Trochę większy poniedziałek – K. Grochola

Trochę większy poniedziałekSięgam po różnorodną literaturę. Wybór książki zależy od mojego nastroju. Niektóre pozycje idealnie nadają się do tego, by się odprężyć, inne by poprawić sobie nastrój, kolejne by poznawać świat. Kiedy zaczęłam czytać książkę Katarzyny Grocholi – „Trochę większy poniedziałek”, spodziewałam się lekkiej  powieści. A tu autorka zaskoczyła mnie zbiorem felietonów.

Katarzyna Grochola stworzyła coś przypominającego pamiętnik. Zapiski są datowane – prowadzone były od 1998 roku do 2003. Z wyjątkiem ostatniego, z 2007 roku. Znawcy prozy autorki część z tych tekstów znają. Niektóre felietony pojawiły się w różnego rodzaju pismach, inne zostały wykorzystane w powieściach Grocholi.

Tym, co spaja te niedługie opowieści, jest bohaterka – Kasia. Przeżywa różnego rodzaju rozterki. Zastanawia nad relacjami damsko-męskimi. Ubolewa nad swoimi ułomnościami, stale obiecując poprawę. Z jednej strony pragnie być szczęśliwa, a z drugiej nie pozwala pochłonąć się demonom, które ją przytłaczają. Opisuje relacje z rodzicami, mężczyznami, przyjaciółkami. A przede wszystkim obserwuje świat. I nie chodzi o ten wielki, znany z nagłówków gazet, tylko raczej mikrokosmos, tkwiący wokół nas i w nas samych.

Kolejna rzecz, która łączy wszyskie historie, to pozytywne nastawienie do życia. Bohaterka szuka jego jasnej strony. Nie chodzi mi oczywiście o hedonistyczne podejście do egzystencji, tylko dostrzeganie tego, co wartościowe. Poprzez różne sytuacje uczy się zauważać dobro w drugim człowieku, jednocześnie nie zapominając o swoich pragnieniach.

Grochola stara się opowiadać o życiu w zabawny sposób. Czesto ironizuje, żartuje. Potrafi też śmiać się ze swego alter ego, czyli Kasi. Dostrzega własne wady, by również i z nimi się pogodzić. Pokazuje, jak niewiele trzeba nam do szczęścia. Brzmi banalnie? Może wystarczy prostym językiem opisać magiczne chwile z życia, by je wreszcie zauważyć?

 W książce „Trochę większy poniedziałek” Katarzyna Grochola podgląda codzienne życie, opisuje je i zabarwia odrobiną humoru. Jeśli ktoś się spodziewał powieści, może się zawieść. Jednak, z drugiej strony, taka pozycja idealna jest wtedy, gdy mamy mało czasu, a potrzebujemy sporej dawki pozytywnej energii. Jej w tym zbiorze felietonów nie brakuje. Autorka w swoim niepowtarzalnym stylu opisuje rzeczywistość, niemal czujemy, że siedzi obok i do nas mówi. Coś, co zazwyczaj wydaje nam się szare, u Grocholi mieni się w kolorach tęczy. Pisarka pokazuje czytelnikowi, jak można skupiać się na małych radościach i uczynić je wielkimi. Szczęśliwym można być tutaj, nie trzeba uciekać na Santorini. Grochola daje nam światełko w tunelu i jeszcze pomaga je dostrzec. Przyznam, że podchodziłam z pewnym dystansem do tej pozycji. Jednak z każdą kolejną kartką, dawałam się wciągać w styl Grocholi. I pochłonęłam ksiażkę w kilka chwil.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Literackiemu

Mistyczna powieść Elif Shafak – „Sufi” (konkurs trwa)

SufiCzas przyjrzeć się debiutanckiej powieści Elif Shafak. Wcześniej wprawdzie pisarka wydała opowiadanie pt. „Kem Gözlere Anadolu”, ale nie zostało ono przetłumaczone na język polski. Powieść „Sufi” wydano w 1997 roku, a u nas dopiero teraz – w 2013. „Pinhan” – taki tytuł  nosi książka w oryginale. W 1998 otrzymała nagrodę Mevlana, przyznawaną najlepszym dziełom z zakresu literatury mistycznej.

