„Kompletna historia wszechświata ze szczególnym uwzględnieniem Polski” – Paweł Jarodzki

Kompletna historia wszechświataNieczęsto mam do czynienia z komiksami, więc kiedy trafiła do mnie „Kompletna historia wszechświata ze szczególnym uwzględnieniem Polski” Pawła Jarodzkiego, poczułam obawę, czy dam radę powiedzieć coś na temat tej pracy. Autor artbooka pracuje jako profesor na wrocławskiej ASP, jest malarzem i rysownikiem związanym z artystyczną grupą Luxus.

„Kompletna historia wszechświata ze szczególnym uwzględnieniem Polski” niezbyt przypomina komiks w stereotypowym tego słowa znaczeniu. Bo choć otrzymujemy rysunki, nie zawsze są do nich dołączone teksty w dymkach. Nie ma też jako takiej fabuły. Zatem po tej pracy nie można się spodziewać tego, że wciągnie nas w świat superbohaterów, czy choćby czegoś na kształt Kapitana Żbika. Od tego Paweł Jarodzki zupełnie się odcina. Czytaj dalej

„wołgą przez afazję” – Karolina Wiktor

wołgą przez afazjęKarolina Wiktor – performerka i artystka wizualna – pewnego dnia straciła przytomność. Obudziła się po dwóch miesiącach. Okazało się, że doznała udaru mózgu. W efekcie nie mogła ani wstać z łóżka, ani czytać i pisać. Swoje doświadczenia z tego stanu opisała w poemacie poezji wirtualnej – „wołgą przez afazję”.

Trudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy nagle nie możemy się porozumieć z otoczeniem. Co może czuć osoba, która przeszła dwa udary przez które doszło do uszkodzenia lewej półkuli mózgu? Jak porozumieć się ze światem? Czy dorosła osoba może pogodzić się ze stanem, kiedy w pewnym sensie znowu staje się dzieckiem? Czytaj dalej

Debiut prozatorski: „Gry losowe” – Joanna Dziwak

Gry losoweUff. Wracam do pisania o książkach. Ostatnie dni były  gorące pod względem zawodowym, ale teraz postaram się poprawić. Czy mi się uda, czas pokaże…

W czerwcu Joanna Dziwak opublikowała  w Korporacji Ha!art swoją debiutancką książkę. Do tej pory zdążyła się zapisać w świecie kultury jako poetka. Jej wiersze publikowano w pismach literackich, a w 2010 roku wydała tomik „sturm & drang”. Prowadzi też popularną stronę hipsterski-maoizm.pl z politycznymi memami.

„Gry losowe” Joanny Dziwak to opowieść o ludziach niespełnionych. Każdy z bohaterów ponosi klęskę, niezależnie jaką obierze drogę. Czy to będzie piosenkarka starająca się wybić w Las Vegas, czy autorka bloga, czy może poeta żyjący w Bytomiu. Każde z nich szuka lepszego miejsca, próbuje chwytać los w własne ręce, ale zwyczajnie w świecie, nic z tego nie wychodzi.

Przez moment bohaterom się wydaje, że nadchodzi ich chwila chwały. Czas, kiedy właśnie mogą ujawnić swój talent i pokazać go światu. Przez ułamek sekundy myślą, że  są  prawie artystami: zarówno szansonistka Jo, Arkadiusz Pszczoła, Janusz L.L. Czereśniewski. Każde z nich wierzy, że talent poprawi ich mdłą egzystencję. Szybko jednak muszą się pogodzić z rzeczywistością. Nawet Czereśniewski, autor „Opuszczeni@ w necie” w głębi duszy zazdrości dziewczynie, która napisała książkę „Wyprowadzałam psy Tomasza Lisa” i marzy o pojawieniu się w programie „Taniec z pisarzami”.

