„Uparte serce. Biografia Poświatowskiej” – Kalina Błażejowska

Uparte serceZnana poetka – Halina Poświatowska – pisała w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Głównym motywem w jej twórczości była miłość i śmierć. Dlaczego wybierała takie a nie inne tematy dla swoich wierszy? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w biografii autorstwa Kaliny Błażejowskiej pt. „Uparte serce”.

Halina Poświatowska urodziła się w 1935 roku w Częstochowie jako Helena Myga. Wojna odcisnęła na niej olbrzymie piętno. W styczniu 1945 roku, w czasie wyzwalania miasta, przebywała z rodziną w piwnicy, gdzie zaraziła się paciorkowcem. Skutki były tragiczne. Doszło do zapalenia stawów, a następnie do powstania poważnej wady serca.

Przez chorobę Haśka nie miała dzieciństwa takiego jak inni. Nie mogła chodzić normalnie do szkoły, bo większą część życia spędzała w łóżku – czy w domu, czy w szpitalu, czy sanatoriach. W tym ostatnim miejscu poznała swego męża Adolfa Poświatowskiego. On również ciężko chorował na serce. Halina została wdową w dwudziestym pierwszym roku życia. Wtedy też zadebiutowała w „Gazecie Częstochowskiej”.

Kiedy lekarzem Haliny Poświatowskiej został Julian Aleksandrowicz, w jej życiu pojawiła się nadzieja. Leczyła się III Klinice Chorób Wewnętrznych w Krakowie, zaprzyjaźniła się z profesorem, a on pomógł jej wyjechać do Stanów na operację. Aleksandrowicz poznał Haśkę z Szymborską…

W Ameryce Poświatowska zobaczyła inny świat, zupełnie inny niż ten za żelazną kurtyną. W 1958 roku Nowy Jork był tętniącą życiem metropolią, jakże inną niż Częstochowa, czy Kraków. Dzięki zbiórce wśród Polonii amerykańskiej Haśka zdobyła fundusze na operację. Kiedy ta się udała, postanowiła kształcić się w Stanach. Zdobyła stypendium, dzięki któremu ukończyła Smith College w Northampton. Mogła kontynuować naukę w prestiżowym Stanford, ale zdecydowała się na powrót do Polski – do Krakowa. Tam ukończyła filozofię, a następnie zaczęła pracę na uczelni.

Halina Poświatowska wiele zawdzięczała matce. Ona opiekowała się Haśką, kiedy ta chorowała, pomagała jej wydawać poezję. Tak organizowała Halinie życie, żeby tylko nie nadwyrężać słabego serca córki, ale jednocześnie pozwolić jej na możliwie normalną egzystencję. A Halina była niezwykle uparta w tej walce, gdyż wszystkie sprawy musiała podporządkować swemu sercu. Poświatowska nie poddawała się jednak łatwo. Mimo to choroba miała ogromny wpływ na to kim była i jak żyła.

Kalina Błażejowska pokazuje jak ważna w życiu Haliny Poświatowskiej była miłość. Najpierw do męża Adasia (lepiej brzmiało niż właściwe: Adolf), potem do kolejnych mężczyzn. Zaskakuje jak często i jak wielu mężczyzn kochała. Zwykle byli to ludzie, albo chorzy, albo niedostępni (żonaci). Kiedy zakocha się w zdrowym Lubomirze Zającu również ten wybór nie przyniesie jej wiele dobrego, a niemal doprowadzi ją do kryminału i do śmierci. Podczas jednej z burzliwych kłótni z Lubomirem dokonuje nieudanej próby samobójczej, połyka fiolkę tabletek.

Książka „Uparte serce” została napisana w taki sposób, że trudno się od niej oderwać. Obserwujemy walkę Haliny Poświatowskiej o życie z zapartym tchem. Nawet jej twórczość schodzi na dalszy plan, choć oczywiście w biografii nie zabraknie najważniejszych utworów poetki. Kalina Błażejowska nieco zbeletryzowała biografię, dzięki czemu czytający odczuwa te same emocje, które mogła przeżywać Poświatowska.

