Honor – Elif Shafak

Shafak - Honor„Moja matka umarła dwukrotnie. Obiecałam sobie, że nie pozwolę, aby historia jej życia została zapomniana (…)”. Od tych słów rozpoczyna się powieść Elif Shafak pt. „Honor”. Początek genialny, bo choć niby poznajemy zakończenie, tak naprawdę nie wiemy jeszcze niczego.

Wciągnął mnie klimat powieści tej tureckiej autorki. Spodobał mi się „Sufi”, podobnie stało się z „Pchlim pałacem”. Dlatego jak tylko dowiedziałam się, że wydany zostanie „Honor”, musiałam po niego sięgnąć.

Elif Shafak rysuje portret rodziny. Rozpoczyna od wprowadzenia czytelnika w klimat kurdyjskiej wioski, leżącej gdzieś nad Eufratem. Z tego egzotycznego miejsca, autorka przeniesie nas do szarego Londynu, by na koniec znowu wrócić do rajskiego, choć niezbyt idealnego miejsca.

Właśnie w Kurdystanie przychodzą na świat bliźniaczki Pembe i Jamila. Są niemal identyczne. Mówi się o dziewczynkach, że posiadają jedną duszę w dwóch ciałach. Jednak ich losy będą zupełnie różne. Jamila zostanie akuszerką i uzdrowicielką, natomiast Pembe wychodzi za Adema i wyjeżdża razem z nim do Londynu.

W tym momencie w czytającym zaczyna rodzić się bunt. Dlaczego Adem nie poślubił Jamilii, choć właśnie ją kochał? Dlaczego ów tytułowy honor stał się ważniejszy od miłości? Ludziom Zachodu trudno zrozumieć, jakie znaczenie ma dla Wschodu pojęcie honoru. W powieści stanie się on główną przyczyną nieszczęść i rodzinnych tragedii.

Shafak buduje powieść z drobnych elementów, choć opisanych bardzo dokładnie i szczegółowo. Przeplata wydarzenia sprzed ponad pół wieku, z tymi bardziej współczesnymi, rozgrywającymi się u schyłku dwudziestego wieku. Opowieści te stopniowo łączą się, tworząc spójną całość. Wydarzenia o których pisze Shafak, spajają losy jednej rodziny. Pisarka tworzy coś na kształt sagi, próbując opisać kilka pokoleń rodziny Topraków.

Pembe i Jamila wychowywane są zgodnie z tradycją. Wierzą, że przeznaczone są do tego, by wyjść za mąż, a następnie urodzić dzieci. Godzą się ze swoją rolą, nie wiedząc nawet, że mogłoby być inaczej. Do zderzenia kultur dochodzi wtedy, gdy Pembe wyjeżdża do Londynu. Tam ze zdziwieniem obserwuje kobiety pijące alkohol, a nawet tańczące ze swoimi mężami. Dla następnego pokolenia owe widoki przestają być czymś dziwnym i nietypowym. A jednak, mimo obserwowania zachodniej kultury, wciąż zostaje w nich wiele cech orientalnych.

Elif Shafak rozrysowuje tę historię na wiele głosów. Opowiedziana jest ona z punktu widzenia matki, córki, czy syna-mordercy. Ten ostatni – Iskender otrzymał imię na cześć Aleksandra Wielkiego. A jednak został mordercą  matki. Choć wyrasta na najbardziej tragiczną postać w powieści, rodzi się pytanie dlaczego? Co doprowadziło do rodzinnej tragedii? Elif Shafak na kartach swej powieści pokazuje, do czego może doprowadzić poczucie honoru. Udowadnia, że bardzo łatwo doprowadza ono do hańby.

Dlaczego Iskender zdecydował się na taki krok? Święcie wierzył, że jego matka ma romans z innym mężczyzną. Zapomniał o tym, że ojciec odsunął się od rodziny i nie pozwolił matce na odrobinę szczęścia. Nawet nie zapytał, czy kobieta rzeczywiście ma romans. Drobne wsparcie moralne od wujków wystarczyło, by zachęcić szesnastolatka do czegoś, czego będzie żałował do końca życia. Bo przecież liczy się honor. Tylko, że doprowadzi on do wielu tagedii.

