„Żółta gwiazda i czerwony krzyż” – Arnold Mostowicz

Żółta gwiazda i czerwony krzyżKsiążka Arnolda Mostowicza „Żółta gwiazda i czerwony krzyż” po raz pierwszy została wydana w 1988 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy. W tym roku przypada setna rocznica urodzin autora oraz siedemdziesiąta rocznica likwidacji łódzkiego getta – Litzmannstadt Getto. Ten tytuł rozpoczyna serię wydawniczą Pamięci Getta w ramach Biblioteki Centrum Dialogu. Przedmowę napisał Marian Turski, człowiek, który podobnie jak Arnold Mostowicz, przebywał w czasie drugiej wojny światowej w łódzkim getcie.

Autobiografia zaczyna się od znamiennych słów: „Niczego nie zapomnieć”. Kiedy Niemcy zaatakowali Polskę w 1939 roku, bohater książki przebywał w Warszawie. Uczył się „alfabetu wojny totalnej”. Nie zdążył jednak jeszcze przyzwyczaić się do przegranej, by zrozumieć, że rozpoczęła się kolejna wojna – przeciwko Żydom. Dlatego autor apeluje, nawiązując do słów świętego Mateusza: „Masz oczy – patrz uważnie. Masz uszy – dobrze słuchaj… Zapamiętaj to wszystko, gdyż nadejść może taki dzień, że sam nie będziesz pewny, czy to było prawdą, czy może tylko koszmarnym snem”.

Obserwując sceny w getcie, bohater widzi w tym powtórkę z historii. Wszystkie te tragedie już kiedyś się przytrafiły narodowi żydowskiemu. Teraz jednak ich skala jest nieporównywalna. Arnold Mostowicz znalazł się w getcie i pracował tam w pogotowiu. Miał zatem okazję, by obserwować dantejskie sceny, które miały miejsce na terenie Litzmannstadt Getto. Sceny te stara się zarejestrować w swej pamięci, a następnie, po latach, przelewa je na papier, by je w tej formie ocalić. 

Wspomnienia Arnolda Mostowicza są niezwykle ważnym dokumentem. Widzimy jak wyglądało życie w getcie, w jaki sposób ono funkcjonowało. Autor książki pokazuje administrację i zarząd getta, opisuje miejsce i ludzi, którym przyszło tu żyć. Jako lekarz mógł dotrzeć tam, gdzie dla innych wstęp był surowo zabroniony. Jego wspomnienia są ważne również dla Romów, gdyż Mostowicz został skierowany do podobozu cygańskiego, znajdującego się na obrzeżach getta. Panowała tam epidemia duru plamistego, a autor jako lekarz miał ocenić, na co chorują Romowie. Jego wspomnienia są tak ważne dla tej grupy, gdyż stanowią jedyne źródło historyczne, ponieważ nikt z obozu cygańskiego nie przeżył, by móc zaświadczyć o tym, co się w tym miejscu działo. Ironią losu było, ze jeden z niemieckich oficerów – Eugen Jansen, który przybył na miejsce obozu wraz z lekarzem, również zaraził się tyfusem i zmarł.

Getto łódzkie różniło się od warszawskiego tym, że przeżyła większa liczba osób, które w nim przebywały. W pewnym momencie naziści postanowili z Litzmannstadt Getto zrobić obóz pracy i czerpać z niego olbrzymie zyski. W tym celu hitlerowcy postanowili pozbyć się wszystkich dzieci do dziesiątego roku życia i starców. Tutaj autor książki zastanawia się nad kontrowersyjną postacią Chaima Mordechaja Rumkowskiego, który w getcie pełnił funkcję Przełożonego Starszeństwa. Jego władza była rodzajem dyktatury, a jednocześnie polegała na bezwzględnym posłuszeństwie wobec administracji niemieckiej. We wrześniu 1942 miała miejsce akcja zwana „wielką szperą”, podczas której Żydom nie wolno było opuszczać mieszkań, do getta wkroczyło SS, aby przesiedlić starców i dzieci. Deportację poprzedziło słynne przemówienie Rumkowskiego, apelujące do rodzin o dobrowolne oddawanie dzieci na śmierć. Arnold Mostowicz dokonuje symbolicznego sądu nad Przełożonym Starszeństwa. Pisze, że „w dziejach ludzkości żaden chyba przywódca nie stanął przed podobnym dylematem…”. Mimo wszystko autor nie potępia Rumkowskiego, nie widzi w nim pomocnika morderców, a stara się go zrozumieć.