Portret Haliny kreślony przez Błażejowską jest niezwykle intymny. Widzimy co czuła poetka. Dzięki temu staje się nam bliska. Kiedy za sprawą tej biografii pozna się tę artystkę, łatwiej zrozumieć ją jako człowieka. Choroba sprawiła, że wciąż musiała się wsłuchiwać w bicie swego serca. I choć Poświatowska odeszła mając zaledwie 32 lata, starała się wykorzystać każdą chwilę swego istnienia i jej nie marnować.

Dzięki biografii obserwujemy fascynujące życie poetki, tak często mylonej, a przynajmniej porównywanej do Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W „Upartym sercu” zobaczymy też czasy, w których żyła Poświatowska i ludzi, z którymi miała do czynienia. W swej książce Kalina Błażejowska oparła się na licznych źródłach, np. listach udostępnionych przez rodzinę poetki. Wszystko po to, byśmy poznali prawdziwą Halinę, a nie jej sentymentalną ikonę. Książka jest też napisana pięknym językiem, w taki sposób, byśmy choć trochę poznali ból poetki, dlatego nie da się wyłączyć emocji podczas lektury tej biografii.

Dziękuję Wydawnictwu Znak za książkę.

„Magiczne drzewo. Olbrzym” – Andrzej Maleszka

Magiczne drzewo. OlbrzymNie było innego wyboru. Dzieciaki same zdecydowały, co mam im czytać, a były wyjątkowo stanowcze i zgodne w swej decyzji. Cykl o „Magicznym drzewie” jest tak wciągający, że jeśli chodzi o książki dla dzieci, będzie tu monotematycznie: będę pisała głównie  o serii autorstwa Andrzeja Maleszki. Sięgnęliśmy po trzeci tom pt. „Olbrzym”, więc jeszcze dwa przed nami, choć wkrótce premierę będzie miała szósta część.

Głównym bohaterem „Olbrzyma” jest Kuki. Marzy mu się, by posiadać nadludzką siłę. Jednak rodzice nie pozwalają mu wykorzystać magicznego krzesła, bo uważają, że to niebezpieczne życzenie. Mebel o niezwykłych właściwościach spełnia marzenia, ale trzeba bardzo uważać o co się prosi, bo może się okazać, że spełniające się życzenia nie zawsze są takie dobre, jak by wydawało się bohaterom.

Tym razem Kuki ma kłopoty w szkole. Prześladuje go Blubek, którego woli unikać, ponieważ potrafi się znęcać nad słabszymi. Kiedy Kuki dostaje zadanie od nauczycielki, by oprowadził po szkole nową uczennicę Gabi, chłopiec robi to niechętnie. Prawdziwe kłopoty zaczynają się, gdy trafiają na Blubka. Kuki i dziewczynka muszą uciekać, ale słabszy chłopiec postanawia się odegrać, wykorzystując do tego magiczne krzesło.

Okazuje się jednak, że zamiast Kukiego, Blubek wypowiada życzenie. Skutki będą tragiczne – zburzona szkoła, potwór o siedmiu życiach, zniszczone magiczne krzesło oraz sprawa sądowa wytoczona rodzicom. By uratować sytuację, Kuki staje się niezwykle silny. Okazuje się, że to za mało. Blubek, Gabi, Kuki oraz pies Budyń wyruszą w niezwykłą podróż, żeby zdobyć pieniądze na odbudowanie szkoły.

Będą musieli jeszcze sześć razy zmierzyć się z potworem. Oprócz tego dostaną wskazówki, gdzie znajduje się inny przedmiot o podobnej mocy, jaką miało magiczne krzesło. Czy uda im się dostać na drugi koniec świata i zdobyć to, czego potrzebują?

Książka Andrzeja Maleszki pt. „Olbrzym” posiada niezwykle wartką akcję, która trzyma czytelników w ciągłym napięciu. Opowieść jest na tyle uniwersalna, że dotrze do dzieci czteroletnich i dwunastolatków. Kiedy czytałam ją na głos, trudno było przerwać czytanie, ponieważ wciąż coś się działo. Nie można było przestać, ponieważ dzieciakom wciąż było mało, domagały się więcej i więcej.