Przegrane życie najlepiej celebrować przy sentymentalnej, kiczowatej muzyce. Znacie Annę Jantar? No to może udać się na festiwal postpiosenki zachodniosłowiańskiej jej imienia w Orono w stanie Maine. Zdążyła jedynie zaśpiewać postpiosenkę Tyle mroku w całym mieście, bo śpieszyła się na samolot. A to dopiero początek. Następnym odkryciem jest: „Milczenie Czarnych Owiec Jest Złotem”. Zespół, który na koncercie napawa się ciszą. Do wyboru mamy ponadto „Tam Gdzie Kończy się Ironia a Zaczyna Powaga”, których sława gaśnie za sprawą „The Metaforze Nie”. Jakby komuś było mało, to może się udać na wakacje do Tunezji, pod warunkiem, że zrobi to ironicznie. Trzeba przecież być hipsterem, choć nikt nie wie kim on jest, ale należy iść z duchem czasu i być modnym. Wyjątkowym, ale jednocześnie takim jak inni.

W książce Joanny Dziwak bohaterowie igrają z losem, ale z góry są skazani na klęskę. Ich przekonanie o własnej wyjątkowości okazuje się być zwykłą mrzonką. A może szukają zbyt wysoko, a przez to upadek staje się niezwykle bolesny? Z drugiej strony bohaterowie kreowani przez autorkę, nie zawsze mają świadomość własnego prostactwa oraz głupoty. Dziwak wyśmiała w niezwykle cięty sposób przede wszystkim pokolenie dwudziestolatków, przekonane, że wiedzą wszystko, a tak naprawdę nic nie wnoszące do świata. Bo marzenie o chwili sławy nie ma szansy się spełnić, to tylko gra, w której karty są już dawno rozdane.

Autorka w swej książce posługuje się ironią. W sposób niezwykle zabawny kreśli obraz współczesnej klasy średniej. Jednak trzeba uważać, czy nie jest to śmiech przez łzy. W każdej chwili może się okazać, że śmiejemy się z samych siebie.

Joanna Dziwak świetnie sobie radzi z językiem. Potrafi sparodiować styl Masłowskiej, czy Coelho, podejmując w ten sposób swojego rodzaju grę. Jednak w przeciwieństwie do swoich bohaterów, autorka wychodzi z niej zwycięsko. Taka dawka ciętego języka może zawrócić nieco w głowie, ale niewątpliwie dostarcza wielu przyjemnych chwil podczas lektury.

Dziękuję Korporacji Ha!art za książkę.

„Big Dick” – Wojciech Bruszewski

Big-DickWojciech Bruszewski pod koniec swego życia postanowił zacząć pisać książki. Choć był cenionym artystą: prekursorem polskiej sztuki wideo, autorem fotografii, reżyserem i operatorem filmowym, zyskał również uznanie za „Fotografa”. Następny jego tytuł „Big Dick” stał się niestety ostatnim, ponieważ w 2009 roku autor zmarł. Korporacja Ha!art cztery lata później wydała tę książkę.

Głównym bohaterem powieści jest tajemniczy Richard Hakenkreuz, który przychodzi na świat na początku XX wieku, gdzieś w Afryce. Jest jedynym białym, wśród innych, ciemnoskórych dzieci. Wychowuje go niemiecki pastor, który postanowił zadbać o jego duszę. Wkrótce Hakenkreuz przybywa do Europy ze swoim nieodłącznym wisiorkiem ze swastyką. Dick staje się potężną postacią, która pociąga za sznurki, by zmieniać bieg historii świata.

Nie do końca rozumiemy kim jest Richard, ale pojawia się w ważnych momentach historycznych XX wieku i na początku XXI. Jest tym, który jednym słowem wywołuje efekt motyla i tym samym zmienia rzeczywistość. Nie kryje się, gdyż znany jest ze swojego zamiłowania do opery, czy mieszkania w ekskluzywnych hotelach, a mimo to jest postacią tajemniczą. Wszędzie gdzie się pojawia, towarzyszy mu swastyka. Dzieje się tak do momentu, kiedy Microsoft postanawia usunąć niepożądane symbole – wtedy też oprócz swastyki znika Dick. Ironią losu jest jednak to, że prócz hakenkreuza usunięta zostaje również gwiazda Dawida. Główny bohater jest postacią bardzo ciekawą, ale też tajemniczą. Im więcej pomysłów pojawi się na jego temat, tym więcej narodzi się pytań. Czasem się jawi jak zły duch, który pojawia się w miejscach, w których dzieje się coś ważnego. Podpowiada postaciom historycznym jak postąpić, np. Rubinstein dzięki Dickowi pryska fortepian lakierem do włosów, by zyskać lepszą przyczepność palców.