W książce dowiemy się też jak wyglądała historia przedwojenna rodziny Arnolda Mostowicza. Poznamy życie codzienne Żydów w Łodzi, zobaczymy co wspólnego miał don Corleone z łódzkim światem przestępczym. Autor w „Żółtej gwieździe…” pisze również o niewygodnych sprawach. Obrazy, które utrwaliły się w jego pamięci dowodzą, że społeczność żydowska była podzielona, nawet w obliczu zagrożenia. Naziści traktowali jednak wszystkich jednakowo.

„Żółta gwiazda i czerwony krzyż” została napisana w niejednoznacznej formie. Z jednej strony jest to pamiętnik, ale pisany w trzeciej osobie. Przez to niekiedy trzeba się zastanowić, o kim mowa w tekście. Z drugiej strony książka podzielona została na opowiadania. Zastanawia mnie ów wybór autora. Może gdyby pisał w pierwszej osobie, byłoby mu trudniej jeszcze raz przejść przez bolesne wspomnienia?

Warto poznać książkę Arnolda Mostowicza, ponieważ częściej mówi się o getcie warszawskim, może tak się dzieje za sprawą literatury, a zwłaszcza książki „Zdążyć przed Panem Bogiem”? Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś więcej na temat Litzmannstadt Getto, polecam również film znajdujący się na stronie internetowej www.sztetl.org.pl.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Centrum Dialogu.

„Mój Che. Bardzo intymnie” – Aleida March

Mój CheChe Guevara. Bohater, czy zbrodniarz? Z pewnością ikona popkultury. Natomiast dla Aleidy de March ukochany mąż, wspaniały ojciec ich dzieci. Oto po kilkudziesięciu latach żona tej niezwykle kontrowersyjnej postaci przerywa milczenie, by opisać swój związek z Ernesto Guevarą. W książce „Mój Che. Bardzo intymnie” Aleidy March, przeczytamy jednak najwięcej o samej autorce, a rewolucjonista ukazany zostanie jako wrażliwy człowiek.

Aleida de March była Kubanką, która dorastała niedaleko Santa Clara w centralnej części wyspy. Przyszła na świat jako piąte dziecko w zwykłej, wiejskiej rodzinie. Już jako młoda dziewczyna przyłączyła się do Ruchu 26 lipca, podziemnej organizacji założonej przez Fidela i Raula Castro. Właśnie ta grupa odegrała czołową rolę w obaleniu dyktatury Batisty. Aleida była aktywną członkinią Ruchu. Często wyjeżdżała, szybko przeszła też swój chrzest bojowy.

W 1958 roku, podczas jednej z akcji, poznaje dowódcę obozu – Ernesto Che Guevarę. Przekazała mu przesyłkę – 50 000 pesos (przyklejone do jej talii taśmą). Ich relacja rozpoczęła się krótko potem. Pewnego dnia Che zaprosił ją do swego jeepa i zapytał, czy nie chce poćwiczyć strzelania. Wydawał jej się mężczyzną, w który może roztoczyć nad nią opiekę, więc się zgodziła.

Che już wtedy był postacią z pewną „reputacją”. Partyzanci darzyli go szacunkiem, a sam rewolucjonista wykazywał się zdolnościami przywódczymi. Najpierw kobieta była tylko zafascynowana sławnym już mężczyzną, ale wkrótce między dwudziestoletnią Aleidą i trzydziestoletnim Guevarą zaczyna rodzić się uczucie. Oprócz tego, zakochani razem pracują.

Che jeszcze wtedy nie rozwiódł się z pierwszą żoną, natomiast oświadczył się Aleidzie dyktując list do poprzedniej żony. Nowa ukochana była w końcu sekretarką Guevary. Po uzyskaniu rozwodu, Che i panna March pobierają się. Rodzi im się czworo dzieci. Wielka miłość nie zmienia poglądów tej dwójki. Che potrafi poświęcić wszystko w imię idei. Nie waha się zostawić żony, bo uważa, że musi walczyć. Dołącza do walk w Afryce, a potem w Boliwii, gdzie ginie w 1967 roku.