Fantastyczne przygody to nie wszystko. Dzięki „Olbrzymowi” dzieci poznają na czym polega przyjaźń i poświęcenie. Jednak elementy dydaktyczne nie rażą. Mało tego, okazuje się, że ważne sprawy mogą być opowiedziane w niezwykle ciekawy sposób. W książce nie brakuje też humoru. Tym razem uśmiech na twarzach dzieci gościł za sprawą gadającego psa Budynia. Wydawać by się mogło, że potwór stworzony na podobieństwo gry komputerowej sprawi, że dzieci będą się bały, nie zechcą spać w nocy, ale nic z tego, ponieważ jak w każdej baśni i tu wszystko kończy się dobrze.  Schemat w tym przypadku jest mile widziany, bo przecież dobro musi zwyciężyć, a bohaterowie pokonać przeciwności losu.

„W krainie czarów” Sylwia Chutnik

W krainie czarówZ twórczości Sylwii Chutnik poznałam do tej pory jedynie „Cwaniary”. Teraz za sprawą książki „W krainie czarów” mogłam się przyjrzeć opowiadaniom jej autorstwa i dramatowi, który został umieszczony w zbiorze. Niektóre z tekstów były już publikowane w antologiach, teraz zostały zebrane i umieszczone w jednej książce.

Autorka jest też działaczką społeczną: m.in. kieruje Fundacją MaMa, dbającą o prawa matek oraz należy do Porozumienia Kobiet 8 Marca. Według mnie ma to znaczenie, gdyż z pewnością ta aktywność wpływa w pewien sposób na dobór tematów podejmowanych przez Sylwię Chutnik. W zbiorze opowiadań ?W krainie czarów? widać wyraźnie, że nie da się oddzielić obu działalności. Za to jedno i drugie można robić dobrze, świadczą o tym nagrody, bo w 2008 roku pisarka została laureatką Paszportu Polityki, a rok później otrzymała Społecznego Nobla Ashoki.

Opowiadania, z którymi mamy do czynienia, zabierają nas w świat, który niewiele ma wspólnego z krainą czarów. Nie ma w nim niewinnej Alicji, a my zostajemy wyrwani z magicznego miejsca, gdzieś gdzie przebywają ludzie, którzy muszą poradzić sobie z jakąś trudną sytuacją życiową. W pierwszym tekście bohaterka mówi:

„Jestem jak Alicja z deficytem czarów, która rośnie lub kurczy się nerwowo, jeśli coś dzieje się w jej życiu nie tak. Tchórzliwa dziewczynka w za małych butach i za dużej sukience.” (s.9-10). Główna bohaterka stanowi alter ego autorki. Zostaje wyrzucona z raju dzieciństwa po śmierci dziadka. Musi się zmierzyć z brakiem bliskiej osoby, a to sprawia, że staje się dorosła.

Inne opowiadanie: „Wszystko zależy od pani” ma ironiczny tytuł. Jest to historia kobiety, która niewiele może zrobić, by poprawić swój byt. Mimo skończonych wielu fakultetów trudno jej znaleźć pracę, a wolność okazuje się tylko ułudą. Życie okazuje się być czymś w rodzaju pułapki, w którą wpada bohaterka i nie może się z niej wyrwać. Inni radzą sobie lepiej, ale i oni w każdej chwili mogą zostać zastąpieni.

Dwa utwory nawiązują do czasów drugiej wojny światowej. Opowiadanie „Muranooo” przypomina „Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza. Przedwojenna kamienica i duchy znajdujące się w piwnicy – to łączy teksty tych autorów. U Sylwii Chutnik jest jeszcze babcia, która składa swoje wnuczęta w ofierze Żydom, którzy zginęli podczas wojny. „Piwnica” różni się od pozostałych opowiadań, bo napisana została w formie dramatu, a radiowa Trójka wyemitowała niedawno słuchowisko na jego podstawie. Akcja rozgrywa się właśnie w piwnicy i pokazuje, jak mogła wyglądać walka o przetrwanie zwykłych kobiet, które chroniły się przed bombardowaniami w czasie powstania warszawskiego.

