Wszystkie dzieciaki z podstawówki cieszą się, że mają dzień wolny od nauki. Niektórzy nawet żałują, że nie idą do szkoły, bo komu robić psikusy? Tylko szóstoklasiści chodzą ze spuszczonymi nosami na kwintę, bo ich nikt nie traktował na wesoło, wręcz odwrotnie, musieli napisać pierwszy ważny egzamin w ich życiu. Trzeba było samodzielnie, bez użycia komputera, stworzyć opowiadanie na temat, że co dwie głowy to nie jedna?
Zaczęłam się zastanawiać, jakie książki wywołałyby uśmiech na mojej twarzy, z racji dzisiejszego prima aprilis. Jest kilka historii, które doprowadziły mnie do łez. Wszystkie były autorstwa Joanny Chmielewskiej. „Lesio” i „Całe zdanie nieboszczyka” zachwycały mnie żartami sytuacyjnymi oraz słownymi. Problem w tym, że było to w czasach nastoletnich. Ciekawa jestem, czy dziś stałoby się podobnie?
Zabawnych książeczek dla młodszych odbiorców jest całe multum. A co z dorosłymi?
Kiedy czytałam „Paragraf 22” Josepha Hellera też się uśmiałam. Tylko, ze tutaj mamy do czynienia z olbrzymią dawką czarnego humoru. Troszkę podobny typ dowcipu jest w „Konopielce” E. Redlińskiego – taki trochę śmiech przez łzy. Za to nie dałam rady zdzierżyć Moore’a i jego „Najgłupszego anioła”. Miłośnicy angielskiego humoru mogą świetnie się bawić podczas czytania „Latającego Cyrku Monty Pythona”. Przyznam, że dzięki książce wyłapałam więcej absurdów, niż w filmie. Przemówił do mnie żartobliwy styl styl książek Leonie Swann – „Sprawiedliwość owiec” oraz „Triumf owiec”.
A Was jakie książki bawią?