Powieść „Nim dojrzeją maliny” jest debiutem prozatorskim Eugenii Kuzniecowej. Autorka za swoją książkę otrzymała wyróżnienie Europejskiej Nagrody Literackiej. Barwna okładka przyciągnie chyba wzrok każdego, kto na nią spojrzy. Nie pasuje do aury, która obecnie panuje na zewnątrz. Mocno kontrastuje z szarością i wzbudza tęsknotę za czasem, kiedy będzie można własnoręcznie zerwać z krzaczka soczyste i lepkie owoce. Tyle że ostatni raz robiłam to w czasach dzieciństwa. Krzewy, z których zrywałam maliny, już dawno temu zostały wykarczowane.
Główne bohaterki powieści Eugenii Kuzniecowej przyjeżdżają do miejsca, w którym spędzały wakacje w czasach dzieciństwa. Do babci Teodory mieszkającej w starym domku obrośniętym krzewami malin. Wciąż jest tam sad, duma nieżyjącego już dziadka. Wszystko nieco zdziczało, trudno bowiem wymagać od niemal stuletniej babci, że sama nad tym zapanuje. Do Mijki i Lilki, które są siostrami, dołączy jeszcze ich kuzynka Marta. Młoda kobiet jest w ciąży i spodziewa się bliźniąt.
Już ten powyższy wstęp pokazuje, że w powieści mamy do czynienia głównie z kobietami. Do tego towarzystwa dołączą jeszcze inne osoby, jednak to przede wszystkim Lilka, Mijka i Marta będą szukały dla siebie azylu w domku babci Teodory. Każda z nich znajduje się na rozstaju i szuka dla siebie właściwej drogi. Na chwilę jednak postanawiają zatrzymać nieuniknioną zmianę i uciekają do świata dzieciństwa. Stary dom zarośnięty różnymi krzakami jest dla nich arkadią. Azylem, do którego można udać się na lato i przemyśleć najważniejsze sprawy.
Podczas lektury powieści „Nim dojrzeją maliny” oglądamy kobiety, które nie potrzebują mężczyzn do tego, by nadali im tożsamość. Wszystkie bohaterki decydują o sobie, ale nie zawsze są to właściwe wybory. Dlatego potrzebna jest im babcia Teodora. Ona nie daje im jakichś skomplikowanych wskazówek, nie narzuca i nie żąda niczego. Podpowiada jednak, by w każdym ze swoich wyborów pamiętały o tym, żeby to co robią, było dla nich dobre. Zawsze można zacząć od nowa, albo naprawiać to, co zepsute. Tak jak da się załatać dach, czy zbudować nowy taras w starym domu. Dom i jego otoczenie stają się symbolem miejsca, do którego zawsze można wrócić, ale również takiego w którym można zaczynać od nowa.
Eugenia Kuzniecowa w ciekawy sposób pisze o sile kobiet i mocy, jaką daje wzajemne wsparcie. Autorka nie dopowiada wszystkiego, odkrywa przed nami historie kobiet stopniowo, ale zostawia też dużo miejsca na interpretację. Otrzymujemy poruszającą i ciepłą opowieść o powrotach do korzeni. Jest to także historia o przemijaniu i pożegnaniach. Poznajemy bohaterki, które poszukują szczęścia na własnych prawach. Podpowiedzi szukają w domku babci, bo wiedzą, że to jest ich miejsce. Natura i człowiek żyją tu w zgodzie. By maliny i dynie mogły dojrzeć, potrzebują dobrej ziemi, słońca i wsparcia. Podobnie dzieje się z naszymi bohaterkami. Choć to one same o wszystkim zdecydują, to łatwiej im będzie żyć w zgodzie ze sobą, gdy znajdą ludzi akceptujących je takimi, jakie są.
PS Książkę na język polski przełożyła Iwona Boruszkowska.