Drobny „Kaprysik”

KaprysikTytuł „Kaprysik. Damskie historie” Mariusza Szczygła i sama okładka książki wydają się być nieco infantylne. Już nawet moje niespełna siedmioletnie dziecko wyrosło z okresu wściekłego różu. Chociaż ten kolor z okładki bardziej nazwałabym majtkowym. Tak czy siak negatywne skojarzenie z tamtych różowych dni zostało…

Jednak nie oceniajmy wnętrza po okładce. Tym bardziej, że czytnik, który posiadam jest tylko czarno-biały – i chwała mu za to! Do tej pory miałam okazję czytać „20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła”. Dlatego ucieszyłam się z prezentu Publio. Wiedziałam, że się nie zawiodę.

Czytelnik otrzymuje pięć historii kobiet. Niektóre są znane, inne nie. Jedno je łączy – posiadanie jakiegoś kaprysu. Dlaczego Szczygieł wybrał historie kobiet? Oddam głos autorowi, niech się sam wytłumaczy:

Jak wiadomo kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Uważam, że ludzkość nie robi z tego zjawiska wystarczająco dobrego użytku. 

Książka jest doskonałą lekturą nie tylko w ciepłe dni. Pochłania się ją niemal w kilka minut. Historie trzymają czytelnika w napięciu. Najbardziej spodobała mi się  opowieść o starej kartce, którą Szczygieł znalazł w kawiarni „Nowy Świat”. Na pożółkłym papierze zapisano nazwiska kilku kobiet. Co je łączy? To powinno być zadanie dla detektywa, ale reporter doskonale sobie radzi. I zdradzę, że w finale poznamy rozwiązanie tej niezwykłej zagadki.

Historie opowiedziane przez bohaterki są bardzo ciepłe, dają jakąś nadzieję, pozwalają doszukiwać się sensu w naszej egzystencji. Może się to wydawać banalne, jednak nastawiają pozytywnie do życia. Jeżeli ktoś potrzebuje zastrzyku energii, to ta książka będzie dla niego. Zostaje tylko jedna wada – dlaczego panie Mariuszu tak mało? My czytelnicy domagamy się większej ilości takich reportaży.

Stephen King – powrót do przeszłości

Czarna bezgwiezdna nocParę lat temu pochłaniałam wszystkie książki Stephena Kinga, jakie tylko pojawiły się na rynku. Potem jednak nastąpił pewien przesyt i stwierdziłam, że po Lśnieniu, Carrie czy Smętarzu dla zwierzaków Stephen King nie jest w stanie nic ciekawego wymyślić. Nie licząc Zielonej mili – bo to już raczej nie jest horror, ale sama książka posiada niesamowity klimat i rewelacyjną fabułę.

Teraz wracam do tematu. Czarna bezgwiezdna noc Stephena Kinga, to dość nowa pozycja. Autor umieścił w niej cztery opowiadania. Jaki jest jej wspólny mianownik? Powiedzialabym, że mrok. I nie chodzi o noc, jako porę dnia…

Zazwyczaj cenię sobie obszerne powieści. Podziwiam autorów, którzy potrafią stworzyć historię, ale i cały świat wokół niej. Lubię wchodzić w takie realia i się nimi upajać. Natomiast z opowiadaniami to już zupełnie inna bajka. Misterne miniaturki też mogą zachwycić swoja konstrukcją. Wystarczy zajrzeć do Cortazara. Można czytać kilkakrotnie i za każdym razem odnaleźć coś nowego. U Kinga to co dostajemy jest za krótkie na powieść, ale bynajmiej nowelką nie jest.