Sylwia Chutnik pokazuje przede wszystkim kobiety, które sobie nie do końca radzą. Piękny świat jest gdzie indziej. Za to autorka przygląda im się z empatią. Przy okazji czytelnicy oglądają życie z perspektywy człowieka „po przejściach”, by ostatecznie postarać się go zrozumieć. Pisarka odkrywa przed odbiorcą zwyczajnych ludzi, choć życie ich nie rozpieszcza. Wielu z nich musi poradzić sobie z jakimś trudnym wyborem, czy stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami losu. Co się dzieje z człowiekiem po stracie kogoś bardzo bliskiego?  Albo, czy morderstwo może stać się przeszkodą w drodze do Boga?

Autorka skupia się w swoich opowiadaniach na empatii. I choć nie będzie czarów, tylko proza życia, to staramy się zrozumieć postacie i im współczuć. Dzięki Sylwii Chutnik stajemy się świadkami tych historii, zarówno nieudaczników, jak i ludzi, którzy zostali pokiereszowani przez życie. Zrozumiemy tych, którzy zostali wykluczeni, albo znaleźli się na marginesie. Pod względem literackim teksty są udane, przekonują zarówno opisy, jak i historie, którymi autorka nas raczy. Bo choć wybiera bohaterów zwyczajnych, którym niekoniecznie się w życiu udaje, gdzieś tam jednak tli się dla nich ziarenko nadziei.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

„Magiczne drzewo. Tajemnica mostu” – Andrzej Maleszka

Magiczne drzewo. Tajemnica mostuPowieść dla dzieci Andrzeja Maleszki: ?Magiczne drzewo. Czerwone krzesło? została Książką Roku 2009. Niektórzy znają serial telewizyjny o tym tytule, powstał też film kinowy. Jako, że część pierwsza bardzo spodobała się naszym pociechom, sięgnęliśmy po kolejny tom serii: „Tajemnicę mostu”.

Tym razem również mamy do czynienia z doskonale znanymi nam bohaterami, ale oprócz nich dołączą kolejni. Prócz Kukiego, Wiki, Filipa i Tosi ważną postacią okaże się rudowłosa Melania. Najpierw jednak będziemy śledzili w Wenecji pewną kotkę Latte, która przestanie kochać swojego pana. Potem dowiemy się jaki finał będzie miało niefortunne życzenie Wiki. Bo przecież pierwsza część skończyła się na tym, że dom, w którym mieszkanie ma rodzina Rossów poszybował w przestrzeń. Natomiast krzesło spełniające życzenia pozostało na ziemi.

Na szczęście wszystko kończy się dobrze, choć mama ma już dosyć magii. Dlatego siada na krześle i blokuje możliwość czarowania za jego pomocą. Dzieci są zrozpaczone, ale pomysłowy Kuki dopuszcza do tajemnicy Melanię, która również była w unoszącym się w przestworza domu. Używać magii nie może rodzina Rossów, a rudowłosa sąsiadka do niej nie należy. Dlatego właśnie Wiewióra będzie wypowiadała życzenia.

Sprawy się skomplikują, kiedy Mela zakocha się w Filipie. Uczucie nie jest odwzajemnione, więc nieśmiała dziewczynka rzuca czar na ukochanego, ale w taki sposób, że chłopak zamiast obdarzyć uczuciem Melanię, zakochuje się w postaci z plakatu – nazywanej przez wszystkich domowników Żygożelką. Problem polega na tym, że nie można odblokować czaru, a magia wymyka się spod kontroli.

Bohaterowie będą musieli zmierzyć się z olbrzymim pająkiem, groźnym niedźwiedziem, stadem dzikich kotów, powodzią, czy niebezpieczną Gretą o trojgu oczach. Przygoda goni przygodę, a Kuki i Melania mają ręce pełne roboty i… robota do pomocy (chyba, że się włączą niewłaściwy tryb – koszmarnego wychowawcę – wtedy muszą odbyć musztrę).