„Sufi” wywołał pewną dyskusję w kraju E. Shafak, ponieważ autorka użyła w nim języka, uznanego w oświeconej Turcji za pewien rodzaj wszetecznictwa. Nikt wcześniej – ze współczesnych pisarzy – nie posługiwał sie w ten sposób językiem tureckim. Szokowało, że młoda i wykształcona kobieta użyła przestarzałego słownictwa – pełnego perskich i arabskich zwrotów. Zrobiła to po to, by pokazać drogę głównego bohatera do poznania Boga i siebie.

Akcja powieści sięga do czasów Imperium Osmańskiego. Pinhan – tytułowy Sufi – dostał się do klasztoru derwiszów po tym, jak śledził z kolegami niezwykłego ptaka. Kiedy nie udało mu się go złapać, postanowił choćby skraść parę jabłek z tekke (siedziby bractwa). Przyłapany na gorącym uczynku, ostatecznie przyłącza się do grupy derwiszów, jako jedyne dziecko, pośród dorosłych. Tam stara się, poprzez obserwacje innych, poznać najpierw ludzi mieszkających w tekke, by przejść wreszcie do odkrywania siebie.

Powieść jednak nie ogranicza się do tytułowego bohatera. Poznajemy również wielu mieszkańców jednej z dzielnic Stambułu, która otrzymała nową nazwę. Spowodowała ona sporo kłopotów jej mieszkańcom. Nagle zaczęły dziać się dziwne rzeczy, które powodowały narastanie zła.

Tak jak w szkatułce przyglądamy się pewnym wydarzeniom, bohaterom, pozornie nie związanym ze sobą, by w końcu mogło dojść do ich połączenia. Wszystko spaja postać Pinhana i jego dwoista natura. Każdy z bohaterów jest inny, ale równie ważny. Kolejna historia wnosi coś istotnego do tej powieści. Również Stambuł, a konkretnie dzielnica Akrep Arif, przemianowana na Nakş-? Nigâr staje się bohaterem tej książki.

Autorka posługuje się mistycznym językiem, odwołującym się do sufizmu. Ważna jest duchowość bohaterów. Świat dżinów, złych duchów przenika się i łączy ze światem realnym. Mnogość metafor, trochę oniryzmu powoduje, że niekiedy można mieć problem ze zrozumieniem historii. Trud włożony w przeczytanie tej książki jednak się opłaca. Dzięki „Sufiemu” wkraczamy chwilami w opowieści rodem z „Księgi tysiąca i jednej nocy”, by połączyć je z mistycyzmem Dżalaluddina Rumiego, założyciela zakonu wirujących derwiszy.

Przekonał mnie styl Elif Shafak. Zauroczyły mnie historie, sposób w jaki autorka je połączyła. Niekiedy opowieść bliska staje się realizmowi magicznemu, kiedy indziej przypomina oniryzm Schulza, z tym że w orientalnym wydaniu. Tak jak miasto Stambuł jest pewnym tyglem, tak pisarka za pomocą języka przybliża je czytelnikowi. Daje nam lupę, dzięki której równie ważna będzie mrówka, co mieszkańcy dzielnicy.

Podróż staje się niezwykle barwna. Klimat tych opowieści jest zmysłowy i barwny. Opisy dań z kuchni tureckiej wywołują niesamowite wrażenie – nawet jeśli nigdy się ich nie próbowało, niemal czujemy ich smak. Bałam się tylko, że nie podołam mistycyzmowi islamskiemu. Zaskoczyło mnie w nim to, że poszukiwania derwiszów koncentrowały się na odnajdywaniu boga w miłości. Nieważne, czy jest ona homo, czy heteroseksualna. Skupiać się miała na tym, co dobre w nas samych. Może właśnie taki jest sens powieści? A może zupełnie inny? Warto zmierzyć się z „Sufim”, by odebrać tę historię na swój sposób. Mnie Elif Shafak przekonała.