Pierwsza historia w Czarnej bezgwiezdnej nocy nosi skromny tytuł – 1922. Wtedy właśnie rozgrywa się główna akcja tej opowieści. Ojciec namawia kilkunastoletniego syna, by pomógł mu zamordować matkę. Chłopiec godzi się na to. Opis mordestwa jest szczegółowy i dla ludzi o mocnych nerwach. Co nastąpi potem, to przypomina trochę Makbeta. Okazuje się, że poczucie winy zostaje na zawsze. Jak marne staje się życie bohaterów, trudno sobie wyobrazić, trzeba przeczytać. Zaskoczyło mnie to, że King opisał nie tylko historię ojca, ale pokazał jaki wpływ ma ta zbrodnia na syna. A szekspirowska krew na rękach ma tu postać szczura – tak dla ciekawostki. Sama historia może się wydać banalna, ale autor w ciekawy sposób połączył samą zbrodnię z historią Ameryki. Wspaniale oddał klimat tamtych czasów. Ciekawie też przedstawił sposób myślenia i mówienia głównego bohatera. Niemal się przenosimy do USA i  tkwimy po uszy w tamtych czasach.

Kolejne opowiadanie nosi tytuł Wielki Kierowca. King często w swych historiach powołuje na glównego bohatera pisarza. Tym razem jest to kobieta, autorka kryminałów dla tzw. kucharek. Dosięga ją pewnego rodzaju zło… Nie poddaje się i rodzi się w niej potrzeba zemsty. Jak sobie poradzi? W tym opowiadaniu autor ukazywał myśli bohaterki poprzez przedmioty i rzeczy. Tess zwyczajnie w świecie gada ze swoją nawigacją, albo kotem. I czytelnik, i główna bohaterka wiedzą, że to się dzieje w głowie Tess. Łatwiej jednak prowadzić dialog, niż monolog.

Trzecie opowiadanie jest najmniej realistyczne. Chory na raka mężczyzna spotyka mężczyznę zajmującego się przedłużaniem – w jego wypadku  życia. Czy to możliwe, oczywiście nie. Jednak u S. Kinga nie ma rzeczy niemożliwych. A diabeł może być sprzedawcą.  Autor bawi się kolejną konwencją. Czy istnieje współczesny Hiob? Jeśli tak, to tu się dowiecie, co może się mu przytrafić w XX i XXI wieku.

Dobrane małżeństwo – ostatnia historia w zbiorze opowiadań. Wyobraźmy sobie idealną parę z niemal 30 letnim stażem. Tylko, że u Kinga musi być w tym coś więcej. Żona odkrywa pewną tajemnicę męża i szuka dla siebie drogi postepowania. Czasami łatwo powiedzieć, co byśmy zrobili w danej sytuacji. King pokazuje, że nie wolno ulegać schematom. Ważna jest walka o przetrwanie.

Groza w tych czterech opowieściach nie wynika z powoływania na świat potworów, demonów, czy innych fantastycznych tworów. Zło może być na każdym kroku. Zwykli ludzie, których mijamy na ulicy mogą być gwałcicielami, albo mordercami. Co się stanie, jeśli odkryjemy ich tajemnice? A może w nas samych tkwi taki demon lub w tej chwili ktos zasiał w nas ziarenko zła?  King daje nam do zrozumienia, że świat nie jest czarno-biały. W każnym z nas może siedzieć zbrodniarz. Do narodzin zła wystarczy niewiele. Dzięki książce stawiałam sobie pytanie – jak ja bym się zachowała w danej sytuacji? Jeżeli dzięki powieści rodzą się pytania, to znaczy, że niesie za sobą jakieś przesłanie. Tu jest jedno najważniejsze: czy jesteś dobry?

Pole zniekształcania rzeczywistości Steve’a Jobsa

Steve JobsKsiążkę Isaacsona Steve Jobs właściwie powinien przeczytać każdy. Jest to lektura obowiązkowa moim zdaniem. Niby wszyscy znają twórcę Apple. A jeszcze bardziej jako pomysłodawcę iPhonów, iPadów, iPodów. Za to jego życie owiane już jest mgiełką tajemnicy.

Dzięki biografii pewne fakty z życia bohatera tytułowego staną się w końcu jasne. Nie każdy przecież wie, jak Jobs zaczynał, co go motywowało do działania. Dla mnie istotne było nie tyle opisywanie kolejnych wynalazków Steve’a, co jego życie. Jednak jako humanistka muszę przyznać, że wiele się dowiedziałam na temat historii najnowszej technologii. Dobrze czasem wiedzieć coś więcej o kierunku w którym podąża ludzkość.