Magia źle wykorzystana oznacza kłopoty. Te się dwoją i troją w tej powieści. Bohaterowie używając czarów popadają w tarapaty. Wciąż wydaje się, że są w sytuacji bez wyjścia, ale jakoś za każdym razem spadają na cztery łapy. Kuki, Wiki, Tosia i Melania muszą współpracować, by pomóc Filipowi. Okaże się, że na miłość nie może poradzić nawet czerwone krzesło. Dlatego w tej części dołącza kolejny zaczarowany przedmiot – magiczny most.

Dlaczego ta książka tak bardzo podoba się dzieciom? Myślę, że przyczyn znajdziemy kilka. „Magiczny most” czyta się bardzo dobrze, jest w powieści dużo dialogów. Oprócz tego mamy do czynienia ze światem bliskim młodym odbiorcom, ale okraszonym magią. Maleszka pozwala dzieciom marzyć, a jego bohaterowie są przecież zwyczajni. Chodzą do szkoły, przeżywają takie same kłopoty jak wszyscy, ale mają coś niezwykłego – magiczne krzesło.

Przesłanie książki nie jest okraszone natrętnym dydaktyzmem. Jednak dzięki „Magicznemu mostowi” dzieciaki uczą się czym jest współpraca, poświęcenie i oddanie, czy konsekwencje własnych czynów. Dowiadują się też tego, że warto zwrócić uwagę na osoby nieśmiałe, czy nieco różniące od pozostałych. Okaże się też, że nie tylko czubek nosa jest najważniejszy. Natomiast dodanie do tego wszystkiego odrobiny magii, sprawia, że historia wciąż zaskakuje odbiorców i wciąga. Podoba mi się, że autor uczy dzieci dystansu do świata – w tym przypadku każe im krytycznie patrzeć na reklamę. Postać z plakatu jest ładna, ale tak słodka, że dzieci nazwały ją Żygożelką. Problem polega na tym, że postać została stworzona w komputerze i tak naprawdę nie istnieje.

Dziewięciolatce i sześciolatkowi odpowiada ten fantastyczny świat, choć niekiedy sceny mroziły im krew w żyłach. Na szczęście w fabule co jakiś czas następuje rozprężenie, bo sporo scen jest przezabawnych, wywołujących lawiny śmiechu. Dzieci lubią się trochę bać, uwielbiają też humor. Przy okazji uczą się zdrowego dystansu do świata. A podczas wspólnej lektury również dorosły świetnie się bawi. Doskonale już rozumiem fenomen „Magicznego drzewa”, natomiast trzecia część została już przez nas rozpoczęta. No i zaraziliśmy kolejne dzieci tą opowieścią…

„Londyn NW” – Zadie Smith

Londyn NWKiedyś centrum świata był Paryż. Tu mieszkały same sławy. Dziś największym tyglem ras i kultur jest Nowy Jork. Jednak takim europejskim odpowiednikiem, w którym można spotkać niemal wszystkie nacje świata jest Londyn. Źródeł takiego stanu rzeczy należy szukać w historii kolonializmu, ale to oczywiście nie wszystko, gdyż Polska nigdy nie była zależna od Anglii, a przecież spotkamy w niej sporą grupę rodaków.

Zadie Smith w książce „Londyn NW” przenosi nas do północno-zachodniej części stolicy Wielkiej Brytanii. Miejsca, które uznać można za nieco podupadłe. Akcja powieści toczy się North West London, przede wszystkim w dzielnicach: Kilburn i Willesden. Z tych miejsc pochodzi zarówno autorka, jak i czworo głównych bohaterów tej opowieści.

Leah, Nathana, Natalie i Felixa łączy to, że chodzili do tej samej szkoły. Najważniejsze z tej czwórki są dwie kobiety. Mężczyźni pełnią rolę drugoplanową, ale ich życiorysy będą splatały się z historiami bohaterek, mając na nie istotny wpływ.