Aleida poddaje się całkowicie woli męża. Nie buntuje się w imię uczucia. Choć Che bez skrupułów ją opuszcza, kobieta akceptuje wybór męża. Podczas lektury książki można odczuć, że niemal go idealizuje. Choć widać też, ile ją kosztowały owe rozłąki. Rewolucja pokazana przez Aleidę March niby opowiada to, co znamy z historii, ale jest to przekaz jednostronny. Kobieta nie krytykuje ani Guevary, ani Fidela. Konsekwencje walk widać gdzieś w tle. Trzeba wziąć poprawkę na ten jednostronny obraz i nie można tylko na nim opierać swej wiedzy.

We wspomnieniach o Che, Aleida jest subiektywna. Nie krytykuje też samej rewolucji na Kubie. Uważa, że była ona koniecznością. Widać, że nawet po latach wciąż jest dumna z dokonań swego męża. W książce oprócz oblicza rewolucjonisty, pokazuje też jego romantyczną naturę. Wspomina jakim był dobrym ojcem. Cytuje wiersze, które pisał dla żony, listy oraz opowiadanie autorstwa Che. Aleida March w ten sposób przedstawia ludzkie oblicze Ernesto Guevary.

Według mnie książka „Mój Che” stanowi jeden z ważnych głosów na temat Guevary i samej rewolucji kubańskiej. Nie można jednak przyjmować tej książki bezkrytycznie. Pokazano tu bowiem mocno subiektywny obraz. Zarówno główny bohater, jak i sama rewolucja są ukazane jednostronnie. Dlatego warto skonsultować tę książkę z innymi pozycjami na temat tych wydarzeń, czy samego Guevary. Istotne jest też, że głos zabrała osoba płci żeńskiej Dzięki temu możemy prześledzić rewolucję oczyma kobiety. Jak się okazało i one walczyły z reżimem Batisty. Poznamy ich rolę i udział w walce o ideały. Zobaczymy też, jaką cenę za to zapłaciły. Aleida March opisując swojego męża, pokazała nam przede wszystkim siebie. Wcześniej  jej punkt widzenia i taki obraz rewolucji kubańskiej nie był mi znany.

Dziękuję Wydawnictwu SQN za książkę.

„Dwie obrączki. Opowieść o miłości i wojnie” – Millie Werber, Eve Keller

Dwie obrączkiTytuł może sugerować, że sięgnęłam po romans. Nic z tego – wystarczy przyjrzeć się bliżej okładce i podtytułowi, by domyślić się, że Millie Werber i Eve Keller w książce „Dwie obrączki” opowiedzą nam wprawdzie historię, w której miłość będzie bardzo ważna, ale jeszcze bardziej istotna stanie się opowieść o kobiecie, która przeżyła drugą wojnę światową, choć właściwie miała nikłe szanse, by tak się stało.

Millie Werber jest główną bohaterką tej opowieści, to ona snuje swoje wspomnienia. Urodziła się w Radomiu w rodzinie żydowskiej. Przed wojną jej matka utrzymywała się z krawiectwa. Ojciec przebywał głównie za granicą, więc wszystkie obowiązki spoczęły na barkach matki. Pani Werber nie narzekała na brak pracy, dziewczynka wręcz odnosiła wrażenie, że jej mama nie przestaje pracować. Uczyła też swoje dzieci, że konkretny fach pozwala być w życiu niezależnym. Choć mała Millie nie pragnęła takiego losu dla siebie, okazało się, że właśnie umiejętności praktyczne pomogły jej przeżyć

W 1941 roku, jako czternastoletnia dziewczyna musi zamieszkać w getcie. Żeby przeżyć, za radą dorosłych, podejmie pracę w niemieckiej fabryce amunicji. To właśnie wtedy w 1942 roku poznaje Heńka Grynszpana, żydowskiego policjanta. Mężczyzna jest znacznie od niej starszy, ale rodzi się między nimi wielkie uczucie. Heniek załatwia swej ukochanej trochę lepszą pracę – w kuchni. Oczywiście, nie jest to lekka praca, ale czasem można zjeść potajemnie upieczony kawałek ziemniaka i przebywać w ciepłym miejscu. Młodzi pobierają się, ale ich szczęście trwa kilka chwil – może parę miesięcy? Sama Millie dziś nie potrafi tego dokładnie określić.

