Wspominałam już o Ziemowicie Szczerku – tegorocznym laureacie Paszportów Polityki w kategorii literatura. Czas zatem na książkę tego autora, która intryguje już samym tytułem – „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”. Co może łączyć tolkienowską mroczną krainę z podróżami na Ukrainę? Odpowiedź okaże się zaskakująca. Jeśli jednak ktoś spodziewa się po książce Szczerka reportażu w stylu Ryszarda Kapuścińskiego, może się zawieść. Nadchodzi era gonzo…
Główny bohater książki – Łukasz Ponczyński, co jakiś czas udaje się w podróż na Ukrainę. Obserwuje ten kraj, jego mieszkańców oraz gości, którzy tam przybywają. I opisuje. Robi to w taki sposób, że przełamuje wszelkie możliwe oraz znane nam schematy. Jest niegrzecznie, hardkorowo, wulgarnie. Tego typu forma reportażowa nazywana jest gonzo. Książka ma w sobie coś z powieści i literatury faktu. Istotne jest, że autor nie ukrywa, iż stosuje subiektywny i ubarwiony opis rzeczywistości. Bohater książki opisuje zastaną rzeczywistość, a przy okazji najbardziej krytykuje Polaków udających się na Ukrainę. Żeby było bardziej kontrowersyjnie, sam utrzymuje się z pisania mocno ubarwionych artykułów o naszym wschodnim sąsiedzie.
Ludzie podróżują – ot, takie banalne stwierdzenie. Jedni wybierają świetnie zorganizowane wycieczki, które oferują biura podróży. Inni chcą się od tego odciąć, a jednocześnie dowartościować, więc jadą w miejsca ekstremalne, by poczuć adrenalinę. Oba typy turystyki Ziemowit Szczerek wyśmiewa. Bo po co Polacy jeżdżą na Ukrainę? Autor odpowiada: by leczyć kompleksy, ukazywać swoją wyższość. Wschód staje się dla nas starą fotografią, do której wracamy, by pokazać, że my, teraz, jesteśmy znacznie lepsi, cywilizowani. Poprzez Ukrainę chcemy podkreślać nasze wspaniałe oblicze: Polaka- Mesjasza narodów, odkupiciela, obrońcę chrześcijańskich wartości. Czy aby na pewno tak się dzieje?
Łukasz Ponczyński na swojej drodze spotyka wielu rodaków, czasem z nimi przemierza Wschód. Jednak wszystko co go spotyka, zmienia stopniowo jego nastawienie do Ukrainy. Początkowo nie różni się od osób przez niego opisywanych. Nie ukrywa, że czerpie z beatników, chce być trochę jak Kerouac, więc muszą pojawić się narkotyki, alkohol. Jednak zamiast jazzu, będzie ruskie disco, a podróżnikom musi towarzyszyć balsam Wigor na potencję, zapijany kwasem chlebowym.
Ziemowit Szczerek pokazuje, że nie można już wrócić do Ukrainy ze „Sklepów cynamonowych”. Pijane sentymentalne studentki polonistyki przybyły do Drohobycza „oddać hołd wielkiemu polsko-żydowskiemu pisarzowi, mistrzowi mowy polskiej” (s. 31). Jednak umiejętności językowe Marzeny i Bożeny pozostawiają wiele do życzenia, a ideał po raz kolejny sięgnął bruku. Łukasz naśmiewa się z turystów licytujących się na cmentarzu Orląt Lwowskich, kto zrobi sobie fotografię, przy najmłodszej ofierze. Powstaje z tego groteskowy obraz, w którym „Hawran (…) zrobił komórką zdjęcie facetowi, który robił komórką zdjęcie swojej żonie, która robiła komórką zdjęcie białemu krzyżowi, pod którym leżało najmłodsze z Orląt: Jaś, który miał dziesięć lat” (s. 57).
Inni chcą na siłę zaznać czystej ukraińskości. Zmuszają więc lokalnych mieszkańców do picia wódki – obowiązkowo w szklankach. Nawet chorego postawią na nogi, byle tylko osiągnąć swój cel, a ostatecznie móc się pochwalić po powrocie przed kolegami, jakiego hardkoru doświadczyli, przy dźwiękach bałałajki.
Jeden z bohaterów książki – Taras – porównuję Ukrainę do Mordoru. Według niego Tolkien we „Władcy pierścieni” pokazał, że na wschodzie jest tylko „szara masa, której wszyscy się boją. Barbarzyńcy. Tępe, grubo ciosane orki i trolle o mordach jak kalarepa. Chlupiące w szaroburym krajobrazie. (s.166)”. Oczywiście, niemal wszystkie dyskusje odbywają się przy stole suto zastawionym alkoholem.
Mocną stroną książki Szczerka jest jej język. Autor nie boi się posłużyć słownictwem ulicy, by za chwilę wrócić do literackiej polszczyzny. Skoro opisuje dyskusje podczas libacji alkoholowych, muszą pojawić się i wulgaryzmy. Jednak Szczerek posługuje się nimi tak naturalnie i swobodnie, że stają się niemal poezją. Czymś, bez czego książka straciłaby na autentyczności.
Co pozostaje po lekturze „Mordora”. Niewątpliwie kac moralny. Autor wciąga nas w swoje gonzo. Daje stereotypowe opowieści, nakręca nas, by za chwilę zapytać: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”. Głównemu bohaterowi po podróżach pozostał wstyd. Za to, że nie potrafił odciąć się od uczucia wyższości wobec Ukrainy i traktowania jej z góry. Czy nastąpi oczyszczenie i zmiana w mentalności Łukasza Ponczyńskiego? Czytelnikom książka daje do myślenia, i do wiwatu. Na tym polega siła „Mordora”.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Ha!art.