Wojciech Chamier-Gliszczyński zadebiutował powieścią „Portrecista psów”. Otrzymał za tę książkę nominację do Nagrody Literackiej ArtRage 2020. Jednak swoją przygodę z literaturą zaczął wcześniej, bo w 2004 roku, kiedy publikował swoją twórczość poetycką w szczecińskim piśmie „Artefakt”. Autor na co dzień pracuje jako radca prawny. Tytuł „Portrecista psów” intryguje, ale najbardziej zaskoczyło mnie to, co znalazłam wewnątrz tej historii.
Akcja powieści rozpoczyna się w momencie, kiedy Polska odzyskuje niepodległość. W Chojnicach na Pomorzu osiedla się pewna kobieta. Przejmuje atelier fotografa podając się za jego krewną i spadkobierczynię. Najpierw jednak pozbawiła życia starszego pana Dogsa. Wszystko po to, by ułożyć sobie życie. Wreszcie skończyła się wojna, a dla wielu ludzi to czas na nowy początek. Nadchodzi era nieograniczonych możliwości. Wystarczy tylko wiedzieć, co się chce osiągnąć.
Do bohaterki powieści dołącza młody Niemiec, Martin. Chłopak również coś ukrywa. Kobieta szybko domyśla się, że ma do czynienia z synem Dogsa. Jednak nie mówią sobie wprost o tej dziwnej sytuacji i zależności, która ich łączy. Jedna osoba mogłaby wydać władzom drugą, ale przecież oboje mają coś na sumieniu. Co takiego?
Martin posiada nietypową pasję. Uwielbia portretować psy. Jednak jego zdjęcia są nietypowe, bo znajdują się na nich martwe czworonogi. Uchwycone na zdjęciu tak, by wyglądały idealnie. Jeśli sami robicie fotografie swoim pupilom, z pewnością nie raz umknęła wam chwila na zrobienie zdjęcia, gdyż zwierzak nie zechciał poczekać na wyjęcie aparatu. U Martina nie ma takiego problemu. Fotografowane psy nigdzie już sobie nie pójdą. Tymczasem, by się utrzymać, nowa właścicielka wpada na pomysł, by wykonywać zdjęcia roznegliżowanych kobiet. Odkrywa, że damskie ciało dla Martina również jest czymś fascynującym.
Narratorka „Portrecisty psów” zabiera nas do półświatka, w którym wszyscy mają coś na sumieniu. Główna bohaterka w niczym nie przypomina damy o czystym i nieskalanym sercu. Do tego ma wielki apetyt na skosztowanie młodzieńca takiego jak Martin. Z jakiegoś powodu obsesyjnie myśli o przyrządzeniu potrawy z ludzkiego mózgu, podaje nawet szczegółowy przepis na takie danie. Ot taka damska wersja Hannibala Lectera.
Wojciech Chamier-Gliszczyński w swej debiutanckiej powieści opowiada o świecie pełnym mroku. Zagłębiając się w tę historię chwilami miałam wrażenie, że czytam powieść gotycką i łotrzykowską jednocześnie, przeplataną z traktatem filozoficznym. Wszystko jest utrzymane w takim stylu, że mamy wrażenie, iż historia powstała w dwudziestoleciu międzywojennym. Autor pozwala sobie na humor o absurdalnym charakterze. Surrealizm łączy z groteską, a wszystko po to, by ukazać, co kryje się wewnątrz ludzkiej duszy i jak łatwo rodzi się w niej zło.
„Portrecista psów” może odrzucić czytelnika przez makabrę, zwłaszcza gdy sobie dosłownie wyobrazimy przygotowanie dań typu comber z młodzieńca. Jednocześnie domyślamy się, że autor nawiązuje do pewnych dzieł literackich, bawi się konwencją gatunkową i zwodzi czytelnika. Łatwo się pogubić, jeśli szukamy w książce schematów, czy gotowych rozwiązań interpretacyjnych. Warto jednak zagłębić się w historię i szukać niespodzianek, które ukrywa w tekście Wojciech Chamier-Giszczyński. Pod brutalizmem ukryje się nuta nostalgii za czymś co minęło, a obok ironii znajdziemy filozoficzną opowieść o naturze człowieka.
PS Jeśli wybieracie się na Festiwal Literacki Sopot, to w czwartek 19.08 o godzinie 16.00 odbędzie się spotkanie autorskie z Wojciechem Chamierem-Gliszczyńskim. Ciekawe, czy są jeszcze miejsca?
Ech, teraz żałuję, że nie wykupiłem wtedy pełnego pakiety Artrage. No ale nic – po książkę na pewno sięgnę, czy to w formacie .epub czy w papierze, bo mocno mnie zaintrygowała. A makabra mnie nie odstrasza, wręcz przeciwnie – jeszcze mocniej kusi 😉
U mnie to było późne odkrycie. W momencie premiery przeoczyłam książkę i dopiero opinie innych zachęciły mnie do sięgnięcia po ten tytuł.