Policjant zginął przez współbratymca, który go zdradził, by ocalić własną skórę, a może poprawić nieco swój los. Młodej, zaledwie nastoletniej wdowie, zostaje po tej wielkiej miłości zdjęcie i dwie obrączki. Choć rozpacz Millie była wielka, żyła, ale wielokrotnie spojrzała w twarz śmierci,. Na szczęście znalazło się kilka osób, które wbrew wszystkiemu, pomogły jej ocaleć. Przeżyła za sprawą Polaka, Niemca i Żyda. Zdradzić mógł nawet najbliższy, a tu Millie otrzymała pomoc bezinteresowną z rąk ludzi, którzy niekiedy nawet jej nie znały. W 1944 roku bohaterka znalazła się w Auschwitz. Zaznała niewyobrażalnych cierpień, przetrwać pozwolił jej niekiedy przypadek, innym razem bezinteresowna pomoc drugiego człowieka.

Trudno sobie dziś wyobrazić, ile musiała przejść Millie Werber, by ostatecznie znaleźć się w Stanach Zjednoczonych i wieść spokojne życie u boku drugiego męża, który również doświadczył koszmaru wojny. Jak się okaże, nawet po 1945 roku, bohaterom będzie bardzo trudno odnaleźć się w nowych realiach. Ich życie długo nie będzie usłane różami.

Historia Millie Weber pokazuje czytelnikowi nie tylko okrucieństwo wojny. Nawet przerażające opisy uzmysławiające, jak łatwo można było zginąć, nie są najistotniejsze. Ważne jest to, jak autorka wspomnień próbowała odnaleźć w najmroczniejszych czasach odrobinę światła. Miłość, jakiej doświadczyła była przecież niemożliwa do osiągnięcia. A jednak jej się udało znaleźć osobę, na którą przelała swoje uczucia. Czy można pozwolić sobie na szczęście w czasie wojny? Dzięki wspomnieniom Millie Werber widzimy, że właśnie miłość dawała bohaterom siłę do walki o przetrwanie. Udowadniała im też inną ważną rzecz – pokazywała, że wciąż są ludźmi zdolnymi do uczuć.

Autorka i bohaterka wspomnień po ponad sześćdziesięciu latach opowiada swoją historię. Choć wcześniej nie chciała mówić o wydarzeniach z czasu Zagłady, teraz znajduje w sobie tyle sił, by dać piękne świadectwo o tym, że warto wierzyć w drugiego człowieka. Bo chociaż w czasie Holocaustu wciąż stykała się ze śmiercią, to dzięki pomocy różnych osób przeżyła. Jej świadectwo jest ważne, gdyż pokazuje historię z perspektywy jednostki. Ilość ofiar przedstawiona w postaci cyfr nie wystarczy, by wyobrazić sobie tę apokalipsę. Dopiero, kiedy przyjrzymy się takim pojedynczym wspomnieniom i zobaczymy, jak wyglądały losy ofiar, wtedy zostawią one w nas trwały ślad.

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za możliwość przeczytania książki.

„Obłokobujanie” – Patti Smith

ObłokobujaniePatti Smith znana jest przede wszystkim jako wokalista rockowa. Jednak po przeczytaniu „Poniedziałkowych dzieci” dowiedziałam się, że jej potrzeby realizacji artystycznej są znacznie szersze. Zanim Patti zaczęła śpiewać, zastanawiała się, czy nie zostać malarką. Natomiast zawsze marzyła o tym, żeby napisać książkę.

Tak się stało w 1992 roku, kiedy zadebiutowała jako autorka „Obłokobujania”. Dziś mamy możliwość sięgnięcia po tę książkę, która została wydana przez Wydawnictwo Czarne. Patti Smith swoją wrażliwość artystyczną zawarła na zaledwie dziewięćdziesięciu stronach, które są wzbogacone zdjęciami z prywatnego archiwum artystki.

„Obłokobujania” nie sposób streścić, ponieważ nie jest to powieść fabularna. W ksiażce autorka starała się skupić na swoich uczuciach i wrażeniach, choć – jak sama twierdzi – wszystko zostało oparte na faktach. Artystka wspomina swoje dzieciństwo, dojrzewanie artystyczne i robi to w niezwykle poetyckim stylu.

