
Każda nowa powieść Zyty Rudzkiej jest wydarzeniem, które nie przechodzi bez echa w świecie literackim. Czytelnicy zanim jeszcze sięgną po książkę zastanawiają się, czym tym razem zaskoczy ich pisarka. Inni szukają potknięć, czy uda się tym razem jakoś skrytykować dzieło? Bo jak tak, ciągle pisać na najwyższym poziomie? Na dodatek za każdym razem tworząc język barwny i charakterystyczny dla danej postaci. Nie każdy tak potrafi, choć przecież nie na wysokim poziomie literackim zarabia się w tej branży. Zyta Rudzka trochę podobnie jak Lida, główna bohaterka powieści „Tylko durnie żyją do końca”, idzie pod prąd, ponieważ chce działać na własnych zasadach.
Jaką egzystencję prowadzi główna bohaterka najnowszej książki Zyty Rudzkiej? Zwykła nauczycielka wychowania fizycznego na wsi raczej miałby głęboko w poważaniu, co o niej myślimy. Ma grubą skórę, ponieważ trudy życia nie pozwoliłyby przetrwać bardzo wrażliwej osobie. Nie płacze, nie narzeka, robi swoje. „Z kultury poważam kulturę fizyczną”, mówi w swoim monologu. Na co dzień głównie milczy, a w tej czynności towarzyszą jej Ziut i Roch. Są to jej towarzysze doli i niedoli, ale też partnerzy do kielicha pigwówki. Zresztą alkohol destylują sami. Nie muszą szukać drogi do najbliższego sklepu.
Lida szuka tylko i wyłącznie spokoju. Nie ma szczególnych ambicji, całą trójką, jak mówi: „My się tu za spokojem uganiamy. Tu jest idylla, eldorado i pełna ekstaza. Żadnej rozróby po wódzie nie chcę. Jest cisza przy bimbrze, a większa cisza tylko pod wodą”. Główna bohaterka ceni codzienne treningi. Odbywa je codziennie w pobliskiej rzece, nie zważając na pory roku. Woda przyjmuje wszystkich bez dyskusji, można jej powierzyć wszystko. Lida znała również takie osoby, które postanowiły odebrać sobie życie w rzece.
Jako nauczycielka dawno straciła powołanie. „Zajmuję się krzewieniem kultury fizycznej.”, ale nie ma złudzeń. Nie szuka talentów, za to pozwala uczniom przetrwać trudny czas nauki. Na wsi, gdzie niektóre dzieciaki już znają ciężką pracę, nie chce im dokładać zmartwień. Woli, by wszystko działo się spokojnie i bezproblemowo.
Czy jednak taką sielską atmosferę da się utrzymać cały czas? Okazuje się, że nie. Choć Lida deklaruje siebie jako osobę, która w nic się nie angażuje, wcale nie jest egoistką myślącą jedynie o sobie. Zbudowała przez lata pewną skorupę, co nie oznacza, że pozwoli krzywdzić innych. Wtedy lepiej mieć się na baczności. Kiedy dowie się, o niecnych słowach księdza w konfesjonale, ten po kontakcie z Lidą dwa razy się zastanowi, jak mówić do młodych dziewcząt. Kobieta choć na pozór krytykuje swoje uczennice, nie pozostaje obojętna na prośby. Jest ich ostatnią deską ratunku.
W tym wyjątkowym monologu Lida odsłania przed czytelnikami swoją historię. Jako dziecko była świetnie zapowiadającą się gimnastyczką. Niestety dojrzewanie odebrało jej możliwość kariery sportowej w tym kierunku. Mimo to nie poszła drogą rodziców. Ojciec nigdy nie nie zaakceptował w pełni wyborów córki, choć to on kupił jej dom na wsi. Po śmierci żony co rusz przyjeżdżał do Lidy, by ponarzekać i roztaczać swoje wizje. Chciałby eutanazji w szwajcarskim stylu, nad Jeziorem Bodeńskim. W Polsce tak pięknie nie będzie. Najpierw jednak trzeba będzie się pożegnać z innym stworzeniem z ferajny Lidy. Kobieta przygarnęła wiele psów, które u niej znalazły dom. Jest także miniaturowa świnka, o wdzięcznym imieniu Elvis.
Powieść „Tylko durnie żyją do końca” nie zaskoczy tych czytelników, którzy znają twórczość Zyty Rudzkiej. Mimo to pisarka zadziwia tym, że po raz kolejny potrafi stworzyć wyjątkowy język zupełnie innej postaci, niż było to w „Ten się śmieje, kto ma zęby”. Tym razem trafiamy na wieś, do miejsca pozornie sielankowego, ale na pewno dającego się odciąć od wielkomiejskiego pędu. Lida zaciągnęła hamulec, by skupić się na sobie i swoim otoczeniu. My wpadamy w jej tok myślenia, a fraza, z jaką mamy do czynienia nie raz budzi podziw. Wiele wyrażeń Lidy jest ostrych jak brzytwa, ponieważ bohaterka jako osoba bezpośrednia w wywodach, nie chce być górnolotna, a celna w wypowiedzi. Inne jej skojarzenia językowe budzą uśmiech na twarzy. Otrzymujemy potrząsający nas za ramię impuls, coś w rodzaju prowokacji skłaniającej do myślenia o śmierci, odchodzeniu, żałobie i życiu na własnych warunkach.