„Wieloryby i ćmy. Dzienniki” – Szczepan Twardoch

Szczepan TwardochO dziennikach „Wieloryby i ćmy” Szczepana Twardocha usłyszałam jakiś czas temu. Najpierw pojawiły się pierwsze doniesienia w mediach, a potem, piątego września pojechałam do Gdyni, na spotkanie literackie z autorem „Morfiny”, które prowadził Szymon Kloska. Pisarz był gościem festiwalu Miasto Słowa. Zabrałam ze sobą „Dracha”, żeby zdobyć autograf, jednak ku mojemu zaskoczeniu najwięcej dowiedziałam się na temat najnowszej książki Szczepana Twardocha. Miałam okazję posłuchać przedpremierowych fragmentów dzienników „Wieloryby i ćmy”, które odczytał autor.

Jutro premierę mają „Wieloryby i ćmy” Szczepana Twardocha. Są to dzienniki, które autor prowadził od 2007 roku. Niektórzy mogą kręcić nosem, że chyba za wcześnie na tę formę literacką. Jednak przecież wielu zaczynało dość wcześnie, choć niekoniecznie od razu publikowali swoje diariusze. Dla dzienników najlepszym wyznacznikiem jakości jest czas. Najlepsze są jak dobre gatunki wina, po upływie lat nie tracą wartości, a nawet nabierają smaku.

Podczas spotkania z autorem dowiedziałam się, że jakiś czas temu Szczepan Twardoch porządkował swoje zapiski. Jako, że wiele z nich powstało z naturalnej potrzeby zapisywania i notowania, tego co mogłoby się kiedyś przydać, to w końcu przyszedł moment, by scalić wszystko w jeden plik tekstowy. Kolejnym etapem było posłużenie się przyciskiem Delete w komputerze, tak że z ośmiu lat zapisków zostało niewiele: około trzysta stron tekstu.

Co takiego się wydarzyło, że Szczepan Twardoch zaczyna pisać diariusz? Rodzi się jego syn. Jakie uczucia towarzyszą temu wydarzeniu? Autor najpierw przygląda się dziecku, by po chwili zacząć się zastanawiać nad jego istotą. Tajemnica narodzin i życia. Pojawia się myśl nawiązująca do Platona, że może niemowlę „na razie zapomina to, co wie jego dusza, stworzona u zarania czasu” (s. 5). Wrażenie, że dziecko osiągnęło stan gnozy jest czymś fałszywym, ale przez chwilę staje się źródłem wzruszeń dla ojca.

Ukochanym miejscem Szczepana Twardoch jest Spitsbergen. Okazuje się, że Norwegowie nazywają to miejsce Svalbardem. Natomiast Spitsbergen to według nich największa wyspa archipelagu. Reszta kontynentu europejskiego ignoruje ten fakt. Co tak przyciąga autora dzienników do tego surowego miejsca? Czy chodzi o to, by móc oderwać się od cywilizacji i przez chwilę zmierzyć się z naturą? Jednak nawet tu przypomina o sobie instynkt ojcowski, ponieważ uwagę autora przyciąga grób tatarskiego dziecka, które żyło zaledwie trzynaście miesięcy i spędziło ten krótki czas właśnie na Svalbardzie.

Oprócz tematu ojcostwa, lęku przed utratą dziecka, pojawia się jeszcze zainteresowanie tą istotą, która pochodzi z naszej krwi, a jednak jest osobna. Szczepan Twardoch w swych powieściach zwraca szczególną uwagę na kwestie rodziny, miejsca z którego pochodzimy, w dziennikach również się to pojawia. A jeśli Śląsk, to i gwara. W czasie spotkania autor przeczytał fragment z rozmową z babcią i dziadkiem, oczywiście po śląsku.

Nie zabrakło w „Dziennikach” notatek o ulubionych pisarzach Szczepana Twardocha, czy pielgrzymkach śladem tych literatów. Podróże dla pisarza są bardzo ważne. Jednak autor nie motywuje ich w jakiś szczególny sposób, nie szuka dla nich uzasadnień. Tu i teraz oraz własne przemyślenia oraz uczucia są na pierwszym miejscu.

Zapiski Szczepana Twardocha dotyczą również jego własnych książek. Obserwujemy nie tylko narodziny synów pisarza, ale też otrzymujemy pewne informacje o jego trzech najważniejszych powieściach. Procesowi twórczemu towarzyszą codzienne obserwacje rzeczywistości. Można zachwycać się spacerem przy muzyce zespołu Rammstein, ale też obrazami Dürera, czy łydką rowerzystki.

Na kartach „Dzienników” pojawiają się przyjaciele Szczepana Twardocha – również znani pisarze. Moją uwagę przykuł fragment, w którym mowa o Wicie Szostaku zawieszonym między dwoma osobowościami: literata i wykładowcy akademickiego. Równie ciekawa jest historia pewnego snu, w którym głównym bohaterem jest Łukasz Orbitowski.

Dzienniki Szczepana Twardocha to książka, w której nie znajdziemy skandali. Autor nie obnaża się, nawet niewiele pisze o swojej codzienności. Najważniejsze są refleksje i przemyślenia. Śmierć, której doświadczają tytułowe wieloryby i ćmy, delikatnie kroczy tuż za pisarzem, ale obok niej wciąż jest życie. Egzystencja pisarza jest szczególna, ponieważ łączy się z obserwacją współczesnego świata. Właśnie z tym autor sobie doskonale radzi, bo potrafi w ciekawy sposób opisać, co widzi i czuje. Powstaje obraz przesycony melancholią oraz autoportret człowieka, który potrafi być „osobnym”.Wieloryby i ćmy. Dzienniki, Szczepan Twardoch

    • Właśnie od tego, jak został ojcem autor zaczyna zapiski. Widać, że to bardzo ważne. Jednak oprócz tego otrzymujemy próbkę Szczepana Twardocha w najwyższej formie – dojrzałego pisarza.

    • Żałowałam tylko jednego – że autor mnóstwo tekstu skasował. Jeśli zapiski były w połowie tak dobre, jak te 270 stron, które było mi dane przeczytać, to mogło zostać…

  1. Ta osobliwa proza jest tajemnicza, a zarazem melancholijna, przesycona „twardochowym” spojrzeniem na otaczający świat i jest to rzeczywistość piękna. W jego pisarstwie liczą się drobiazgi z nich składa się życie, i on je pięknie opisuje. Na pewno przeczytam „Dzienniki”, a Twoja recenzja przekonała mnie jeszcze bardziej.

  2. Rzadko sięgam po tę formę literacką – czytałem tylko dzienniki Fallady, poczytywałem także zapiski Iwaszkiewicza. Pozycja serwowana przez Twardocha sprawia wrażenie dość interesującej – najbardziej ciekawią mnie refleksje i przemyślenia związane ze Śląskiem.

    • Dzienniki jako forma literacka coś w sobie mają, lubię po nie od czasu do czasu sięgać. Mnie intrygowały wrażenia z lektur Twardocha. Doszłam do wniosku, że autor byłby świetnym blogerem książkowym. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *