystując choćby to, że nawet policja niekiedy kierowała się w swoich poszukiwaniach stereotypami?

Czytelnik trzymając w ręku książkę, właściwie otrzymuje dwie opowieści – o zbrodniarzu oraz o szwedzkim społeczeństwie. Obie są równie pasjonujące. Gellert Tamas połączył tu kilka gatunków – reportaż, dziennikarstwo śledcze i kryminał. Całości nadał taką formę, by czytelnik wciąż czuł napięcie. Dzięki temu od książki nie sposób się oderwać.

„Obłokobujanie” – Patti Smith

ObłokobujaniePatti Smith znana jest przede wszystkim jako wokalista rockowa. Jednak po przeczytaniu „Poniedziałkowych dzieci” dowiedziałam się, że jej potrzeby realizacji artystycznej są znacznie szersze. Zanim Patti zaczęła śpiewać, zastanawiała się, czy nie zostać malarką. Natomiast zawsze marzyła o tym, żeby napisać książkę.

Tak się stało w 1992 roku, kiedy zadebiutowała jako autorka „Obłokobujania”. Dziś mamy możliwość sięgnięcia po tę książkę, która została wydana przez Wydawnictwo Czarne. Patti Smith swoją wrażliwość artystyczną zawarła na zaledwie dziewięćdziesięciu stronach, które są wzbogacone zdjęciami z prywatnego archiwum artystki.

„Obłokobujania” nie sposób streścić, ponieważ nie jest to powieść fabularna. W ksiażce autorka starała się skupić na swoich uczuciach i wrażeniach, choć – jak sama twierdzi – wszystko zostało oparte na faktach. Artystka wspomina swoje dzieciństwo, dojrzewanie artystyczne i robi to w niezwykle poetyckim stylu.

Dzięki „Obłokobujaniu” czytelnik uzmysławia sobie, jak ważna jest dla Patti Smith wrażliwość dziecka. Artystka pielęgnuje ją i nie pozwala jej odejść, zachowując też przy tym dziecięcą niewinność. A my przenosimy się do środka tych onirycznych obrazów, które pozwalają nam oderwać się od szarej rzeczywistości, gdyż dla dzieci nawet codzienność jest niezwykła i odkrywcza. Jednak następuje czas dojrzewania: „Oczarowane codziennością dziecko bez wysiłku wkracza w świat dziwów, aż własna nagość zaczyna je przerażać i wprawiać w zakłopotanie. Wtedy próbuje szukać okrycia i ładu. Podpatruje, gromadzi informacje, po czym zszywa z ich kawałków zwariowaną kołdrę prawd – dzikich i barbarzyńskich, właściwie niemających nic wspólnego z prawdą” (s.25).

Autorka również poszukuje swojej drogi oraz akceptacji. Udaje jej się otrzymać pozytywną opinię na temat książki od ojca, co daje jej dodatkową siłę w działaniu. Wrażliwość  Patti powoduje, że skupia się na takich obrazach rzeczywistości, których inni by nie zauważyli. Jest to właśnie owo obłokobujanie, które oprócz znanego nam znaczenia ma jeszcze jedno i wiąże się ze zbieraniem wełny. Artystka jest właśnie taką łapaczką uczuć. Jej wrażliwość sprawia, że stara się swoje  impresje zarejestrować.

Choć dzieło Patti Smith jest tak miniaturowe, pozwala cieszyć się każdym słowem. Nie ma tu żadnego nadmiaru, a wszystkie zdania są istotne. Patti Smith postawiła sobie wysoko poprzeczkę, gdyż inspirowała się podczas pisania dziełami flamandzkich mistrzów malarstwa. Zmusza też czytelnika, by razem z artystką usiąść przed progiem i obserwować chmury, a następnie sięgać z nich po nici, które będą pozwalały rozwijać wrażliwość i wyobraźnię.