Powieść Shafak fascynuje swoim klimatem. Wprowadza nas w świat orientu, do którego raczej nie byłoby nam dane zajrzeć. Pisarka odtwarza mentalność ludzi Wschodu razem z jego namiętnościami i sprzecznościami. To co na zewnątrz ukryte, wewnątrz płonie. A my czytelnicy mamy okazję zajrzeć do tego mistycznego, choć zamkniętego świata. Możemy poznać nie tylko uczucia, ale wejść w ten introwertyczny klimat, który porywa i nie pozwala o sobie zapomnieć. Mną wstrząsają opwieści Shafak, choć pozornie niewiele się w nich dzieje. Warto zauważyć problemy, które podejmuje pisarka i zastanowić się, czy rozumiemy tak samo pojęcie honoru, jak główni bohaterowie tej książki? Do tej pory nikt inny tak nie przybliżył mi mentalności ludzi Wschodu jak E. Shafak.

Dziękuję za powieść Wydawnictwu Literackiemu.

Åsa Larsson – Burza słoneczna

Burza słoneczna

Burza słoneczna

Åsa Larsson znana jest polskim czytelnikom dzięki poczytnym kryminałom, których główną bohaterką jest Rebeka Martinsson. Przeczytałam piąty tom serii: „W ofierze Molochowi”. Teraz dzięki książce „Burza słoneczna”, dowiedziałam się, jak zaczęła się ta historia.

Wprawdzie wszystkie części można czytać oddzielnie, zaczynając od piątego tomu, trochę mi brakowało początku. Niektórzy może zetknęli się z innym wydaniem, noszącym tytuł „Burza z krańców ziemi”. Wydawnictwo Literackie postanowiło wydać swoją wersję, tym bardziej, że wydało dotąd cztery części perypetii Rebeki Martinsson. Przyznać trzeba, że już sama okładka zachęca do sięgnięcia po książkę.

Trochę o fabule. Znany w Kirunie działacz religijny, Wiktor Strandgard, zostaje bestialsko zamordowany. Wszystko wskazuje na mord rytualny. W śledztwo angażuje się komisarz Anna Maria Mella, która próbuje rozwiązać zagadkę kryminalną i jednocześnie przetrwać ostatni miesiąc ciąży.

Co łączy Rebekę i Wiktora? Przede wszystkim Sanna – siostra zamordowanego i koleżanka Rebeki, choć trudno nazwać kobiety przyjaciółkami. Siostra Wiktora poprosi o pomoc młodą panią prawnik, mimo że Martinsson zajmuje się głównie prawem podatkowym, natychmiast przylatuje na  pomoc i uwikłana zostaje w niezłe tarapaty. Tyle w sprawie streszczenia książki.

Åsa Larsson w swej debiutanckiej powieści kryminalnej pokazuje, co ukształtowało główną bohaterkę Rebekę Martinsson. Kreśli też równoległy wątek komisarz Anny Marii. Zauważyć można pewne motywy, które powtórzą się i „W ofierze Molochowi”.

Można pokusić się o tezę, że śledztwo wcale nie jest w tej powieści najważniejsze. Dla mnie najciekawszy był obraz kobiet, który kreśli Larsson. Właśnie one są najsilniejszą częścią tej mroźnej społeczności. Mężczyźni owszem, starają się wyróżnić, dominować, ale prawdziwym charakterem wykazują się kobiety. Rebeka Martinsson wydaje się być stłamszona, ale mimo wszystko potrafi wykazać się hartem. Również Anna Maria Mella potrafi się piąć po drabinie i awansować dzięki swym zdolnościom oraz pracowiitości, a nie znajomościom, czy urodzie.

Pisarka posiada ciekawą umiejętność, ponieważ potrafi przyglądać się jak przez lupę małym społecznościom. Po pierwsze zauważa je. Po drugie potrafi świetnie prześwietlić i przeanalizować. Malutka Kiruna raczej nie miałaby szans, żeby dotrzeć do naszej świadomości, gdyby nie Åsa Larsson. A to nie wszystko. Autorka świetnie oddaje klimat jaki panuje na mroźnej północy, a na dodatek zachwyca się jego groźną urodą.