Jobs to wszystko rozumiał, potrafił przewidywać. Tworzył produkt, zanim jeszcze mogłoby nam przyjść do głowy, że czegoś takiego pragniemy. To dawało mu przewagę. Drugim ważnym aspektem, było jego umiłowanie estetyki oraz dążenie do doskonałości. Chyba każdy z nas po cichu marzy o posiadaniu choćby jednego produktu z firmy Apple. A to już mówi samo za siebie.

Życie Steve’a Jobsa  to nie jest typowy American dream. Dopiero po przeczytaniu biografii zobaczyłam, ile pracy musiał włożyć, aby osiągnąć sukces. Pomógł mu też łut szczęścia, choć w książce widać, że upór głównego bohatera był najważniejszy. Wcale nie był szalenie inteligentny, a mimo to był geniuszem. Nie skończył najlepszych szkół, ale wiedział czego chce.

Książkę przeczytałam w wersji elektronicznej. A miedzy innymi dzięki Jobsowi takie czytanie książek stało się popularne.

Ktoś mógłby zarzucić książce, że dotyczy głównie kariery Jobsa. Jednak moim zdaniem to właśnie ona była w jego życiu najważniejsza. Nie rodzina, nie przyjaciele, ale właśnie firma. Jak trudny był charakter twórcy Apple,  możemy dowiedzieć się właśnie z tej biografii. Mimo, że Isaacson to oficjalny biograf Jobsa, nie wybiela osoby, którą opisuje. Steve może być podziwiany jako człowiek, który miał olbrzymii wpływ na kształt technologii. Nikt go nie będzie jednak podziwiał jako doskonałego ojca, czy wspaniałego człowieka. Jak odnosił się do innych,  najlepiej samemu przeczytać. Ważne, by zauważyć dlaczego tak postępował. Chciał zmieniać świat na lepsze, aby to zrobić wyciskał z innych wszystkie możliwości, po to by osiągnąć cel. Czy mu się udało? Oceńmy sami.

I tak zginiesz…

Nawałnica mieczy. Krew i złotoPo pierwsze: nie przyzwyczajaj się! Tak powinno brzmieć motto dla miłośników książek Martina. Jeżeli do tej pory nie przyzwyczaiłam sie do usmiercania głównych bohaterów, to teraz może wyjść na jaw prawdziwe oblicze kolejnych.

Intryga rozwija się. Coś, co uznałam za oczywiste i wyjaśnione, nadal może zaskoczyć. Czasami wydawało mi się, że wyprzedzam ze swoją wiedzą niektórych bohaterów. W innym momencie to oni byli świadkami czegoś, o czym dopiero za jakiś się dowiem – o ile się dowiem…

Ważnym bohaterem staje się Jon Snow. No tak, wcześniej też nim był, ale w tym tomie będzie czekało na niego wiele wyzwań. Kiedy wydaje się, że losy naszych ulubionych bohaterów biegną po właściwym torze, wychodzą na prostą – nic bardziej błednego. Dochodzą kolejne postacie, które będą jeszcze bardziej komplikować fabułę, ale też ciągnąć ją do przodu. Większe znaczenie nabiera magia – tu nie odkryję żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że dzieje się tak po wykluciu smoków. No i okazuje się, że to co jest za murem coraz bardziej będzie zagrażać nie tylko jego obrońcom, ale całemu Westeros. Pojawią się fantastyczne postacie – chociaż nadal nie są pokazane z bliska i wprost.

Trudno napisać coś sensownego nie odkrywając tajemnic kolejnych postaci. Może najlepiej będzie, jeśli zabiorę się do Uczty dla wron? Cieszę się, że dopiero od niedawna czytam Pieśń Lodu i Ognia, bo trudno byłoby mi czekać po kilka lat na kolejny tom.

Nadchodzi zima

Co zrobić, aby czytelnik wpadł po uszy w jakąś fabułę? Wystarczy stworzyć mu wspaniały, fantastyczny świat i rozwijać jego wyobraźnię. Tak dzieje się w powieści Gra o tron George R. R. Martina. Na ponad 700 stronach poznajemy ród Starków, Lannisterów i kilku innych. A to co otrzymujemy, to dopiero przedsmak tego, co będzie działo się dalej. Na początku nie wiemy jeszcze, kto jest głównym bohaterem. Autor dzieli książkę na  rozdziały, z których kolejny poświęcony jest jednej z postaci. Ta do której najbardziej się przywiązujemy, uznamy za najważniejszą, ginie – i to nie wcale na końcu powieści.