 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego

Letni konkurs z Wydawnictwem Literackim

Przy okazji poznawania twórczości tureckiej pisarki Elif Shafak, mam przyjemność ogłosić konkurs z Wydawnictwem Literackim. Do wygrania są dwie książki tejże autorki – „Sufi” oraz „Pchli pałac”.

Zasady są następujące:

  1. Należy wybrać jeden z tytułów („Sufi”, „Pchli pałac”).
  2. Następnie przekonać mnie, dlaczego chcielibyście właśnie tę książkę otrzymać?
  3. Swoją wypowiedź należy pozostawić w komentarzu.
  4. Jedna osoba może umieścić maksymalnie dwa wpisy. Czyli jest szansa na wygranie obu tytułów. Liczę na Waszą oryginalność.

Pchli pałacKonkurs trwa od 7.07 do 17.07. 2013 roku. Dwie, moim zadniem, najbardziej interesujące wypowiedzi zostaną nagrodzone jedną z wyżej wymienionych książek Elif Shafak. Jeśli się zdarzy, że najciekawsze komentarze będą dotyczyły tego samego tytułu, w tym momencie pierwszeństwo ma ten, kto zajął pierwsze miejsce. Zwycięzcy powinni w ciągu tygodnia wysłać mi email z adresem (kontakt@dofi.com.pl), bym mogła wysłać nagrodę. Konkurs dotyczy osób posiadających adres korespondencyjny na terenie Polski. Postaram się wyłonić zwycięzców do 19.07. Życzę powodzenia i dobrej zabawy.

Pchli pałac – Elif Shafak

Pchli pałacO książkach pisarki pochodzącej z Turcji wszędzie jest głośno. W związku z tym i ja postanowiłam poznać jej twórczość. Kraj Elif Shafak do tej pory postrzegałam przez pryzmat powieści O. Pamuka. Czas poznać inną perspektywę.

Zaczęłam od powieści „Pchli pałac”. Wzrok przyciąga piękna okładka w stylu orientalnym. Również ilość stron, bo całe 500, uważam za plus. Pod warunkiem oczywiście, że na nich pojawia się coś interesującego.

Autorka w swej książce opowiada o mieszkańcach pewnej kamienicy, która otrzymała nazwę – Cukiereczek. Zbudował ją rosyjski arystokrata, dla umierającej żony. Kiedy oboje zmarli, dom podzielono na dziesięć lokali, które wynajęto.

Fabuła powieści została podporządkowana właśnie tym ludziom. Poznajemy ich losy, przeżycia, przemyślenia, poglądy i oczekiwania. Shafak zamknęła cały świat w tym jednym domu. Poprzez historie mieszkańców willi, otrzymujemy pewne uniwersum – świat w pigułce.

Już pierwsze zdania „Pchlego pałacu” brzmią pięknie. Shafak opowiada w niezwykły sposób, tak że chce się powoli smakować każdą wypowiedź. Język podporządkowany został próbie opisania głównego bohatera, jakim jest właśnie tytułowy budynek. Z tym, że kryje on w sobie pewną tajemnicę. I choć niby odpowiedź mamy cały czas przed nosem, to jednak  autorka nas nieco zwodzi.

Zmysł węchu jest niezwykle ważny w tej opowieści. Mieszkańcy Pałacu Cukiereczek muszą się zmierzyć ze smrodem, który opanował ich budynek. Każdemu lokalowi towarzyszą nie tylko historie, ale i zapachy. Powstaje niesamowita mieszanka. Niemal udaje się Elif Shafak stworzyć taki klimat, że wręcz odczuwamy razem z lokatorami te nieprzyjemne wonie.