Natalie (dawniej Keisha) i Leah są przyjaciółkami, które należą do pokolenia trzydziestolatków. W dzieciństwie były niemal nierozłączne, potem ich drogi się rozeszły, ale ponownie się splotły, kiedy były dojrzałymi kobietami. Leah, bezdzietna pół-Irlandka, jest żoną najprzystojniejszego mężczyzny z okolicy. Z kolei Natalie – z pochodzenia Karaibka – została prawniczką, matką dwojga dzieci. Pozornie obie mają wszystko, a jednocześnie jedna zazdrości drugiej tego, do czego doszły w życiu.

Bohaterowie pokazani są w momencie, kiedy dążą do pewnej stabilizacji. Wchodzą powoli w wiek średni i muszą się zastanowić nad tym, co jest ich celem w życiu. Natalie i Leah postanowiły osiągnąć wyższy status społeczny niż ten, w którym się urodziły. Dlatego musiały postawić na edukację, a z drugiej strony odciąć się od ludzi, wśród których dorastały. Jednocześnie mają poczucie niespełnienia. Nie potrafią tego uczucia dokładnie opisać, dlatego cofają się wstecz, by sprawdzić, w którym momencie coś poszło nie tak. Całę czwórkę łączy to, że uważają, iż gdzieś dokonali niewłaściwego wyboru.

Zadie Smith uczyniła północno-zachodni Londyn bohaterem swojej powieści. Nie jest to jednak miejsce, które znamy z pocztówek. Raczej nie zachwyca urodą. Jest nijakie, ale kipi życiem. Kiedy bohaterki trafiają przypadkiem między blokami na kościół gotycki, są zaskoczone, bo nie miały pojęcia o jego istnieniu. Świątynia zwyczajnie w świecie tu nie pasuje, choć została zbudowana dużo wcześniej, niż pozostałe budynki.

Książka „Londyn NW” pokazuje wyobcowanie bohaterów. Na początku mogłoby się wydawać, że będzie to historia, o podziałach rasowych. Jednak  Zadie Smith dotyka innego problemu, a mianowicie skupia się na klasach społecznych – ich zróżnicowaniu i przepaściach, które powodują, że tak trudno je zmienić. Leah i Natalie awansowały, jednak musiały zapłacić za to wysoką cenę. Zmiana statutu sprawi, że nie będą miały wspólnego języka z ludźmi, z którymi się wychowywały.

Powieść Zadie Smith wtłacza czytelnika w konkretną przestrzeń. Zostajemy osadzeni w Londynie NW, by móc obserwować głównych bohaterów. Nie będzie nam jednak łatwo. Autorka nie daje odbiorcom gotowych rozwiązań. Książka przez to jest niejednoznaczna. Mimo to wciąż mamy do czynienia z pewnym rodzajem powieści obyczajowej. Zadie Smith opowiada o współczesnych problemach świata. Kobiety są wyemancypowane, pochodzenie rasowe nie jest już tak ważne jak kiedyś, a mimo to bohaterom trudno odnaleźć drogę, którą mogą podążać. Problemy natury egzystencjalnej dają o sobie znać. Czy bohaterowie odnajdą swoje spełnienia i miejsce dla realizacji marzeń?

Dziękuję Wydawnictwu Znak za książkę.

„Magiczne drzewo. Czerwone krzesło” – Andrzej Maleszka

Magiczne drzewo. Czerwone krzesłoPewnego dnia, po powrocie ze szkoły, córka zaczęła opowiadać mi o „Magicznym drzewie”. Co ciekawe, nie ona jedna. Również o kilka lat starsze dzieciaki (nastolatki!), wspominały mi o tym fenomenie. Większość z nich miała na myśli serial telewizyjny. Jednak, jak się okazało, istnieje również cała seria książek o magicznym drzewie. I, nawet jeśli dzieciaki mało czytają, te opowieści pochłaniają w zawrotnym tempie.

