„Gdy zniknęły gołębie” – Sofi Oksanen

Gdy zniknęły gołębie, Sofi OksanenAkcja książki „Gdy zniknęły gołębie” Sofi Oksanen  rozgrywa się w Estonii, kraju z którego pochodzi matka autorki. Sama pisarka ma dwa obywatelstwa: fińskie i estońskie. Sławę przyniosła jej książka „Oczyszczenie” – uhonorowana licznymi nagrodami, a także przetłumaczona na ponad trzydzieści języków.

W powieści „Gdy zniknęły gołębie” autorka ukazała Estonię w czasie drugiej wojny światowej oraz w latach sześćdziesiątych. Sofi Oksanen zderza ze sobą dwa totalitaryzmy. Opowieść snuta jest w sposób niechronologiczny. Zadaniem czytelnika jest ułożenie początkowo niełączących się z sobą historii. Poznajemy dwóch kuzynów: Rolanda i Edgara. Choć w młodości wiele ich łączyło, stopniowo ich drogi się rozchodzą. Różnią ich przede wszystkim poglądy oraz postawa wobec nazizmu i komunizmu. Czytaj dalej

„Havel. Zemsta bezsilnych” – Aleksander Kaczorowski

Havel. Zemsta bezsilnychChyba nikomu nie jest obce to nazwisko. Jednak choć wszyscy słyszeli o Václavie Havlu, sama jednak niewiele potrafiłam powiedzieć na temat poglądów tego polityka. Aleksander Kaczorowski w biografii „Havel. Zemsta bezsilnych” przybliża nam tę wybitną postać. Kim był, skąd pochodził, okazało się równie ważne, jak to kim się stał.

Pisząc o Václavie Havlu, Aleksander Kaczorowski postanowił cofnąć się o kilka pokoleń wstecz. Nie tylko w PRL-u ważne było  pochodzenie: robotnicze, chłopskie, a może inteligenckie? Václav Havlel nie wziął się znikąd. Sam nawet nazwał się „pańskim synkiem”, ponieważ dzieciństwo spędził, korzystając z licznych udogodnień. Kucharka, szofer, ogrodnik, pokojówka, guwernantka nie byli niczym niezwykłym w domu bogatego przedsiębiorcy. Ojciec Václava miał opinię jednego z najzamożniejszych ludzi w Pradze. Czytaj dalej

„Przyszłem. Czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy” – Janusz Głowacki

PrzyszlemRozminęłam się w kinie z filmem Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Kiedy byłam w mieście, akurat go nie wyświetlano. Był weekend, miałam dwa wolne wieczory… Widać film był przeznaczony dla uczniów liceum, którzy pewnie cieszyli się z każdej wolnej od lekcji godziny. Oczywiście od poniedziałku do piątku. Za to w sobotę nie daliby się zaciągnąć na ten tytuł za żadne skarby. Gdyby nie książka Janusza Głowackiego pt. „Przyszłem” pewnie tak bardzo nie zaprzątałabym sobie głowy filmem Wajdy. Cóż, nic straconego: prędzej czy później film pojawi się w wersji na DVD. Wtedy porównam książkę z filmem.

Cenię sobie twórczość Głowackiego. Głównie za dramat pt. „Antygona w Nowym Jorku”. Warto też zauważyć, że Głowacki napisał scenariusz do filmu „Rejs” – tak kultowego i cenionego dzisiaj. Dlatego nie mogłam przejść obojętnie obok najnowszej książki tego twórcy. Autor tłumaczy we wstępie, że napisał „Przyszłem” ze skąpstwa. Wiele scen i pomysłów nie weszło do filmu. Za to zostały zapisane przez Głowackiego i bardzo dobrze się stało, ponieważ Wajda zrobił film po swojemu. Postawił na funkcje oświatowe kina, a z tym Głowacki nie chciał się zgodzić. Nie planował wychowywać, a skupić się na głównym bohaterze, który ma w sobie coś z szekspirowskich postaci oraz postawić na walory artystyczne obrazu. Na próżno.

Już na samym początku pada pytanie – Bolek, czy nie? Głowacki stwierdza, że nie jest moralistą i nie ma zamiaru oceniać. Tworzy sceny, które mogą przybliżyć czytelnikowi Wałęsę, nawet dokonuje jego charakterystyki, ale posługując się cytatem z Montaigne’a. Obrazów, które tworzy Głowacki do danej sceny z filmu, może być kilka wersji. Do najbardziej tajemniczych należy ta, w której próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie – dlaczego Lech Wałęsa spóźnił się na najsłynniejszy strajk w Stoczni Gdańskiej.

Dla mnie najistotniejsze w tej książce były obrazy, które osadzały głównego bohatera w pewnej historycznej rzeczywistości. Nie uda się przecież od tego uciec. Rewelacyjne są obrazy z PRL-owskiej rzeczywistości. Opowieści o tym, jak żyło się w czasach komunizmu. Głowacki nie gloryfikuje tamtych czasów. Jeśli pisze o pijaństwie przed 1989 rokiem, to bez skrupułów i zbędnych ozdób. Z typową dla siebie ironią

W książce „Przyszłem” Głowacki kreśli nie tylko historię Wałęsy. Z licznych dygresji i zabawnych anegdot wyłania się obraz Polski i Polaków. Podsumować może to cytat ze scenariusza, który miał paść w filmie z ust Wałęsy: „Jak żeśmy wygrali powiedziałem od razu <<Dziś nosicie mnie na rękach, ale to dopiero początek trudnych czasów. Jutro będziecie we mnie rzucać kamieniami>>”.

Choć książka składa się z luźno powiązanych obrazów, przemyśleń autora, układa się w spójną całość. Głowacki świetnie ukazał w książce człowieka, o którym powstał film. Nie tłumaczy go, nie idealizuje, ale też nie wywyższa siebie. Stąd też tytuł książki: „Lech Wałęsa powiedział kiedyś <<przyszłem>> – i ktoś go poprawił, że nie mówi się <<przyszłem>>, tylko <<przyszedłem>>, a on odpowiedział podobno na to: <<Nieważne przyszłem, czy przyszedłem, ważne że doszłem… albo doszedłem>>”.

Warto poznać ten słodko-gorzki obraz stworzony przez Głowackiego. Czasami autor pisze o teraźniejszości, czy historii żartobliwie, by za chwilę dociąć i skrytykować polską rzeczywistość i mentalność. Celne spostrzeżenia, trudne tematy – pisarz nie boi się mówić wprost o naszych wadach. Na szczęście Głowacki nie skupił się tylko na scenariuszu do filmu. Wykazał się niezwykłą umiejętnością dostrzegania tego, jacy jesteśmy. Obrywamy, ale słusznie…

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za egzemplarz do recenzji.