„Obłokobujanie” są właśnie takimi obrazami, z których składamy sobie intymny obraz znanej wokalistki. Metaforyczny język sprawia, że całość jest bardzo poetycka. Nie wszystkie obrazy będą jednak równie melancholijne. Artystka uzewnętrzniła też swą niezwykłą wrażliwość słuchową, ponieważ przejmująco opisała dźwięk palących się żywcem nietoperzy. Z tych krótkich, niekiedy baśniowych impresji, wyłania się ścieżka, która prowadzi Patti Smith ku sztuce. Autorka ją odnalazła, a my mamy wyjątkową okazję, by jej w tej drodze towarzyszyć.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Göran Rosenberg – „Krótki przystanek w drodze z Auschwitz”

Krótki przystanek w drodze z AuschwitzSzwedzki pisarz, Göran Rosenberg, w książce „Krótki przystanek w drodze z Auschwitz” postanowił opowiedzieć historię swojego ojca. Nie było to jednak proste zadanie, bowiem wymagało iście tytanicznej pracy. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co przeszedł Dawid Rozenberg w czasie drugiej wojny światowej, trzeba było oprzeć się na dokumentach, które naziści starali się w pewnym momencie pozbyć. Jednak rekonstrukcja suchych faktów i wydarzeń nie zawsze pomogą zrozumieć, co działo się w psychice osoby, która była skazana na śmierć za samo pochodzenie.

Dawid Rozenberg był łódzkim Żydem. Znalazł się w getcie, a później w ostatnim transporcie trafił do Auschwitz. Wszystko, czego doświadczył w czasie wojny, naznaczyło go na resztę życia. Ocalał. Jednak choć narodził się na nowo, musiał żyć ze świadomością, że innym się nie udało. Przeżył za sprawą kilku okoliczności. Czy pomógł przypadek, ślepy los, szczęście?

Jego syn urodził się już w Szwecji, miejscu, które miało być przystankiem w drodze ku lepszej przyszłości. Projekt Dawida polegał na tym, by w Szwecji, tym socjaldemokratycznym raju odbudować wszystko od nowa. Mężczyzna sprowadza do siebie ukochaną, rodzą się dzieci. Dla ich potomków język szwedzki ma być tym najważniejszym, choć w domu od czasu do czasu rodzice rozmawiają po polsku, czasem w jidysz. Chłopiec nie ma pojęcia, co dzieje się z jego ojcem. Pozornie wszystko wydaje się w porządku. A jednak mężczyzna nie potrafi ułożyć sobie życia w tym sielskim świecie. Miejsce, które dla syna jest arkadią, dla ojca stanowi być może przedsionek bram piekielnych. Dawid popełnia samobójstwo.

Göran po latach próbuje zrozumieć ojca. Odtwarza jego drogę do Auschwitz w sposób lakoniczny, ale niezwykle mocny. Wystarczy samo przytoczenie przemowy Chaima Rumkowskiego przewodniczącego Judenratu w łódzkim getcie, z którego płynie przesłanie, że w zamian za życie zdolnych do pracy trzeba oddać do transportów dzieci i starców. Kolejny etap podróży, to droga z Auschwitz do Szwecji. Państwa, które dzięki wojnie przeżyło boom gospodarczy. Po jej zakończeniu mieszkańcy chcieliby pomóc tym, którzy ocaleli, ale jednocześnie boją się obcych.

Rosenberg pisze o tych dychotomiach. Z jednej strony Szwedzi nie biorą udziału w wojnie i Zagładzie, ale jednocześnie budują sprzęt również dla nazistów, dzięki któremu się bogacą. Piszą w gazetach o Holocauście, ale nie przeszkadza im posługiwanie się antysemickimi stereotypami. Najłatwiej współczuć, ale kiedy to tylko możliwe, wysyłać Ocalonych gdzie indziej.