Swastyka za sprawą nazistów stała się niechcianym symbolem. Wojciech Bruszewski poprzez „Big Dicka” postanawia nieco oddemonizować ten znak, pokazując jak początkowo był czymś niewinnym, mającym przynieść ludziom szczęście. Choć mamy już 2014 rok, to wciąż zauważyć można, jak bardzo negatywnie jest postrzegany.

Autor postanowił dać swoim odbiorcom nową formę literacką. Nazwał ją fikcją dokumetalną. Ot, taki oksymoron, bo to przecież gra z czytelnikiem. Kto nie lubi teorii spiskowych? Wojciech Bruszewski na dodatek swojej fikcyjnej opowieści nadaje znamiona autentyczności. Pojawiają się prawdziwe postacie historyczne – np. Kaczyński, G. Bush, czy T. Łysenko. Z nimi spotyka się tytułowa postać, by podsuwać im swoje rozwiązania zaistniałych problemów, dzięki temu wszystko staje się prawdopodobne.

Postmodernistyczna wizja Bruszewskiego wciąga czytelnika, dając mu sporą dawkę rozrywki. Jakby tego było mało, autor zaopatrzył książkę w 44 kody, które po wprowadzeniu na stronie bigdick.com uzupełniają treść powieści. Artysta pozwala nam zajrzeć do „elektronicznej biblioteki”, w której umieścił zaszyfrowane fotografie oraz pliki audiowizualne. W ten sposób strona internetowa staje się częścią powieści. A czytelnik konfrontuje słowo z obrazem, czy informacją zamkniętą w Internecie.

Dzięki książce „Big Dick” dajemy się wciągnąć w podróż śladami swastyki. Wojciech Bruszewski kreśli jej alternatywną historię, bo ewentualne fakty stara się podporządkować własnym fikcyjnym wizjom. Nawet w Wielkim Wybuchu i galaktyce spiralnej zobaczymy swastykę. Ale to niejedyna zabawa z symboliką. Autor bawi się i z mesjanizmem – nieprzypadkowo mamy do czynienia z 44 kodami. Tyle, że w książce istotny jest absurd i ironia. Bruszewski miesza to co znane, by stworzyć fikcję, która jest tak pokazana, by wydawała się prawdą.

Książka „Big Dick” zaskakuje swoją oryginalną formą. Dzięki niej jest godna uwagi i warta zauważenia. Odpowiadał mi również styl Wojciecha Bruszewskiego – ironiczny i absurdalny. Oczywiście, jeśli czytelnik nie będzie miał ochoty na wpisywanie 44 kodów, to nie utrudni mu to odbioru. Jednak warto przejrzeć ową elektroniczną bibliotekę, by poszerzyć percepcję. Jedynie mogę się przyczepić do zakończenia „Big Dicka”, które mogłoby być inaczej rozwiązane, ponieważ autor wprowadza nas w stan napięcia, ale nie stawia kropki nad i. Przyznam jednak, że książka zaskakuje. Widać w niej rękę artysty, który potrafił pracować nie tylko ze słowem, ale i z obrazem. Dlatego warto się zagubić w tym świecie, gdzie trudno odróżnić fikcję od rzeczywistości, bo czeka nas spora dawka przyjemności.

Dziękuję Korporacji Ha!art za książkę.

Jan Krasnowolski – „Afrykańska elektronika”

Afrykańska elektronikaKiedy sięgnęłam po „Afrykańską elektronikę”, opowiadania Jana Krasnowolskiego, nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. Zachęciło mnie to, że autor pokazuje współczesnych polskich emigrantów. Sam zresztą pracuje na Wyspach, więc ich doświadczenia nie są mu obce. Tyle, że kiedy zaczęłam czytać książkę, wcale nie otrzymałam prozy, która byłaby odpowiednikiem serialu „Londyńczycy” (na szczęście).