Książka pokazuje co może kryć się za murami pozornie normalnych domów. Dostrzega też problem fanatyzmu religijnego. Ci, którzy mają zbliżyć ludzi do Boga, są niemal na wskroś źli i nastawieni jedynie na zysk. O miłości bliźniego nie ma tu mowy. A ludzie, jak owieczki nie zastanwiają się, tylko poddają indoktrynacji, w tym przypadku religijnej – ponieważ tak jest wygodnie i nie trzeba myśleć.

„Burzę słoneczną” czyta się jednym tchem. Drażnią może odrobinę nienaturalne dialogi. Dla mnie największym smaczkiem tej powieści są dwie główne bohaterki. Lepiej poznajemy Rebekę, Anna Maria nie została tak dokładnie przedstawiona. No i ten mroźny klimat. On również pełni ważną rolę w powieści. Åsa Larsson świetnie opisuje północne pejzaże. Chwilami czułam się jak mieszkanka Laponii. Kiruna jet pociagająca i mroczna jednocześnie. Kusi jak zło. Larsson już w tym pierwszym tomie wykazuje się sporą wrażliwością społeczną. Ta tematyka jest dla mnie bardziej istotna niż wątek kryminalny.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Zapiski intymne – „Kronos” Witolda Gombrowicza

KronosZanim wydano „Kronos” krążyły wokół niego mity. Niektórzy wiedzieli, że dziennik istnieje, choć nie mieli pojęcia co zawiera. Gombrowicz zaczął pisać prawdopodobnie między 1952 a 1953 rokiem, w swoich zapiskach rekonstruuje wydarzenia od czasu zdania matury, prowadzi notatki niemal do śmierci, do 1969 roku.

Tekst „Kronosu” jest niezwykle trudny. Po pierwsze Gombrowicz pisał go raczej dla siebie. Rekonstruował najważniejsze wydarzenia ze swego życia. Potem opisuje wydarzenia w miarę na bieżąco. Nie sposób byłoby cokolwiek z tego tekstu zrozumieć bez przypisów. Pojawiają się skróty, autor podaje nazwiska osób, z którymi się spotyka, czasem bez żadnego komentarza. Istotna jest forma jaką się posługuje. Pisze równoważnikami zdań, bez żadnych ozdobników.

Rita Gombrowicz dowiedziała się o istnieniu „Kronosu” w 1966 roku. Zauważyła, że jej mąż prowadzi zapiski na dużych arkuszach papieru. Stwierdził, że to dziennik dla niego samego. Dwa lata później – rok przed śmiercią – nakazał żonie, że w razie nagłego wypadku typu pożar, ma zabrać ze sobą właśnie „Kronos” i umowy z wydawcami. Dla Rity, po śmierci Witolda, była to niewątpliwie trudna sytuacja, trzymać w ręku manuskrypt męża, nic z niego nie rozumiejąc.

„Kronos” pisany jest w pewnym sensie od środka. Skoro autor zaczął notować najważniejsze fakty ze swego życia od 1952, czy 1953 roku, wcześniejsze wydarzenia mógł przywoływać jedynie z pamięci. Dlatego lata od 1922 do 1939 są najbardziej lakoniczne. Trudno nawet oddać w druku sposób prowadzenia owych zapisków. Dlatego oprócz tekstu, pojawia się na koniec „Tableaux”, odbitki manuskryptu, dzięki którym można dokładnie zobaczyć, jak wyglądały – istotna jest ich forma przestrzenna. Niektóre zapiski są porozrzucane na kartce, niekiedy pojawiają się podkreślenia, czy nawet rysunki.

O czym pisał Gombrowicz w „Kronosie”? Przede wszystkim można zauważyć, że skupiał się na wydarzeniach dotyczących jego osoby. Opisuje jak odbierano jego dzieła, kontakty z innymi ludźmi: notuje kogo spotykał, ale i z kim zrywał relacje. Wymienia partnerów seksualnych, zaznacza stosunki intymne za pomocą kółek na marginesie. Robi bilanse finansowe oraz wymienia choroby jakie przechodzi i lekarstwa, które zażywa. Notuje też swoje lektury i nad czym aktualnie pracuje.