Dawid Rosenberg nie potrafi się odnaleźć w szwedzkim modelu społecznym. Pytanie brzmi: czy udałoby mu się znaleźć miejsce dla siebie gdzie indziej? Jego celem było przetrwanie piekła jakim było getto oraz Auschwitz. Kiedy mężczyźnie to się udało, zniknęło poczucie sensu. Bo jak odnaleźć się po tym wszystkim, co się przeżyło? Nie pomaga również brak zrozumienia ze strony tych, którzy woleliby nie pamiętać o Holocauście. Kiedy Dawid Rosenberg stara się o odszkodowanie od Niemców za trwały uszczerbek na zdrowiu, jego wnioski zostają odrzucone. Wszystkie plany mężczyzny rozpadają się, życie powoli traci sens. Ucieczką pozostaje samobójstwo.

Ojciec był niezwykle ważny dla Görana. Stracił go, kiedy miał dwanaście lat. Teraz, jako dojrzały mężczyzna pragnie odtworzyć jego trasę z Auschwitz, bo uważa że jest ważniejsza niż ta, którą odbył do tego piekła na ziemi. Pisze o Dawidzie w sposób empatyczny, niezwykle delikatnie, melancholijnie. Podróżuje nawet tą samą drogę, zdając sobie jednocześnie sprawę, że nigdy nie zdoła zrozumieć swojego ojca. Ma świadomość, jak trudno było żyć z pamięcią o Auschwitz. Bo dla tych, którzy Ocaleli, wszystko, co związane z pięknem już nie istniało. Piętno obozów nosili cały czas wewnątrz siebie, a to nie pomagało im żyć.

„Krótki przystanek z Auschwitz” jest książką trudną. Autor pisze o ojcu, by jak najwięcej ocalić. Pamięć o Zagładzie jest potrzebna, ale niewiele jesteśmy w stanie zrozumieć. Rosenberg wie, że te ułomki pamięci, które zostały po jego ojcu, to jedyne co ma. Dlatego stara się je utrwalić i oddać za pomocą niedoskonałych słów. Najgorsze byłoby zapomnienie. Po Auschwitz świat stał się inny, dlatego nie można zapomnieć. Trzeba ocalić choćby najmniejszą cząstkę. Ojciec zmarł przez cienie przeszłości, które dopadły go w spokojnym i bezpiecznym miejscu. W momencie, kiedy Dawid popełnił samobójstwo, jego syn traci swój bezpieczny arkadyjski świat. I Görana dopada cień Auschwitz.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Recenzja książki: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” – Beata Chomątowska

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w BredzieDwa takie zeszyty jeszcze leżą w domu. Przechował je mąż. Teraz służą jako eksponaty, które wprowadzają dzieciaki w realia PRL-u. Oczywiście, młodzi nie wyobrażają sobie innego świata niż ten z komputerami, smartfonami. Poprzednia epoka kojarzy im się ewentualnie ze śmiesznymi komediami. Mojemu pokoleniu na widok tego typu zeszytów, może nagle zechcieć się wspominać „dawne, dobre, czasy”…

Beata Chomątowska napisała wcześniej książkę z gatunku: literatura faktu. W ubiegłym roku recenzenci zachwycali się jej „Stacją Muranów”. Sama miałam okazję spotkać autorkę podczas Literackiego Sopotu. Wywołała na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Świetnie i w ciekawy sposób potrafiła opowiadać o swojej książce. Tym bardziej po rozmowie o Muranowie, nie mogłam się doczekać historii o nieco innym charakterze.

Bohaterka książki „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” wyjeżdża wraz ze swym chłopakiem: R. do Holandii. Z jednej strony chcą zarobić na Zachodzie konkretne pieniądze, a z drugiej poznać na czym polega prawdziwa wolność. Wyruszają do kraju, który kojarzy im się właśnie z takimi atrybutami. Są pewni, że nie będzie żadnych ograniczeń. Kwintesencja raju na ziemskim padole. Kontrast dla Polski, która dopiero zaczyna się podnosić po tym, jak upadł komunizm. Beata i R. ruszają do niby bliskiej Holandii, do której dziś można się dostać w kilka chwil, ale wtedy nie było ich stać na samolot, więc wybierają się w drogę – autostopem. Jak w „Podróży za jeden uśmiech”. Bez przygód się nie obyło.