Pierwsze opowiadanie – „Brudny Heniek” – nie odwołuje się do emigracji. Tytułowy bohater jest byłym zomowcem, którego dopadają pewnego dnia demony z przeszłości. Heniek Juha poznał co to strach, kiedy uciekał przed demonstrantami. Wcześniej przełożony wydał rozkaz strzelania do protestujących. A Heniek stał się tym, który mieczem wojując, od miecza ginie. Tyle, że niedosłownie. Kiedy bohater ucieka w czasie rozruchów, zostaje postrzelony przez mężczyznę przebranego za Mikołaja. Po latach wciąż nie wszystko pamięta. Dopiero szaleniec mordujący w hipermarkecie, pozwoli mu rozwiązać tę tajemnicę.

Kolejne opowiadania: ?Afrykańska elektronika?, ?Hasta siempre, comandante?, ?Kindoki? połączy motyw emigracji. Pierwsze z nich nawiązuje do voodoo. Polak, który zaprzyjaźni się z czarnoskórym Ghańczykiem, odkryje, że z pomocą afrykańskiej magii, da się zrobić świetnie prosperujący interes. Afrykańska elektronika wprawdzie spełniania życzenia, ale konsekwencje okażą się przerażające.

Z koszmarem można się również  spotkać czytając kolejną opowieść – ?Hasta siempre, comandante?. Autor połączył historię „Che” Guevary z majakami sennymi emigranta, które wywołują bohomazy na ścianie sypialni. Natomiast w ?Kindokim? Jan Krasnowolski powiązał w zaskakujący sposób lęki Anglików przed emigrantami z przemycaniem małego Afrykańczyka promem do Wielkiej Brytanii oraz Holocaustem. Jest przerażająco i strasznie, zwłaszcza gdy pojawi się mgła.

Zaskakujące w opowiadaniach autora jest to, jak świetnie są zbudowane. Ich konstrukcja została świetnie przemyślana. Jan Krasnowolski potrafi świetnie operować konwencją i tworzyć przy okazji coś bardzo ciekawego. Historie przez niego stworzone kojarzą się ze Stephenem Kingiem. Mają wywoływać gęsią skórkę ze strachu, ale i wciągać czytelnika, tak że trudno się od nich oderwać. Zakończenia za każdym razem zaskakują i nie są oczywiste, ani przewidywalne.

Wydawać by się mogło, że konwencja thrillera, czy horroru nie może być połączona z opowieścią o współczesnej klasie pracującej za granicą. A jednak. Jan Krasnowolski przygląda się tej grupie i pokazuje jej zróżnicowanie. Znajdą się więc polscy rasiści, ludzie zamknięci we własnej bańce narodowej, nie potrafiący się otworzyć na Brytyjczyków. Będą też tacy, którzy na widok rodaków szybko przejdą na drugą stronę ulicy, by nie wydało się, że oni też są Polakami. Jan Krasnowolski widzi ten światek i opisuje go, ale rozwiewa emigracyjny sen o szybkim bogactwie. Zostaje strach i przerażenie.

Świetnie skonstruowana fabuła opowiadań oraz narracja – tak najkrócej dałoby się scharakteryzować prozę  Krasnowolskiego. Jednak nie jest to książka dla wszystkich. Wydawca zaliczył opowiadania do „lad lit” – czyli literatury popularnej dla męskiego odbiorcy. Chodzi prawdopodobnie o brutalność i konwencję horroru. Jednak nie sądzę, że należy wykluczać sporej grupy odbiorców, którzy poszukują w literaturze ważnych pytań. U Krasnowolskiego ich nie brakuje. Jego proza wręcz ocieka egzystencjalnymi pytaniami – dokąd zmierzamy i ile w nas człowieczeństwa? Tyle, że Krasnowolski czerpie od amerykańskich brutalistów, takich jak Bukowski i Ellis oraz bawi się estetyką thrillera i horroru. Wydaje mi się, że ważne jest przesłanie tych opowiadań. Autor poszukuje źródła zła w człowieku. To, co znajduje przeraża, ale też daje nutkę nadziei.