Mieszkańcy Pałacu są tak samo niezwykli, jak dom w którym mieszkają. Bliźniacy Celal i Cemal prowadzą w nim zakład fryzjerski, czasem przez ich okna podglądamy sąsiadów. Błękitną Kochankę handlarza oliwą, Tijen Czścioszkę z córką Su, studenta Sidara mieszkającego w suterenie z psem bernardynem, Madame Babcię czy rodzinę Ognistych – już te króciutkie opisy sporo mówią o tych ludziach.

O wydarzeniach opowiada nauczyciel akademicki zajmujący lokal nr 7. On przyczyni się do zainicjowania wydarzeń, które doprowadzą do rozwiązania tajemnicy Pchlego Pałacu. Jednak, czy będzie warto? Bohater nie zdaje sobie sprawy, jak za pomocą jednego zdania można zmienić życie wszystkich mieszkańców domu.

Akcja powieści rozgrywa się w Stambule. Jednak miasto nie stanie się bohaterem powieści. Tę rolę spełni Pchli Pałac, choć pośrednio dzięki niemu poznajemy  Stambuł – poprzez mieszkańców kamienicy. Bo właśnie w willi Cukiereczek zderzają się liczne typy charakterów – od dziwaków, po fanatyków religijnych i osoby na wskroś nowoczesne. Powstaje w ten sposób barwny turecki kilim – i właśnie to jest olbrzymim plusem książki.

Jeszcze jedno łączy bohaterów – insekty. Tam gdzie bród i smród, nie da się ustrzec przed inwazją karaluchów. Pchli pałac posiada więc nie tylko ludzkich lokatorów – owady staną się udręką dla mieszkańców do tego stopnia, by wezwany został człowiek od dezynsekcji. Również i on ma do odegrania ważną rolę – gdyż spaja początek i koniec powieści. Tak,  że zatoczone zostaje koło.

„Pchli pałac” czytałam smakując powoli każde słowo. Na początku pewną trudność sprawiało mi zrozumienie o kim mowa w powieści. Jednak na końcu książki dla ułatwienia wypisano mieszkańców willi Cukiereczek. Aby lepiej orientować się w nazewnictwie, podano również wymowę w języku polskim niektórych głosek tureckich. Dzięki temu szybciej można przełamać własne ograniczenia, bo właśnie taka jest powieść Shafak – ubogacająca czytelnika. Otrzymujemy typowe danie tureckie, w którym po dodaniu do siebie pozornie niepasujących składników, powstaje kulinarny majstersztyk. Mnie zachwycił. Powstało w mojej głowie coś niezwykle barwnego i wielozmysłowego.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz książki

W Paryżu dzieci nie grymaszą – P. Druckerman po raz drugi

W Paryżu dzieci nie grymasząAmerykańska dziennikarka Pamela Druckerman znana jest już polskim czytelnikom. Niedawno wydano jej debiutancką książkę – „Dlaczego zdradzamy”. Tym razem mamy okazję sięgnąć po opowieść „W Paryżu dzieci nie grymaszą”. Książkę, która może kojarzyć się z poradnikiem, a jednocześnie – jak się okazuje – mającą wiele wspólnego z powieścią obyczajową.

Autorka, która zamieszkała we Francji zauważyła, że francuskie dzieci są grzeczniejsze niż amerykańskie. Dopóki sama nie posiadała potomstwa, nie zwracała na dzieci uwagi. Jednak, kiedy urodziła córkę, okazało się, że jej metody wychowawcze różnią się zdecydowanie od tych stosowanych przez Paryżan.

Konfrontacja francuskiego modelu z amerykańskim, wypadła na korzyść tego pierwszego. Druckerman postanowiła poszukać przyczyn takiego stanu rzeczy. Próbowała odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego Francuzi są wyspani, nie muszą biegać za dziećmi, mogą spokojnie zjeść posiłek w restauracji?