Beata Chomątowska pokazuje w powieści różnice jakie zaistniały między bohaterami, a Holendrami. Młodzi gastarbeiterzy spodziewali się całkowitej swobody, luzu, a przywitał ich chłód mieszkańców Bredy. Nastąpiło zderzenie kultur, bo choć Polska i Holandia nie są tak daleko od siebie położone pod względem geograficznym, ale pod względem kulturowym oba kraje znalazły się na przeciwległych biegunach.

Główna bohaterka obserwuje rdzennych mieszkańców Bredy oraz emigrantów, którzy tam przybyli. Polacy, opisywani przez Beatę, nie są czyści jak łza. Obraz emigrantów może przygnębiać, bo ostatecznie nie można na nich polegać. Młodzi ludzie przyjeżdżający do Holandii mają różne cele – od matrymonialnych zaczynając, po zarobkowe, czy choćby takie, by skosztować przyjemności oferowanych przez coffee shopy.

Beata, podczas swego pobytu w Bredzie przechodzi pewną transformację. Staje się dojrzalsza i bardziej odpowiedzialna. Obserwując Polaków-emigrantów i Holendrów, stara się analizować ich postawy, zgłębiać je i wyciągać wnioski. Okazuje się, że ci zamknięci w sobie ludzie żyjący „pod niskim niebem”, będą potrafili zaprzyjaźnić z przybyszami ze Wschodu. Nie robią tego jednak na hurra, tylko z właściwym dla siebie dystansem, powoli otwierają na obcych. Dzięki temu Beata może poznać i zrozumieć tych ludzi.

Kolejną sprawą, która zaskoczy główną bohaterkę, będzie sposób studiowania. W Bredzie nie spotka się z metodami, które są jej znane z Polski. Nie wolno się spóźniać, trzeba się trzymać powszechnie znanych zasad. Żadnego kombinowania, bo inaczej nie ma szans, by udało się zaliczyć semestr. Trzeba poradzić sobie z obcym językiem i nauczyć się mówić – tego się wymaga od studentów, by dyskutowali, a nie słuchali jedynie wykładów. Tego nie ma w Holandii.

Beata Chomątowska rewelacyjnie naszkicowała portret swego pokolenia u progu dorosłości. Zderzając z sobą dwie kultury polską i holenderską, uzmysłowiła nam, że w latach dziewięćdziesiątych wciąż tkwiliśmy w cieniu komunizmu ze swoimi kompleksami i stereotypami. Holandia nie dla wszystkich okazała się ziemią obiecaną. Największa bariera tkwiła w mentalności samych bohaterów. Beata wydaje się być alter-ego autorki. Ciekawy zabieg, który powoduje, że czujemy się nieco zdezorientowani, bo niekiedy wydaje się, że czytamy reportaż, by za chwilę uświadomić sobie, że mamy do czynienia z powieścią.

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” jest opowieścią o poszukiwaniu własnej drogi w życiu, bez zbędnego sentymentalizmu ale z olbrzymim poczuciem humoru. Beata Chomątowska pisze w sposób ironiczny, a jednocześnie niezwykle ciepło. Opisywani przez nią bohaterowie, mimo licznych przywar, wzbudzają w czytelniku pozytywne uczucia. Pisarka pokazuje nam świat, który wcale nie musi być tak szary, jak nam się pozornie wydaje. Wszystko dzięki ludziom i relacjom miedzy nimi panującym. Autorka daje nam sygnał, że warto przyglądać się światu i obserwować go z uwagą.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Czarne.

