„Lew” – Robert Zieliński

LewProza emigracyjna, czy ktoś pamięta jeszcze o czymś takim? Pisarze powojenni działający za granicą tacy jak Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, czy Gustaw Herling-Grudziński mieli wiele do powiedzenia. Jak to wygląda dzisiaj, skoro Polacy nadal wyjeżdżają za chlebem? Co mają do powiedzenia współcześni pisarze emigracyjni?

Dzięki debiutanckiej powieści Robert Zielińskiego pt. „Lew” przenosimy się do miejsca, które jawi się nam Polakom, jako raj na ziemi. Główny bohater mieszka w Kalifornii i co ciekawe, odniósł tam sukces. Po pierwsze jako dentysta, a po drugie dorabia jeszcze na rynku nieruchomości i dzieł sztuki. Czego może chcieć ktoś, kto osiągnął wszystko? Pragnie stać się lwem w stosunkach damsko-męskich…

Oczywiście, główny bohater posługuje się stereotypami. Z cech króla zwierząt wybiera sobie tylko te, które są mu wygodne. Ma zamiar zdobywać kobiety, aby za chwilę je porzucać, dla coraz młodszych obiektów seksualnych. Tyle, że sam nie staje się młodszy, a jego nie zawsze udane próby dowodzą, że o płci przeciwnej niewiele wie. Skupia się przecież wyłącznie na własnej przyjemności. Kolejne kontakty z kobietami niczego go nie uczą. Wręcz przeciwnie. Powoli zaczyna przypominać starego lubieżnika z opowieści biblijnych. Otrze się o śmieszność, kiedy chcąc zdobyć sześciotysięcznik, nafaszeruje się niebieską pigułką, ponieważ potencja jest najważniejsza, nawet w tak mało romantycznym momencie, kiedy wszyscy raczej próbują zdobyć trochę tlenu, a nie kobietę.

W książce Roberta Zielińskiego można odnaleźć nowe spojrzenie na los emigranta. Główny bohater jest Amerykaninem polskiego pochodzenia, ale takim któremu się udało. Ma wszystko, osiągnął więcej niż inni. Jednak dlaczego ciągle czegoś mu brakuje? Zamiast lwa przypomina raczej napuszonego koguta. Poszukiwania kolejnych kobiet nie przynoszą mu szczęścia, bo nie potrafi stworzyć żadnego związku. A to nie odpowiadają mu feministki, a to kolejnej partnerki się wstydzi, bo nie jest dość młoda i atrakcyjna. Może boi się odrzucenia?

Najciekawszą historią w tej powieści jest utożsamianie się tytułowego Lwa z Polakami w momencie śmierci Jana Pawła II. Ogarnięty nagłym poczuciem wspólnoty z rodakami, udaje się do Rzymu na pogrzeb papieża. Jednak robi wszystko na opak, ponieważ stara się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – próbuje wziąć udział w wielkiej żałobie oraz zdobyć kolejną piękną kobietę.

Książka Roberta Zielińskiego może niektórych odrzucać przez głównego bohatera, który razi swoim stereotypowym myśleniem. Na szczęście autor podchodzi do tej postaci z dystansem. Opowiada historię w sposób ironiczny, każe czytelnikowi zastanowić się nad tym, na czym polega sukces. Czy Americam dream to rzeczywiście świetny samochód, piękne obrazy, kilka nieruchomości i wyjazdy na egzotyczne wycieczki? Skąd w takim razie u tytułowego bohatera to poczucie pustki i wyobcowania?

Autor „Lwa” zadebiutował bardzo późno, niemal jako sześćdziesięciolatek, Sam również jest emigrantem, który odniósł sukces w Ameryce. Kusi mnie, by szukać nawiązań w jego prozie do Jerzego Kosińskiego i Janusza Głowackiego, ale Robert Zieliński widzi problemy współczesne i opisuje je w swoim własnym stylu.

 Dziękuję Wydawnictwu Ha!art za książkę.

„Kierunkowy 22” – Daniel Kot

Kierunkowy 22Jak patrzą na świat ludzie stojący u progu dorosłości? Debiutancka powieść Daniela Kota pt. „Kierunkowy 22” na zaledwie stu stronach przedstawia rzeczywistość widzianą z perspektywy młodych warszawiaków. Autor urodzony w 1991 roku opowiada o pokoleniu dwudziestolatków. Dla mnie jest to już inna planeta. Czy jestem w stanie ją zrozumieć?