Dzięki „Obłokobujaniu” czytelnik uzmysławia sobie, jak ważna jest dla Patti Smith wrażliwość dziecka. Artystka pielęgnuje ją i nie pozwala jej odejść, zachowując też przy tym dziecięcą niewinność. A my przenosimy się do środka tych onirycznych obrazów, które pozwalają nam oderwać się od szarej rzeczywistości, gdyż dla dzieci nawet codzienność jest niezwykła i odkrywcza. Jednak następuje czas dojrzewania: „Oczarowane codziennością dziecko bez wysiłku wkracza w świat dziwów, aż własna nagość zaczyna je przerażać i wprawiać w zakłopotanie. Wtedy próbuje szukać okrycia i ładu. Podpatruje, gromadzi informacje, po czym zszywa z ich kawałków zwariowaną kołdrę prawd – dzikich i barbarzyńskich, właściwie niemających nic wspólnego z prawdą” (s.25).

Autorka również poszukuje swojej drogi oraz akceptacji. Udaje jej się otrzymać pozytywną opinię na temat książki od ojca, co daje jej dodatkową siłę w działaniu. Wrażliwość  Patti powoduje, że skupia się na takich obrazach rzeczywistości, których inni by nie zauważyli. Jest to właśnie owo obłokobujanie, które oprócz znanego nam znaczenia ma jeszcze jedno i wiąże się ze zbieraniem wełny. Artystka jest właśnie taką łapaczką uczuć. Jej wrażliwość sprawia, że stara się swoje  impresje zarejestrować.

Choć dzieło Patti Smith jest tak miniaturowe, pozwala cieszyć się każdym słowem. Nie ma tu żadnego nadmiaru, a wszystkie zdania są istotne. Patti Smith postawiła sobie wysoko poprzeczkę, gdyż inspirowała się podczas pisania dziełami flamandzkich mistrzów malarstwa. Zmusza też czytelnika, by razem z artystką usiąść przed progiem i obserwować chmury, a następnie sięgać z nich po nici, które będą pozwalały rozwijać wrażliwość i wyobraźnię.

„Obłokobujanie” są właśnie takimi obrazami, z których składamy sobie intymny obraz znanej wokalistki. Metaforyczny język sprawia, że całość jest bardzo poetycka. Nie wszystkie obrazy będą jednak równie melancholijne. Artystka uzewnętrzniła też swą niezwykłą wrażliwość słuchową, ponieważ przejmująco opisała dźwięk palących się żywcem nietoperzy. Z tych krótkich, niekiedy baśniowych impresji, wyłania się ścieżka, która prowadzi Patti Smith ku sztuce. Autorka ją odnalazła, a my mamy wyjątkową okazję, by jej w tej drodze towarzyszyć.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

„Kiedyś o tym miejscu napiszę” – Binyavanga Wainaina

Kiedyś o tym miejscu napiszęPrzede wszystkim trudno zapamiętać nazwisko autor, jeszcze trudniej je wymówić. Sięgnęłam po książkę afrykańskiego pisarza Binyavangi Wainainy pt. „Kiedyś o tym miejscu napiszę”, gdyż chciałam się dowiedzieć, jak wygląda zupełnie obcy mi świat Kenii, czy szerzej – całego czarnego kontynentu. Pisarz w 2001 roku zdobył ważną nagrodę Caine Prize for African Writing. Znany jest jako autor słynnego tekstu ?Jak pisać o Afryce?: W swoim tekście traktuj Afrykę jakby była jednym krajem. Jest gorąca i pylista, porośnięta trawami i pełna potężnych stad zwierząt oraz wysokich, chudych, głodujących ludzi (cyt. ze strony wydawcy). Oczywiście Wainaina walczy z takim stereotypowym widzeniem świata, Chciałam poznać te wspomnienia, by poznać Czarny Ląd niejako od środka, a nie tylko oczyma ludzi przybywających tam z zewnątrz.

Autor opowiada o swoim dojrzewaniu w Afryce. Opisuje zarówno przemiany społeczne, jak  i obyczajowe, które miały tam miejsce. Pisze z perspektywy Kenijczyka, ale zabiera nas do wielu innych krajów: Ugandy, RPA, Nairobi. Poznajemy jeden wielki tygiel – charakterów, plemion, kultur i języków. Czytając tę historię, można się poczuć jak na wieży Babel w momencie, kiedy Bóg dokonał pomieszania mowy.

