Wojciech Bruszewski pod koniec swego życia postanowił zacząć pisać książki. Choć był cenionym artystą: prekursorem polskiej sztuki wideo, autorem fotografii, reżyserem i operatorem filmowym, zyskał również uznanie za „Fotografa”. Następny jego tytuł „Big Dick” stał się niestety ostatnim, ponieważ w 2009 roku autor zmarł. Korporacja Ha!art cztery lata później wydała tę książkę.
Głównym bohaterem powieści jest tajemniczy Richard Hakenkreuz, który przychodzi na świat na początku XX wieku, gdzieś w Afryce. Jest jedynym białym, wśród innych, ciemnoskórych dzieci. Wychowuje go niemiecki pastor, który postanowił zadbać o jego duszę. Wkrótce Hakenkreuz przybywa do Europy ze swoim nieodłącznym wisiorkiem ze swastyką. Dick staje się potężną postacią, która pociąga za sznurki, by zmieniać bieg historii świata.
Nie do końca rozumiemy kim jest Richard, ale pojawia się w ważnych momentach historycznych XX wieku i na początku XXI. Jest tym, który jednym słowem wywołuje efekt motyla i tym samym zmienia rzeczywistość. Nie kryje się, gdyż znany jest ze swojego zamiłowania do opery, czy mieszkania w ekskluzywnych hotelach, a mimo to jest postacią tajemniczą. Wszędzie gdzie się pojawia, towarzyszy mu swastyka. Dzieje się tak do momentu, kiedy Microsoft postanawia usunąć niepożądane symbole – wtedy też oprócz swastyki znika Dick. Ironią losu jest jednak to, że prócz hakenkreuza usunięta zostaje również gwiazda Dawida. Główny bohater jest postacią bardzo ciekawą, ale też tajemniczą. Im więcej pomysłów pojawi się na jego temat, tym więcej narodzi się pytań. Czasem się jawi jak zły duch, który pojawia się w miejscach, w których dzieje się coś ważnego. Podpowiada postaciom historycznym jak postąpić, np. Rubinstein dzięki Dickowi pryska fortepian lakierem do włosów, by zyskać lepszą przyczepność palców.
Swastyka za sprawą nazistów stała się niechcianym symbolem. Wojciech Bruszewski poprzez „Big Dicka” postanawia nieco oddemonizować ten znak, pokazując jak początkowo był czymś niewinnym, mającym przynieść ludziom szczęście. Choć mamy już 2014 rok, to wciąż zauważyć można, jak bardzo negatywnie jest postrzegany.
Autor postanowił dać swoim odbiorcom nową formę literacką. Nazwał ją fikcją dokumetalną. Ot, taki oksymoron, bo to przecież gra z czytelnikiem. Kto nie lubi teorii spiskowych? Wojciech Bruszewski na dodatek swojej fikcyjnej opowieści nadaje znamiona autentyczności. Pojawiają się prawdziwe postacie historyczne – np. Kaczyński, G. Bush, czy T. Łysenko. Z nimi spotyka się tytułowa postać, by podsuwać im swoje rozwiązania zaistniałych problemów, dzięki temu wszystko staje się prawdopodobne.
Postmodernistyczna wizja Bruszewskiego wciąga czytelnika, dając mu sporą dawkę rozrywki. Jakby tego było mało, autor zaopatrzył książkę w 44 kody, które po wprowadzeniu na stronie bigdick.com uzupełniają treść powieści. Artysta pozwala nam zajrzeć do „elektronicznej biblioteki”, w której umieścił zaszyfrowane fotografie oraz pliki audiowizualne. W ten sposób strona internetowa staje się częścią powieści. A czytelnik konfrontuje słowo z obrazem, czy informacją zamkniętą w Internecie.
Dzięki książce „Big Dick” dajemy się wciągnąć w podróż śladami swastyki. Wojciech Bruszewski kreśli jej alternatywną historię, bo ewentualne fakty stara się podporządkować własnym fikcyjnym wizjom. Nawet w Wielkim Wybuchu i galaktyce spiralnej zobaczymy swastykę. Ale to niejedyna zabawa z symboliką. Autor bawi się i z mesjanizmem – nieprzypadkowo mamy do czynienia z 44 kodami. Tyle, że w książce istotny jest absurd i ironia. Bruszewski miesza to co znane, by stworzyć fikcję, która jest tak pokazana, by wydawała się prawdą.
Książka „Big Dick” zaskakuje swoją oryginalną formą. Dzięki niej jest godna uwagi i warta zauważenia. Odpowiadał mi również styl Wojciecha Bruszewskiego – ironiczny i absurdalny. Oczywiście, jeśli czytelnik nie będzie miał ochoty na wpisywanie 44 kodów, to nie utrudni mu to odbioru. Jednak warto przejrzeć ową elektroniczną bibliotekę, by poszerzyć percepcję. Jedynie mogę się przyczepić do zakończenia „Big Dicka”, które mogłoby być inaczej rozwiązane, ponieważ autor wprowadza nas w stan napięcia, ale nie stawia kropki nad i. Przyznam jednak, że książka zaskakuje. Widać w niej rękę artysty, który potrafił pracować nie tylko ze słowem, ale i z obrazem. Dlatego warto się zagubić w tym świecie, gdzie trudno odróżnić fikcję od rzeczywistości, bo czeka nas spora dawka przyjemności.
Dziękuję Korporacji Ha!art za książkę.