Często sięgam po powieści Toni Morrison, ponieważ noblistka w niezwykły sposób przedstawia rzeczywistość amerykańską, najczęściej z perspektywy czarnoskórych mieszkańców USA. Tym razem przeczytałam „Pieśń Salomonową” – trzecią z kolei powieść tej pisarki. Książka zdobyła National Books Critics Award, a jej napisanie musiało mieć wpływ na przyznanie literackiej Nagrody Nobla w 1993 roku.
Narracja prowadzona jest z męskiej perspektywy, w sposób chronologiczny. Bardzo ważne jest pierwsze zdanie „Pieśni Salomonowej”: „Agent Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych na Życie Karoliny Północnej zapowiedział, że przeleci z dachu Szpitala Miłosierdzia na drugą stronę jeziora Górnego o godzinie trzeciej. Ma to związek z pewną legendą, że część niewolników, która przybyła do Ameryki potrafiła latać. Tytułowy Salomon, przodek głównego bohatera, również miał być członkiem tego latającego plemienia, który wrócił na własnych skrzydłach do Afryki.
Akcja powieści rozgrywa się w XX wieku. Jest to saga poprowadzona mniej więcej do lat sześćdziesiątych. Historia ma jednak początek w czasach, kiedy zniesiono niewolnictwo. Wtedy przodek głównego bohatera otrzymał od pijanego urzędnika niezwykłe nazwisko – Nieboszczyk. Macon jest trzecim mężczyzną z rodu o tym imieniu, ale wszyscy nazywają go Mleczarz. Przezwisko przylgnęło do niego już we wczesnym dzieciństwie, po tym kiedy okazało się, że jego matka zbyt długo karmiła go piersią.
Czarnoskóry chłopak ma być człowiekiem wolnym, w którym nie będzie już mentalności niewolnika. Tego chciałby ojciec. Właściwie każdy ma wobec niego oczekiwania – każdy inne. Mleczarz przez to czuje się zniewolony. Nie potrafi dojrzeć, choć przekroczył trzydziestkę. Wygodnie mu być bogatym synem, który nie rozumie innych ludzi, ponieważ nie dzieli ich problemów. Dopiero kiedy za namową ojca wyruszy w podróż w poszukiwaniu złota przejdzie pewien rodzaj inicjacji, by wreszcie odkryć, kim jest naprawdę. Wkracza w dojrzałość, staje się człowiekiem świadomym. Nauczy się podejmować samodzielne decyzje.
Nazwisko Mleczarza – Nieboszczyk określa również tę postać. Po tym jak jego dziadek odzyskał wolność, otrzymał pewną łatkę. Choć ciężko pracował, zdobył nawet pewną pozycję, biali ludzie zabrali mu to w jednej chwili – został zastrzelony. Tym samym jego dzieci również straciły wszystko. Kilkunastoletni Macon i kilka lat młodsza Piłat zostali sami na świecie. Jednak byli na tyle silni, by przeć do przodu, choć śmierć zawsze im towarzyszyła. Piłat wypowiada takie słowa: „Mamy nie pamiętam, bo umarła przed moim narodzeniem” (s.172). Jak to możliwe? Otóż matka umiera podczas porodu, a w następnej chwili przychodzi na świat dziewczynka – niezwykła, bo pozbawiona pępka.
Drogi drugiego Macona i Piłat się rozchodzą. Mężczyzna stąpa twardo po ziemi i próbuje się dorobić. Za to siostra jest blisko związana z naturą, stanowi przeciwieństwo swojego brata. Po latach Mleczarz próbuje rozwikłać tę tajemnicę. Co spowodowało ów konflikt? Zrozumienie tej historii spowoduje, że ostatni przedstawiciel rodu poczuje się wreszcie dorosły. I wolny. Popełnionych w życiu błędów jednak nie uda mu się cofnąć.