Niekiedy autorka czuła, że jest na cenzurowanym. Kiedy opiekowała się dziećmi na swój sposób – zaraz wszyscy zaczynali się głośno domyślać, że są Amerykanami. I choć dziennikarka starała się odkryć i poznać tajniki francuskiego wychowania, okazywało się to niekiedy bardzo trudne.

Podczas rozmów, wielu francuskich rodziców twierdziło, że nie stosują żadnych szczególnych metod. Tylko Druckerman nie była w stanie w to uwierzyć, bo ich maluchy po pierwsze potrafiły zjeść posiłek z warzywami włącznie, a po drugie cierpliwie na niego czekały. Dla autorki jako matki, było to niemal niemożliwe do osiągnięcia.

Okazało się, że źródłem różnic jest  samo podejście do dziecka. We Francji jest ono traktowane jako równoprawny członek rodziny, ale nie na pierwszym miejscu. Rodzice nie mają wyrzutów sumienia, gdy pozwolą sobie od czasu do czasu gdzieś wyjść bez potomstwa. Wymagają stosowania pewnych podstawowych zasad, które są dla wszystkich tak naturalne, że nawet ich nie zauważają.

Poznawanie tych reguł było dla dziennikarki bardzo trudne, jeszcze gorzej wypadało wprowadzanie ich w życie. Kiedy Druckerman urodziła bliźniaków wydawało jej się, że już nigdy nie zazna chwili spokoju. Jednak przeprogramowanie swego umysłu na styl francuski przyniosło wiele pozytywnych efektów. Wystarczyło konsekwetnie zastosować parę zasad, by szybko odniosły one skutek.

Książka „W Paryżu dzieci nie grymaszą” napisana jest w zabawny sposób. Niekiedy bardziej przypomina „Dzienniki Bridget Jones” – oczywiście, gdyby miała dzieci – niż poradnik, jak mogłoby wynikać z tytułu. Amerykański sposób myślenia o wychowaniu, w porównaniu z francuskim okazał się mieć wiele wad. Ich źródło było głównie w nastawieniu. Paryżanie nie widzą w dzieciach małych królów, których trzeba wozić od jednych zajęć na drugie. Zależało im na tym, by maluchy były przede wszystkim szczęśliwe. Nie przykładali tak wielkiej uwagi do edukacji niemal od kołyski, jak to się dzieje w USA.

Po przeczytaniu tej pozycji pojawia się pytanie, którą drogę wychowania obierają Polacy? Okazuje się, że coraz bardziej przypominamy Amerykanów. Pamela Druckerman dowodzi, że czasem stanowcze powiedzenie słowa „nie” nikogo nie krzywdzi. Warto pokazać maluchom ramy zachowań – a wewnątrz nich pozostawić im pewną swobodę. Każdy musi znać granice – według autorki – nawet kilkulatek. Myślę, że książka powinna trafić do młodych rodziców, by mogli zobaczyć, którą drogę obrać, wychowując swoje potomstwo. Przy okazji można się dobrze bawić, bo historie przede wszystkim wywołują uśmiech na twarzy. Uczą też dystansu do wychowania, bo dzięki niemu można się czasem odprężyć. A o tym marzą rodzice w każdym zakątku świata.

Dziękuję  Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzencki .

Drogie życie – opowiadania Alice Munro

Drogie życie„Drogie życie” Alice Munro jest ostatnim zbiorem opowiadań napisanym przez tę kanadyjską pisarkę. Niedawno Wydawnictwo Literackie opublikowało jej debiutancką książkę „Taniec szczęśliwych cieni”, więc obecnie mamy okazję poszukać pewnych wspólnych elementów dla prozy Munro. Wprawdzie proza kanadyjki została odkryta w Polsce niedawno, ale WL stara się nadrabiać nasze braki i na rynku dostępnych jest kilka tomów opowiadań Munro.

Intryguje już sama forma, którą wybiera pisarka. Zmieścić cały świat w jednym opowiadaniu nie jest prostym zadaniem. A jednak Munro się udaje. Często mamy do czynienia ze światem wewnętrznym bohaterów. Nie mniej jednak kusi on nas i zachęca do zapoznania się z nim.