Jeśli ktoś chciałby zaczynać zapoznawanie się z twórczością Witolda Gombrowicza poprzez „Kronos”, popełni olbrzymi błąd. Przede wszystkim warto przeczytać „Dzienniki”. Autor kreuje w nich siebie jako wielkiego indywidualistę i erudytę oraz komentatora własnej twórczości. Zapiski, które otrzymujemy obecnie – wiele lat po śmierci pisarza – są jakby na drugim biegunie. Dwa różne od siebie teksty, a jednak wzajemnie się uzupełniające.

Widoczne jest, że Gombrowicz tarktował „Kronos”, jako zapiski pisane dla siebie. Jakby bał się, że zapomni o ważnych wydarzeniach i ulegną one zapomnieniu. Pisze jednak tak lakonicznie, że bez przypisów stają się niezrozumiałe dla czytelników. Gombrowicz odsłania w tym dzienniku swoje lęki, kompleksy i dziwactwa. Głównym bohaterem staje się los. Stara się o nim pisać w miarę chronologiczny sposób – stąd  ten tytuł. Ale może właśnie teraz pisarz z ironicznym uśmiechem przygląda się temu, jak jest odbierany, ponieważ Chronos i Kronos to dwie różne osoby w mitologii. Dla starożytnych Greków Chronos był uosobieniem czasu, natomiast Kronos był tytanem, zrzuconym do Tartaru przez swego syna Zeusa. I znowu – jak w „Ferdydurke” („Koniec i bomba/ A kto czytał, ten trąba!”) – pisarz kpi sobie z nas, stosując tego typu dwuznaczności.

„Kronos” Witolda Gombrowicza nie powinien być odbierany w kategoriach sensacji. Kto szuka tutaj skandali mocno się zawiedzie. Dowie się jedynie, że autor „Ferdydurke” był biseksualistą. Ale oprócz wymienienia imion partnerów, czy chorób wenerycznych oraz lakonicznych zdań na temat partnerów – niczego więcej nie otrzyma. Dla mnie za to „Kronos” jest dopełnieniem twórczości Gombrowicza, zwłaszcza jego „Dzienników”. Tutaj najważniejsze okaże się życie. Pisarz odkrywa nam swój los – pełen bólu, bez ozdobników. Intymne i ważne dla tych, którzy chcą poznać Gombrowicza jako artystę i człowieka.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za „Kronos”.

Pokój na wodzie – R. Pazzi

Pokój n a wodzieO Kleopatrze, Juliuszu Cezarze, Oktawiaie Auguście wiemy przynajmniej, że istnieli. Znamy też ich żywoty, wiemy jak zmarli. Ale co z tymi, których źródła historyczne wymieniają tylko w kilku zdaniach? Roberto Pazzi w powieści „Pokój na wodzie”, postanowił dać czytelnikowi swoją wizję Cezariona – syna Kleopatry i Juliusza Cezara.

Starożytny historiograf – Plutarch – pisze o Cezarionie, że został wysłany przez matkę do Indii przez Etiopię. Ale jeden z wychowawców namówił go na powrót – obiecując mu władzę królewską. Kiedy Oktawian zapytał filozofa Arejosa, czy ma prawo do uśmiercenia Cezariona, wtedy filozof powiedział: „Nie jest dobrze, gdy za dużo Cezarów na świecie” (parafrazując słowa Homera). Potomek Julisza został uduszony w końcu sierpnia 30 p.n.e.

Na podstawie tych kilku zdań Pazzi stworzył alternatywną historię Cezariona. Przecież im mniej o danej osobie wiemy, tym więcej może podpowiedzieć nam wyobraźnia.  Autor opowieść swą rozpoczyna od rozważań Juliusza Cezara na temat czasu. Władca Rzymu czuje, że coś się kończy. Chcąc nad tym zapanować, postanawia zmienić kalendarz. Podziwia Wercyngetoryksa, którego więzi od kilku lat i wreszcie musi skazać na śmierć. Wie, że nie może zmienić przeznaczenia.

Upływa szesnaście lat. Dochodzi do bitwy pod Akcjum, w której zwycięża Oktawian August. W tym momencie Kleopatra jest na straconej pozycji – wybiera samobójczą śmierć. Aby uchronić syna Cezara, wysyła go statkiem w podróż w górę Nilu. Osiemnastoletni Cezarion odbywa podróż, żeby ocalić swoje życie. Ma udać się do Indii. Jednak załoga statku, cały czas spiskuje. Wciąż nie wiadomo, kto będzie miał decydujące zdanie: czy zdrajcy, którzy chcą wrócić i wydać chłopaka Oktawianowi?