Osoby z rodziny Nieboszczyków noszą niezwykłe imiona: Koryntian, Piłat, Reba, Magdalena, ponieważ otrzymywali je w zależności od tego, na jakim słowie w Biblii zatrzymywał się palec rodzica. Ludzie, którzy z pokolenia na pokolenie uczą się, że nie są niewolnikami. Jednak widzimy, że czarnoskórym Amerykanom nie są obce uprzedzenia dotyczące ich własnej społeczności. Również oni muszą przejść pewien rodzaj emancypacji. Nie wystarczy, że biali będą ich traktowali lepiej. W powieści zresztą nie ma żadnego bohatera o jasnym kolorze skóry. Jednak ojciec Mleczarza przejmuje sposób myślenia i postępowania białych. Tylko po to, by stać się człowiekiem bogatym. Wydaje mu się, że na tym polega sens istnienia. Cena jaką musi zapłacić jest jednak wysoka: tyranizuje najbliższych, odcina się od siostry, całe swoje marzenia przelewa na syna, którego zresztą nawet nie chciał mieć.
„Pieśń Salomonowa” to niezwykła opowieść, niejednoznaczna, czerpiąca z folkloru Afroamerykanów. Saga rodzinna, w której kluczowe są miłość, miłosierdzie i zmiłowanie. Latanie symbolizuje wolność i potrzebę odnalezienia własnej tożsamości. W powieści poetycki język splata się z realistyczną historią i baśniowością. Do tego niezwykli oraz barwni bohaterowie.Wprawdzie sama historia jest mało optymistyczna, ale nie brakuje w niej humoru. Toni Morrison nie idealizuje opisywanych postaci, nie zabraknie ironii oraz spojrzenia na społeczność czarnoskórych Amerykanów z dystansem. Nie bez powodu recenzenci uznali tę książkę za arcydzieło. Zgadzam się z nimi w zupełności.
Rzeczywiście, na Twoim blogu książki Morrison pojawiają się b. często. Trochę sobie przez to wyrzucam, że nie zdołałem jeszcze poznać prozy tej artystki, tym bardziej, że problem rasizmu w USA bardzo mnie interesuje. Tyle, że jak dotąd sięgałem głównie po czarnoskórych pisarzy płci męskiej – Baldwin, Ralph Ellison, Richard Wright. Najwyższa pora, by do tego grona dołączyła kobieta 🙂
Cenię sobie powieści Morrison, ale pisarzy których wymieniłam znam głównie z nazwiska, więc mam trochę do nadrobienia.
To musi być niesamowita historia! Tyle w niej zagadek, niedopowiedzeń, tajemnic… Z wielką chęcią przeczytam i w ogóle zapoznam się z prozą autorki 🙂
Zdecydowanie niezwykła opowieść. Cenię sobie styl noblistki, jestem nim urzeczona od pierwszej powieści Morrison, którą dane mi było poznać.
Świetnie zachęciłaś do sięgnięcia po tę książkę, ale i po inne Toni Morrison.
Tak się składa, że mam jej książkę …chyba „Miłość” więc od niej zacznę przygodę z tą pisarką….
Żadna książka tej noblistki mnie nie zawiodła, więc śmiało polecam. Lektura nie jest łatwa, wymaga myślenia (i „Miłość”, i „Pieśń Salomonowa”), ale przyjemność z czytania jest wtedy podwójna. Lubię też kiedy książki zmuszają do refleksji, a te właśnie takie są.
Muszę znów sobie przeczytać to dzieło. Mieliśmy to jako lekturę na studiach. Czytałam ją chyba z 6 lat temu. Wciąż pamiętam swój zachwyt! Coś jest w tych książkach i muzyce amerykańskiego Południa co hipnotyzuje.
Bardzo dobrze to ujęłaś – książki Tonni Morrison hipnotyzują. Czuję się nimi urzeczona. Jeszcze żadna jej powieść mnie nie zawiodła.