Serię rozpoczyna książka pt. „Magiczne drzewo. Czerwone krzesło”. Podczas kilkudniowej burzy, piorun uderzył w stary dąb. W pobliskim tartaku zrobiono z niego deski, z których powstały różne rzeczy. Między innymi tytułowe czerwone krzesło. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie to, że drzewo miało magiczną moc, a wspomniany przeze mnie mebel, spełniał marzenia.

Głównymi bohaterami powieści są dzieci z rodziny Rossów. Ich rodzice stracili pracę, dlatego Kuki, Tosia i Filip mają się dobrze zachowywać w obecności bogatej ciotki, która mogłaby udzielić familii pożyczki. Zamiast tego ciocia oferuje mamie i tacie pracę na statku Queen Victoria. Tyle, że rodzice nie chcą jej przyjąć, bo rejs na statku trwa rok, a oni nie chcą opuścić swych pociech na tak długi czas.

Wszystko byłoby po staremu, ale kiedy dziesięcioletni Kuki wyłowił z rzeki czerwone krzesło, wiele spraw zmieniło swój bieg, bo wystarczyło usiąść na meblu i wypowiedzieć życzenie, by ono się spełniło. Tyle, że najpierw dobrze byłoby wiedzieć o magicznej mocy krzesła. Bohaterowie początkowo przez przypadek wypowiadają swoje marzenia. Z tego powodu wyniknie mnóstwo nieporozumień. Wiele jest zabawnych. Prócz jednego – ciotka siada na czerwonym meblu i życzy sobie, żeby jej siostra z mężem przyjęła pracę w orkiestrze Queen Victorii. Tak się staje, wbrew woli dzieci. Kiedy trójka młodych bohaterów domyśli się, jaką magiczną moc posiada krzesło, postanowi wykorzystać je, żeby odzyskać rodziców. Okaże się jednak, że trzeba bardzo uważać na słowa, gdyż krzesło wszystko rozumie dosłownie.

Dzieciaki przeżyją mnóstwo przygód, zanim dotrą do celu. Ich perypetie będą magiczne, choć żadnych wróżek, ani magów tu nie spotkamy. Rzeczywistość, która otacza bohaterów jest doskonale nam znana, różni się jedynie tym, że za sprawą krzesła, spełniają się życzenia.

Lęki bohaterów niczym też się nie różnią od tego, co znane jest młodym czytelnikom. Kuki boi się burzy, tego że rodzice go opuszczą, chce być akceptowany przez starsze rodzeństwo. Za sprawą książki „Magiczne drzewo” czytelnicy oswajają również swoje obawy. Okaże się, że wiele problemów głównych postaci, świetnie znają ze swoich doświadczeń. W powieści pokazano również, jak zwycięża dobro. W końcu nawet wredna i pozbawiona uczuć ciotka, odnajdzie w sobie dziecko.

Moje dzieciaki słuchały książki z wypiekami na twarzy. Za nic nie chciały przerywać toku opowieści. Zresztą Maleszka napisał świetną powieść, która wciąga (również dorosłych). Znam wielu, którzy dzięki niej w ogóle sięgnęli po taki dziwny przedmiot, który nosi nazwę „książka”. Co ciekawe, historia zainteresuje zarówno sześciolatków, jak i dzieci dwunastoletnie. Te ostatnie pochłoną „Czerwone krzesło” w kilka chwil, dzięki świetnie skonstruowanej fabule i żywemu językowi.

Ogromna ilość humorystycznych sytuacji jeszcze bardziej zachęciła moje pociechy do poznawania losów bohaterów, nie zabrakło też sytuacji mrożących krew w żyłach, nakręcających akcję. Andrzej Maleszka napisał swoją książkę tak, by nie drażnić ckliwym dydaktyzmem. Oczywiście, książka przekazuje pozytywne wartości. Uczy na czym polega prawdziwa przyjaźń, miłość i odpowiedzialność, ale wszystko przedstawione zostało w sposób naturalny, bez zbędnego moralizowania. „Czerwone krzesło” miało premierę pięć lat temu i od tego czasu wydano jeszcze cztery części, więc jestem pewna, że córka za chwilę przyniesie kolejne tomy do domu…