Po drodze jednak trafiają na inny statek, którym płynie tajemnicza dziewczyna. Jej historia jest niezwykle podobna do losów Cezariona. Córka etiopskiego władcy ucieka, ponieważ boi się, że przeciwnicy jej ojca, zdecydują się ją zgładzić. Dzięki temu młodzi się spotykają. Nie wiedzą, że są spokrewnieni – czują jednak w sobie bratnie dusze. Jedna noc wystarczy, by zapałali do siebie olbrzymim uczuciem. Wymyślają też niezwykły plan, który pozwoli im zacząć wierzyć we własne ocalenie. Tym bardziej, że od teraz mają po co żyć.

Opowieść stworzona przez R. Pazziego skupiona jest bardziej na odczuciach bohaterów, niż na akcji. Na statku rozgrywa się wiele dramatów. Bohaterowie – pierwszo- i drugoplanowi stoją przed licznymi dylematami. Knują, intrygują, wielokrotnie przelana zostaje krew. Jednak głównym bohaterem książki jest los. Nie da się od niego uciec, ani nie można nim rządzić.

Cezarion do tej pory decydował o wszystkim, teraz jego życie jest w rękach innych. Czuje jak bardzo kruche ono się staje. Trudno mu się otworzyć przed innymi. Jest samotny, nie ufa do końca nawet kochance. Dopiero Afra – tajemnicza dziewczyna z etiopskiego statku – staje się jego bratnią duszą, tą na którą czekał przez całe życie. Czy jednak los pozwoli im się złączyć ponownie?

Książka Roberto Pazziego świetnie oddaje nastrój, odczucia osoby, która straciła wszystko. Najpierw rodziców, potem możliwość władzy. Opowieść płynie powoli, tak jak statek napędzany siłą mięśni niewolników. Im dłużej trwa podróż, tym łatwiej nam odczuwać wszystko, tak jak Cezarion. Z jednej strony będzie to mroczne uczucie, pełne beznadziei, braku możliwości ucieczki przed przeznaczeniem, a jednocześnie pojawi się światełko w tunelu. Nadzieja będzie narastać i kusić jednocześnie.

„Pokój na wodzie” zaskakuje swoją pomysłowością. Oddać głos synowi Cezara – moim zdaniem – genialny pomysł. Zwłaszcza, że dzięki małej ilości tekstów źródłowych, można go stworzyć na nowo – bez żadnych ograniczeń. Dałam się ponieść nurtowi Nilu i narracji. Pazzi przekonał mnie swoją wizją.

 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

Kocham Nowy Jork – I. Lafléche

Kocham Nowy JorkKsiążka Isabelle Lafléche „Kocham Nowy Jork” na pierwszy rzut oka może przywoływać skojarzenia z powieścią „Diabeł ubiera się u Prady”, czy serialem „Ally McBeal”. Jednak w historii opowiedzianej przez autorkę, coś innego będzie tematem przewodnim.

Przywoływany przeze mnie serial nawiązuje do „Kocham Nowy Jork” w ten sposób, że główna bohaterka historii wymyślonej przez Lafléche również z zawodu jest prawniczką. Z kolei z powieścią „Diabeł ubiera się u Prady” łączy książkę to, że Catherine uwielbia modę. I to tyle. No może jeszcze bezwzględny świat korporacji.

Trzydziestokilkulatka – Catherine – prawniczka z Paryża, rozpoczyna pracę w Nowym Jorku. Miejsce do którego trafia, stanowi obiekt marzeń wielu ambitnych prawników, jednak właśnie przebojowej Francuzce się udaje. Wreszcie ma Nowy Jork na wyciągnięcie ręki z jego nocnym życiem, najwspanialszymi sklepami. Tyle, że nie może za bardzo z tego korzystać. Musi niemal cały czas  pracować. Poznaje więc miasto z perspektywy sklepów z kawą,  kancelarii, czy bankietów prawniczych – niekoniecznie z wymarzonym towarzystwem.