Czternaście opowiadań Munro można porównać do obrazów Rembrandta, w których źródło światła pozwala nam tylko częściowo odkrywać sytuację. A jednak to, co otrzymujemy, odsłania problem, jednocześnie tworząc odpowiedni nastrój. Opowieść powstaje również między słowami – w tym, czego nie napisano. Język pisarki jest tak precyzyjny, że na zaledwie kilkudziesięciu, czy kilkunastu stronach powstaje  historia całego życia bohatera. Autorka buduje ją z drobnych fargmentów, niedopowiedzenia musimu uzupełnić sami.

Głównymi bohaterkami tych opowiadań są kobiety. Wprawdzie nie zawsze narracja jest przez nie prowadzona, jednak głównie o nich pisze Munro. Niekiedy widzimy świat z perspektywy dziecka. Tłem tych historii jest kanadyjska prowincja. Munro pisze często o kobietach zawieszonych pomiędzy miastem a wsią. Właśnie one potrafią się zdecydować na przełamanie konwenansów.

Ostatnie cztery teksty mają charakter autobiograficzny. Munro nie chce ich nazywać opowiadaniami. Utwory stanowią coś na kształt testamentu. Autorka skupia się nie na faktach, co na emocjach. Proste historie, w których pozornie niewiele się dzieje, gdzie codzienność ma niekiedy gorzki smak, ale Munro każe nam się nad nią zastanowić. Przygląda się drobnym sprawom, które zmieniają bieg naszego życia.

Z opowiadań wyłania się pewien obraz społeczeństwa kanadyjskiego lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ludzie uwikłani są w różne związki i sytuacje, przechodzą przemiany, a całość – podkreślam – na kilkunastu stronach.

Kunsztowne budowanie narracji przez Munro kojarzy się ze szwajcarskim zegarkiem. Wszystko zostało dopracowane i precyzyjnie skonstruowane. Autorka pokazała to choćby w opowiadaniu „Nieopodal jeziora”, gdzie opisała świat widziany oczyma kobiety, mającej problemy z pamięcią – majstersztyk!

Bardzo ważne dla Munro są relacje międzyludzkie. Bohaterki niekiedy postępują nieracjonalnie, albo powoduje nimi namiętność. Młoda nauczycielka zakochuje się w lekarzu, który nie potrafi zdobyć się na odwagę i zamiast poślubić dziewczynę, kupuje jej bilet powrotny do Toronto. Jednak okrucieństwo mężczyzny, nie zabija uczucia. Vivien wspominając wydarzenia po latach, przyznaje, że nadal kocha doktora.

W prozie Munro powtarzają się pewne motywy. Podróż, pociąg, prowincja, kobiety to hasła, które spajają owe opowiadania. Najważniejsze jednak jest umiejętność uchwycenia emocji. Munro tak buduje opowiadania, że liczą się nie tyle wydarzenia, co uczucia. Potrafi świetnie budować nastrój. Klimat jej opowiadań jest taki, że czułam jakbym sama znalazła się w Kanadzie w połowie ubiegłego wieku. Rewelacyjnie też pokazane zostały relacje międzyludzkie. Munro wspaniale pokazuje zarówno lęki dziecka, jak i opisuje świat z perspektywy starszej osoby.

Muszę przyznać, że „Drogie życie” zupełnie mną zawładnęło. Trudno się oderwać od książki. Alice Munro twierdziła, że opowiadania łatwo się pisze, jeśli się jest kobietą i ma dużo obowiązków. Podobnie dzieje się z odbiorcą. Choć niekiedy mamy mało czasu na czytanie, można pochłonąć opowiadanie i na chwilę się zatrzymać. O każdej z czternastu historii trzeba jednak pomyśleć, wręcz zmuszają do refleksji. Nie da się o nich zapomnieć. Właśnie taką prozę uwielbiam.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za „Drogie życie” Alice Munro.