Mroczny „Święty Psychol” – Johan Theorin

Święty psycholWszystko przez Bookfę… Zachęcona jej entuzjastycznymi recenzjami dotyczącymi książek Theorina, postanowiłam wziąć udział w konkursie przez nią organizowanym. Nagroda była nie byle jaka. Książka z autografem, od samego Theorina. Prosto ze Szwecji. I choć nigdy nie trafiłam szóstki w totka, udało mi się wygrać „Świętego Psychola”.

Siadając do powieści, miałam już za sobą lekturę wielu recenzji, które jednym głosem polecały tę książkę. Podobnie było ze zdaniem dziennikarzy. Wszystkie przesłuchane audycje radiowe były jednogłośnie na tak i zachęcały do czytania. A jaka jest moja opinia na jej temat? Otóż, uważam, że „Święty Psychol” wart jest poświęcenia mu nocy. Bo jeśli zaczniecie czytać, trudno się będzie oderwać od tej książki. Teraz wiem, że będę rozglądać się za powieściami Theorina z kwartetu olandzkiego. Wcześniej miałam mieszane uczucia, bo oglądając okładki książek tego autora, spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Trudno mi było uwierzyć w pozytywne komentarze czytelników. Na szczęście „Święty Psychol” został wydany w zupełnie innej estetyce – bardziej mi odpowiadającej.

Historia początkowo niepozorna, zaczyna się w Szpitalu Świętej Patrycji. Tam trafia Jan Hauger. Ale zaraz, zaraz – żeby nie było niedomówień – nie jako pacjent, a nauczyciel w przedszkolu. Palcówka Polana nie jest typowym przedszkolem. Znajdują się tam dzieci, których bliscy są pacjentami szpitala. Kilkoro z nich nawet nocuje w Polanie. Maluchy spotykają się z rodzicami, a jednym z zadań nauczyciela, jest doprowadzanie dzieci na spotkania w szpitalu.

Klinika Świętej Patrycji nazywana jest potocznie przez wszystkich Świętym Psycholem. Określenie nie podoba się kierującym tą placówką. Ordynator zatrudniający Jana, zaleca używanie poprawnych nazw, również w odniesieniu do pacjentów – nie ma ludzi chorych, czy zdrowych, lecz funkcjonujący dobrze i z dysfunkcjami. Również jeśli chodzi o dzieci, nie wolno pytać je o przeszłość, czy o spotkania z rodzicami.

Święty Psychol autograf

Akcja powieści nie toczy się jakoś niezwykle wartko. Autor stopniowo odkrywa przed czytającym karty. Rodzi się mnóstwo pytań, ponieważ Jan Haugar nieprzypadkowo znalazł się w placówce sąsiadującej ze Świętym Psycholem. Jakie tajemnice ukrywa przed nami? Kim jest główny bohater? Jaki ma cel? Niczego nie można zdradzić, by nie psuć radości z czytania. Jako, że powieść nie jest kryminałem, nie będzie śledztw, czy komisarza policji. Książkę natomiast można nazwać thrillerem psychologicznym. Dlatego podczas czytania, gdzieś pomiędzy wersami, ogarniać nas będzie paraliżujący lęk i strach.

„Święty Psychol”  jest opowieścią o ludzkiej duszy. Zranionej, okaleczonej i kruchej. Do czego jest zdolny taki pokiereszowany przez los człowiek? Ile potrafi znieść? Większość wydarzeń musimy poskładać sobie z puzzli, które powoli układają się w pewną całość. A wtedy, kiedy będzie nam się wydawało, że wszystko już wiemy i rozumiemy, zostaniemy całkowicie i dobitnie zaskoczeni. Finał powieści daje wiele do myślenia. Na tym polega wartość tej książki – jej treść i zakończenie, będzie nam towarzyszyło jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej karty powieści. Świetnie budowane napięcie oraz odkrywanie zagadek po kawałeczku jest olbrzymim atutem „Świętego Psychola”. Zostałam skutecznie zarażona wirusem Theorina, sprowadzonym na mnie przez Bookfę – za co serdecznie dziękuję 🙂