Bohaterka poddaje się tej niemal niewolniczej pracy, ponieważ chciałaby zostać partnerem w kancelarii. Na chwilę postanawia zapomnieć o życiu prywatnym, by osiągnąć cel. Jednak jej wspaniały asystent hinduskiego pochodzenia – Rikash, znający się na modzie jeszcze lepiej niż Catherine, będzie co jakiś czas odciągał od pracy swoją szefową.

Historia ambitnej prawniczki składa się z elementów, które doskonale już znamy. Młoda atrakcyjna kobieta, wspaniałe kreacje, kariera… A jednak nie jest to historia próżnej i płytkiej kobiety, która pnie się po szczeblach kariery za wszelką cenę, a przy okazji zdobywa najatrakcyjniejszego mężczyznę, ubiera się w najlepszych sklepach, bo przecież myśli tylko o kreacjach znanych projektantów. Trochę próżności będzie, romanse też się pojawią, jednak coś innego chce nam przekazać Izabelle Lafléche.

Z grubsza, tylko pobieżnie przeglądając tę powieść, można odnieść wrażenie, że książka została napisana dla tych, którzy chcieliby zapomnieć o szarej rzeczywistości i przyjrzeć temu niedostępnemu większości światu. Kto z nas ma możliwość, by ubierać się w najlepszych domach mody, czy pracować wśród prawniczych rekinów?

Bajka? Może troszkę tak, tyle że opowiada o kulisach świata prawniczego na najwyższych szczeblach. O tym jak ciężko trzeba pracować w korporacjach, otrzymując w zamian tylko pieniądze i ile trzeba poświęcić w imię kariery. A ta ostatnia jest możliwa jedynie wtedy, gdy wiemy jak prowadzić intrygi oraz potrafimy podporządkować się właściwym osobom. A nawet wówczas stanowimy tylko maleńki trybik w olbrzymiej machinie. Na dodatek taki, który łatwo da się zastąpić.

Czy piękna paryżanka, kochająca modę, odnajdzie się w takim świecie? Jak połączyć walkę o karierę z poczuciem szczęścia? Pracując kilkanaście godzin na dobę trudno poznać kogoś bliskiego, jeszcze trudniej się z nim spotykać.

Powieść Lafléche świetnie  się czyta. Akcja wciąga, niekiedy przypomina kryminał sensacyjny. Autorka miała zamiar zadowolić szerokie rzesze odbiorców. Będzie intryga miłosna, afery finansowe, wielki świat i francuska moda. Pisarka nie zapomniała, że wtłoczyła Catherine w świat prawniczy, więc sporo tu żargonu tej grupy zawodowej, dzięki czemu rzeczywistość staje sie bardziej wiarygodna. Ubierając swoją powieść w modne opakowanie, na szczęście nie zapomniała, by dać czytelnikowi jakieś głębsze przesłanie. Ów świat wcale nie będzie tak piękny, jak mogłoby się wydawać z daleka. Teraz czekam na drugą część, bo akcja kolejnej książki Isabelle Lafléche będzie rozgrywała się w moim ukochanym Paryżu.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za powieść.

Wyniki letniego konkursu z Wydawnictwem Literackim

SufiNajpierw przyznam, że zaskoczyła mnie spora ilość osób, które wzięły udział w zabawie. Spodziewałam się kilku wypowiedzi, a tu pojawiło się ponad dwadzieścia komentarzy. Cieszę się, ponieważ o te książki akurat warto było powalczyć. Żałuję, że mam tylko dwa egzemplarze, bo najchętniej obdarowałabym wszystkich. Trudno też mi było wybrać zwycięzców, gdyż każda z wypowiedzi była przemyślana i oryginalna. Jednak musiałam się odważyć i zdecydować. Otóż najbardziej przekonały mnie komentarze osób kryjących się pod nickami:

 

  • martucha180 – tu powędruje książka „Sufi”;
  • Klementynka on – otrzyma „Pchli pałac”

 Przypominam, że czekam tydzień na e-maila z adresem. Jeśli zwycięzca się nie zgłosi w terminie, wybiorę kolejnych kandydatów spośród komentatorów. Dziękuję wszystkim uczestnikom za udział w zabawie, a Wydawnictwu Literackiemu za ufundowanie nagród 🙂