Teraz pytanie o to kto należy do drużyny białych, a kto do czarnych – czyli złych. W Grze o tron nie ma jasnych odpowiedzi. Bohaterowie, nawet ci najbardziej honorowi nie zawsze postepują, tak jak byśmy sobie tego życzyli. To nie jest czarno-biały świat rodem z powieści szabli i szpady.

Nie chcę streszczać fabuły, bo to doskonałe ciasteczko dla miłośnika słodyczy. W tym przypadku można się delektować czytaniem, aż się skończy tom. No i najważniejsze – mam świadomość, że za chwilę zacznę drugi. Starcie królów już czeka.

Zanim zaczęłam powieść jedno mnie od niej odrzucało. Okładka. Ktoś, kto miałby oceniać powieść po wyglądzie tego obrazka z pewnością nie zajrzałby do środka. Gdyby nie te niemal 800 stron, to możnaby pomysleć, że to jakaś harlequinowa saga. Nic bardziej mylnego. Jeśli wybiorę powieść z okładką serialową, to oczywiście zapłacę więcej. Na szczęście jest szary papier, albo czytnik e-booków.

A jeśli ktoś nie zechce przeczytać powieści? Jest do wyboru znakomity serial wyprodukowany przez HBO. Zachęcam do obejrzenia – zwłaszcza po lekturze Gry o tron. Czekam już na drugą serię. W tym czasie pochłonę kolejne tomy powieści z cyklu Pieśni lodu i ognia…

Jak pomieścić wszystkie ulubione książki w domu?

Każdy ma jakąś ograniczoną przestrzeń. Najtrudniej jednak rozstawać się z ulubionymi książkami, kiedy brakuje miejsca. Te do których nie zaglądam oddaję do biblioteki. Inne, rozmieszczam w domach bliskich – pod warunkiem, że się na to zgodzą. Nie książki, ale bliscy ma się rozumieć. Są jednak takie pozycje, które trzeba mieć, bo często się do nich zagląda, albo z sentymentu. Z naciskiem oczywiście na to drugie.

Ale ponoć z każdego kłopotu jest wyjście. Nasza droga ratunku, to:

Kindle.

Dlaczego właśnie taki czytnik? Wybór padł na niego ze wzgłędu na jakość wyświetlacza. Kiedy otworzyliśmy paczkę, w której był Kindle mieliśmy ochotę sprawdzić, czy da się oderwać ekran, bo tekst wyglądał jak przyklejony. To co ukazuje się na ekranie, nie przypomina w niczym tego co pojawia się w monitorze. Wygląda jak kartka. Jest tego jeden minus, nie można czytać Kindle w nocy. Dlaczego? Bo nie świeci.

Miłośnicy czytania z prawdziwego zdarzenia powiedzą, że czytnik to nie książka. No i będą mieli rację. Jednak świat biegnie do przodu i ani się nie obejrzymy, a alternatywa okaże się codziennością. Nie ma co uciekać, wystarczy tylko dobrze jest korzystać z tego co daje nam współczesny świat. Miłośnicy nowinek technologicznych raczej nie kupią czytnika. Nie można tu grać, czy oglądać filmów. Można korzystać z internetu, słuchać muzyki, no i przede wszystkim – czytać książki. Kindle powstał po to by można było umieścić w nim mnóstwo książek – no i czytać. Za darmo mamy całą klasykę – kilka tysięcy książek. Można dokupić nowości ze sklepów internetowych. Najbardziej jednak zastanawia mnie to, dlaczego ebooki wciąż są takie drogie?

Kindle jest dyskretny. W etui przypomina notes. Najlepsze jest w nim to, że nie męczy wzroku. Mimo rezerwy, którą na początku do niego żywiłam – zanim poojawił się w domu, teraz okazuje się czymś oczywistym i naturalnym. Prawie jak książka.