Pierwszym utrudnieniem może być warstwa językowa. Bohater wychodzi na „melanż”, pożycza „hajs”, pali „jointy”. Fakt, starsi muszą się chwilę zastanowić, żeby zrozumieć. Mowa dwudziestolatków razi wulgaryzmami. Ale czy oni jedyni? Zresztą, gdyby pominąć wszystkie te słowne ozdobniki, wyszłoby coś nienaturalnego, sztuczny twór, niewiele mający wspólnego ze współczesnym pokoleniem dwudziestolatków, czy Polaków w ogóle.

Główny bohater słucha głównie hip-hopu, rapu zupełnie mi obcych gatunków muzycznych. Jest to drugie utrudnienie, bo lubię usłyszeć warstwę dźwiękową cytowanych piosenek, które pojawiają się w powieściach. Na szczęście dziś można sobie pomóc za sprawą internetu.

W książce „Kierunkowy 22” główny bohater szuka swego szczęścia w Warszawie. Trochę studiuje, szuka pracy. Przede wszystkim jednak jest niezwykle samotny, choć przebywa na licznych imprezach, w tłumie ludzi. Ulice stolicy, którą przemierza, nie są zbytnio przyjazne. Można wprawdzie spotkać dziewczynę popijającą szampana z butelki, która otrze zakrwawioną twarz, ale towarzyszy temu poczucie beznadziei. Trudno nawiązać jakąś głębszą relację. Można powymieniać się jedynie fociami na fejsie, z nadzieją, że coś z tego wyniknie.

Podróż bohatera po mieście nie przekonuje. Bo ani nie jest dekadencka, ani nie doprowadza do jakiegokolwiek buntu. Główna postać powieści denerwuje swą nijakością. Podobnie dzieje się z osobami, których spotyka na swej drodze. Jedyną szansą może być związek z drugą osobą – ale nawet tu chłopak nie potrafi podjąć konkretnych działań. Choć podkochuje się w Magdzie, nie mówi, czego od niej oczekuje.

Daniel Kot ukazuje swoich rówieśników, jako stracone pokolenie. Próżne, egocentryczne, nie potrafiące wziąć się w garść. Z jednej strony bohaterowie mają wszystko, wynajmują mieszkania, skądś biorą pieniądze na wódkę, narkotyki. Z drugiej – trudno im znaleźć pracę inną niż telemarketing. Nie ma nadziei, tylko pustka.

Po debiucie Doroty Masłowskiej, każdy młody pisarz ma utrudnione zadanie. „Wojna polsko-ruska” wstrząsnęła przecież wszystkimi pokoleniami czytelników i została uznana za genialną. A czy Daniel Kot trafi chociaż do swoich rówieśników? Czy zauważą ten głos? Mnie zaskoczył świat widziany z perspektywy współczesnego dwudziestolatka. Egocentryczny, samotny, nijaki, bez nadziei na poprawę swojego losu. Kot mówi, że buntu nie będzie, bo nie jest wygodny. Wymaga wysiłku.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Ha!art.

„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” – Ziemowit Szczerek

Przyjdzie Mordor i nas zjeWspominałam już o Ziemowicie Szczerku – tegorocznym laureacie Paszportów Polityki w kategorii literatura. Czas zatem na książkę tego autora, która intryguje już samym tytułem – „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”. Co może łączyć tolkienowską mroczną krainę z podróżami na Ukrainę? Odpowiedź okaże się zaskakująca. Jeśli jednak ktoś spodziewa się po książce Szczerka reportażu w stylu Ryszarda Kapuścińskiego, może się zawieść. Nadchodzi era gonzo…

Główny bohater książki – Łukasz Ponczyński, co jakiś czas udaje się w podróż na Ukrainę. Obserwuje ten kraj, jego mieszkańców oraz gości, którzy tam przybywają. I opisuje. Robi to w taki sposób, że przełamuje wszelkie możliwe oraz znane nam schematy. Jest niegrzecznie, hardkorowo, wulgarnie. Tego typu forma reportażowa nazywana jest gonzo. Książka ma w sobie coś z powieści i literatury faktu. Istotne jest, że autor nie ukrywa, iż stosuje subiektywny i ubarwiony opis rzeczywistości. Bohater książki opisuje zastaną rzeczywistość, a przy okazji najbardziej krytykuje Polaków udających się na Ukrainę. Żeby było bardziej kontrowersyjnie, sam utrzymuje się z pisania mocno ubarwionych artykułów o naszym wschodnim sąsiedzie.