Bohater opowieści dorasta w Kenii. Jego matka urodziła się w Ugandzie, ale na to kim się jest ma również znaczenie plemię, z którego się pochodzi. Kraj w którym dorasta Wainaina, ma być spokojnym miejscem, ale to tylko pozory. Problemem staje się edukacja, bohater musi wyjechać do RPA, by się uczyć. Dzięki temu ma porównanie, jak wyglądać może nowoczesna Afryka.

Autor najpierw czuje wewnętrzną potrzebę czytania. Później dojdzie do tego przymus pisania. Chce tworzyć na własnych zasadach. Owa potrzeba narodzi się po tym, gdy weźmie udział w spotkaniu rodzinnym w Ugandzie. Wtedy właśnie narodzi się myśl, że: „Kiedyś o tym miejscu napiszę”.

Wainaina nie może się odnaleźć na studiach związanych z marketingiem i zarządzaniem. Czuje, że to nie dla niego. Tyle, że trudno mu przyznać przed rodzicami, iż zawiódł. Kusi go przede wszystkim pisanie, ale jednocześnie przez to wypada z wyścigu szczurów. Wraca do domu rodzinnego i tworzy – mimo braku pełnego poparcia ze strony bliskich, by wreszcie za sprawą pieniędzy z Caine Praize, móc założyć pismo „Kwani?” (Bo co?) .

Autor dostaje zlecenia, ma opisać sytuację Sudanu z perspektywy Afrykanina. Tu następuje mocna krytyka Zachodu. Binyavanga Wainana ma pamiętać o poprawności narzuconej mu niejako z góry. Bo jeśli pisać o Afryce, to pod dyktando Unii Europejskiej, wtedy może liczyć na sporą kwotę pieniędzy. Książka ze względu na swą niepoprawność ma trafić do kosza na śmieci. „Stosownym językiem każę im się odpierdolić. Załatwiam pieniądze z innych źródeł i książkę wydaje <<Kwani?>>” (s.271-272) – podsumowuje. Za chwilę dodaje: „Zaczynam rozumieć dlaczego w Kenii powstaje tak mało dobrej literatury. Talenty marnują się na pisanie finansowanych z darów edutainmentów i broszur edukacyjno-informacyjnych po siedem tysięcy dolarów od zlecenia. Nie komplikuj, a dobrze ci zapłacą” (s.272).

Afryka Wainainy jest dla twórcy zarówno obiektem miłości, jak i krytyki. Ważne są dla autora chwile z życia codziennego, historia rodzinna, wspomnienia z dzieciństwa. Jednak wszystko przedstawiane jest inaczej, niż chcieliby Europejczycy – bez skrajnych opisów głodu, morderstw, walk. Historia cały czas w tej opowieści jest obecna, ale pokazywana jest przez pryzmat jednostki. Ba, ważniejsza może być muzyka, która cały czas towarzyszy głównemu bohaterowi. Wciąż poruszamy się w jakimś rytmie, a dźwięk ma wielką siłę, potrafi jednoczyć cały naród.

Książka „Kiedyś o tym miejscu napiszę” zaskakuje. Przede wszystkim bohater pisze z perspektywy człowieka należącego do klasy średniej. Opowiada swoją historię w sposób autoironiczny, ciętym językiem, nawet szyderczo. Krytykuje stereotypowe myślenie Zachodu, ale też nie podoba mu poddawanie się tym schematom ze strony mieszkańców Czarnego Lądu. Wygodnie jest robić wszystko pod dyktando, bo można czerpać z tego zyski. Wainaina ceni niezależne myślenie. Książka, którą napisał, jest tego odzwierciedleniem. Myślę, że można się pokusić o stwierdzenie, że tekst „Jak pisać o Afryce” był manifestem artysty, tak przez tę opowieść pokazuje, w jaki sposób można go realizować. Tekst pulsuje, oszałamia, wciąga. Wywołuje też w czytelniku poczucie wstydu, za stereotypy, które pokutują w nas do dziś, bo można spojrzeć na Afrykę inaczej. Wystarczy przeczytać książkę Wainainy.

„Kiedyś o tym miejscu napiszę” przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Karakter.