Dziękuję Ha!art za książkę „Afrykańska elektronika”

Pismo Ha!art o kulturze ludowej

Ha!art 44Swą wiedzę o kulturze i literaturze czerpię głównie z książek. Oprócz tego zaglądam do blogów, pism internetowych. A co z papierowymi magazynami? Z tym akurat mam problem. W kiosku tylko na mnie czeka kwartalnik „Książki”. Wprawdzie nie jest doskonały, bo chciałabym więcej czytać w nim o twórczości naszych pisarzy, poznawać ją (choćby poprzez opowiadania ich autorstwa), wywiadów ze znanymi twórcami, a nie otrzymywać głównie streszczenia nowości czytelniczych.

Teraz miałam okazję przeczytać ostatni numer Ha!art. Najwięcej dowiedzieć się można na jego temat zerkając na stronę internetową tego pisma. Ostatni, 44 numer, jest w całości poświęcony kulturze ludowej. Tyle, że dopiero za sprawą tego czasopisma widać, jak szerokie jest to zagadnienie. Dzisiaj wraca świadomość społeczna na temat chłopstwa. Temat przestaje być wstydliwy, czy odrzucany po tym, jak traktowany był w PRL-u. Po 1989 roku nastała powszechna moda na odszukiwanie w swojej genealogii szlacheckich korzeni, ale warto pamiętać o tym, jak ta grupa społeczna traktowała lud.

Teraz – właśnie za sprawą tego numeru Ha!art – czytelnicy mają możliwość, by uświadomić sobie czym jest współczesna ludowość. Autorzy odeszli od pojęć typu naród, społeczeństwo, by przyjrzeć się bliżej temu bardzo szerokiemu terminowi, jakim jest pojęcie lud, czy ludowość. Przy okazji odświeżyli to, co zapomniane, by zwrócić uwagę na zbiorowość. Jak wąski to margines, dowiemy się podczas lektury tego pisma.

Ponieważ próżno szukać nowego literackiego Boryny, autorzy odnajdują źródła ludowości choćby we współczesnych amiszach. Zaskakujące? A przecież to ludzie, którzy żyją tak jak kilkaset lat temu. I nie dość, że świetnie sobie z tym radzą, to jeszcze dobrze się czują w tej roli. Niemal stają się awangardą walczącą ze współczesnym konsumpcjonizmem.

W postdyscyplinarnym magazynie o kulturze współczesnej sporo artykułów będzie dotykało historii. Zwłaszcza głos Mateusza Zemli jest mi bliski. Autor dzieli się swoją opinią na temat nauczania tego przedmiotu. Trudno się z nią nie zgodzić, ponieważ autor chciałby, żeby uczniowie analizowali oraz myśleli abstrakcyjnie, a nie tylko wkuwali pod dyktando testów. Może się to udać, kiedy młodzież będzie poznawała historię z perspektywy losu jednostki.

W wydaniu ludowym Ha!art sporo miejsca poświęcono współczesnym emigrantom. Przywoływana jest książka „Afrykańska elektronika” Jana Krasnowskiego, którą wkrótce mam zamiar przeczytać, więc ciekawa jestem, czy odbiorę tę lekturę podobnie jak Magdalena Bałaga. Podoba mi się, że w piśmie są fragmenty prozy świetnego Ziemowita Szczerka, czy Zbigniewa Masternaka. Dzięki temu niecierpliwie będę się rozglądała za ich książkami.

Nie wszystkie artykuły przypadły mi do gustu. Niektóre były po prostu zbyt trudne jak dla mnie. Zwłaszcza jeśli mowa o sprawach mało znanych, warto je podawać w przystępny sposób. Dlatego chciałabym docenić wszystkie artykuły Jana Bińczyckiego i Zbigniewa Masternaka. Są przystępne, choć dotykają trudnych zagadnień.

Po lekturze pisma widzę, że Ha!art stara się wytyczać nowe szlaki w wiedzy o kulturze. Myślę, że przywołując postaci oraz zagadnienia mało znane, daje się im szansę zaistnieć we współczesnym świecie. Tylko, że nie otrzymujemy medialnej papki, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Tu trzeba włożyć odrobinę wysiłku intelektualnego. A przy okazji zmusić się do refleksji nad pojęciem zbiorowości. Spojrzeć na to zagadnienie poprzez literaturę, film, fotografię czy historię. Ciekawa jestem kolejnych wydań.

Wydanie ludowe poznałam dzięki uprzejmości Ha!art