Ludzie podróżują – ot, takie banalne stwierdzenie. Jedni wybierają świetnie zorganizowane wycieczki, które oferują biura podróży. Inni chcą się od tego odciąć, a jednocześnie dowartościować, więc jadą w miejsca ekstremalne, by poczuć adrenalinę. Oba typy turystyki Ziemowit Szczerek wyśmiewa. Bo po co Polacy jeżdżą na Ukrainę? Autor odpowiada: by leczyć kompleksy, ukazywać swoją wyższość. Wschód staje się dla nas starą fotografią, do której wracamy, by pokazać, że my, teraz, jesteśmy znacznie lepsi, cywilizowani. Poprzez Ukrainę chcemy podkreślać nasze wspaniałe oblicze: Polaka- Mesjasza narodów, odkupiciela, obrońcę chrześcijańskich wartości. Czy aby na pewno tak się dzieje?

Łukasz Ponczyński na swojej drodze spotyka wielu rodaków, czasem z nimi przemierza Wschód. Jednak wszystko co go spotyka, zmienia stopniowo jego nastawienie do Ukrainy. Początkowo nie różni się od osób przez niego opisywanych. Nie ukrywa, że czerpie z beatników, chce być trochę jak Kerouac, więc muszą pojawić się narkotyki, alkohol. Jednak zamiast jazzu, będzie ruskie disco, a podróżnikom musi towarzyszyć balsam Wigor na potencję, zapijany kwasem chlebowym.

Ziemowit Szczerek pokazuje, że nie można już wrócić do Ukrainy ze „Sklepów cynamonowych”. Pijane sentymentalne studentki polonistyki przybyły do Drohobycza „oddać hołd wielkiemu polsko-żydowskiemu pisarzowi, mistrzowi mowy polskiej” (s. 31). Jednak umiejętności językowe Marzeny i Bożeny pozostawiają wiele do życzenia, a ideał po raz kolejny sięgnął bruku.  Łukasz naśmiewa się z turystów licytujących się na cmentarzu Orląt Lwowskich, kto zrobi sobie fotografię, przy najmłodszej ofierze. Powstaje z tego groteskowy obraz, w którym „Hawran (…) zrobił komórką zdjęcie facetowi, który robił komórką zdjęcie swojej żonie, która robiła komórką zdjęcie białemu krzyżowi, pod którym leżało najmłodsze z Orląt: Jaś, który miał dziesięć lat” (s. 57).

Inni chcą na siłę zaznać czystej ukraińskości. Zmuszają więc lokalnych mieszkańców do picia wódki – obowiązkowo w szklankach. Nawet chorego postawią na nogi, byle tylko osiągnąć swój cel, a ostatecznie móc się pochwalić po powrocie przed kolegami, jakiego hardkoru doświadczyli, przy dźwiękach bałałajki.

Jeden z bohaterów książki – Taras – porównuję Ukrainę do Mordoru. Według niego Tolkien we „Władcy pierścieni” pokazał, że na wschodzie jest tylko „szara masa, której wszyscy się boją. Barbarzyńcy. Tępe, grubo ciosane orki i trolle o mordach jak kalarepa. Chlupiące w szaroburym krajobrazie. (s.166)”. Oczywiście, niemal wszystkie dyskusje odbywają się przy stole suto zastawionym alkoholem.

Mocną stroną książki Szczerka jest jej język. Autor nie boi się posłużyć słownictwem ulicy, by za chwilę wrócić do literackiej polszczyzny. Skoro opisuje dyskusje podczas libacji alkoholowych, muszą pojawić się i wulgaryzmy. Jednak Szczerek posługuje się nimi tak naturalnie i swobodnie, że stają się niemal poezją. Czymś, bez czego książka straciłaby na autentyczności.

Co pozostaje po lekturze „Mordora”. Niewątpliwie kac moralny. Autor wciąga nas w swoje gonzo. Daje stereotypowe opowieści, nakręca nas, by za chwilę zapytać: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”. Głównemu bohaterowi po podróżach pozostał wstyd. Za to, że nie potrafił odciąć się od uczucia wyższości wobec Ukrainy i traktowania jej z góry. Czy nastąpi oczyszczenie i zmiana w mentalności Łukasza Ponczyńskiego? Czytelnikom książka daje do myślenia, i do wiwatu. Na tym polega siła „Mordora”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Ha!art.