Rewelacyjny atlas świata dla dzieci

Atlas świata. EuropaRodzic ma trudne zadanie przed sobą. Jak zainteresować dziecko światem? Właściwie nic nie trzeba robić, wystarczy wyjść na spacer, przyjrzeć się mrówce i biedronce, ale co zrobić gdy maluch pyta o Australię, ptaka kiwi, albo jakieś inne dziwo? Co zrobić, by tego pędu do wiedzy nie zaprzepaścić?

Kiedyś jako podstawowe źródło wiedzy służyły encyklopedie, dziś mamy internet. Jednak nic nie zastąpi książki. Ale co wybrać, skoro na rynku jest całe mnóstwo atlasów i encyklopedii dla dzieci o charakterze edukacyjnym. Tu znowu do wyboru są dwie drogi. Na szczęście można wybrać obie. Czasami do malucha przemawiają pozycje z mnóstwem realistycznych zdjęć. A niekiedy dzieciaki rewelacyjnie reagują na książki ilustrowane.

Atlas świata. AustraliaLektorKlett wydał serię atlasów dla dzieci w wieku od 5 do 10 lat. Autorką jest Kinga Prebisz-Wala i Maria Deskur (tom o Australii). Aby dzieło miało charakter naukowy, dopilnowano, by całości przyjrzał się prof. Jan Środoń. Książki są niezwykłe zarówno pod względem treści i przede wszystkim ilustracji. Nie będę wymieniać nazwisk ilustratorów, bo do każdego kontynentu szatę graficzną wykonała inna osoba. Autorki i ilustratorzy, na nieco ponad trzydziestu stronach, pokazali różnorodność wybranego kontynentu. Nie jest to proste zadanie, by w kilku zdaniach opisać specyfikę danego terenu. Atlasów jest sześć. Tak nam się spodobały, że zakupiliśmy całą serię. Już od dwóch lat przeglądamy co jakiś czas kolejny tom.

Cóż jest niezwykłego w tych książkach? Najpierw różnorodność tematyczna. W atlasie mowa o przyrodzie, cywilizacjach, ciekawostkach, na koniec jest baśń etniczna Zofii Staneckiej. Zaczynamy podróż po kontynencie od kalki: na niej jest mapa polityczna, kiedy przewracamy stronę, pojawia się mapa fizyczna z zaznaczeniem flory i fauny kontynentu. Dziecko poznaje zwierzęta, przyrodę, historię danego terenu. Jednak wszystko jest podane w niezwykły sposób – właśnie dzięki ilustratorom. Wycięcia zapraszają do zerkania, co się kryje na następnej stronie. Nic tak nie zachęca dzieci do oglądania książek, jak wlaśnie takie nietypowe obrazki. I to oczekiwanie, co odkryjemy za chwilę? A tę potrzebę atlasy LektorKletta w młodych czytelnikach i słuchaczach zaspokajają.

Australia

Maluch chce obcować z piękną książką. W domu zdarza się sypianie z którymś z tomów. Na dodatek obrazki są tak wykonane, by odpowiadały stylowi, z którym się kojarzy dany kontynent. Tak więc Australia jest zilustrowana, by oddawać hołd kulturze aborygenów, Azja odwołuje się do stylu japońskiego. Szkoda tylko, że tego LektorKletta już nie ma… Przydałoby się więcej takich twórczych pomysłów. Bo dzieci pragną wiedzy, zwłaszcza podanej w niezwykły sposób.

Wojna liczb

wojna liczbDzieci lubią bawić się w wojnę. Prawda to oczywista i stara jak świat, choć rodzice woleliby jakoś to zmienić. Nie pomoże nawet bezwzględny zakaz kupowania pociechom pistoletów. Wyobraźnia dzieci jest nieograniczona – przecież patyk też może być bronią. I jak tu pokazać maluchom, że wojna to nic dobrego?

Trafiłam na książkę wydawnictwa Tako, która doskonale radzi sobie z tematem przemocy.  Autorem tekstu i ilustracji „Wojny liczb” jest Juan Darién. Przekładu z hiszpańskiego dokonał Filip Łobodziński.

Jak dzieciom przedstawić szaleństwo wojny w paru zdaniach? i jeszcze tak, by zrozumiały?  Juan Darién posłużył się symboliką odejmowania. Jedynka miała kompleksy, nikt nie zwracał na nią uwagi, więc zły król minus łatwo ją sprowadził na złą drogę i namówił do wojny z pozostałymi liczbami:

wojna liczb ilustracja 2

Jako broń służy sugestywny i przerażający znak minus:wojna liczb ilustracja 1

Jedynki wygrywają, ale panuje zło – niewolnikami stają się zera. Potem te najniższe cyfry wszczynają bunt i zwyciężają, gdyż na zera nie działa broń w postaci minusa. Całość kończy się dobrze, bo zera chcą żyć w pokoju i postanawiają wybaczyć jedynkom – przykład, że można być tolerancyjnym.

Nie mogłam się powstrzymać przed pokazaniem chociaż kilku ilustracji „Wojny liczb”, gdyż uważam, że właśnie takie książki powinny docierać do dzieci. Piękne ilustracje i prosty język uczą dzieci pacyfizmu – choć to słowo nie pada, po prostu jest za trudne dla trzylatka. Do tego mój czteroletni synek zaczął ćwiczyć odejmowanie – okazało się to dla niego proste. A gdybym wcześniej próbowała go czegoś uczyć, robiłby na przekór – bo nie lubi, jak mu się jakąś wiedzę wtłacza na siłę do głowy. Tu wszystko odbywa się naturalnie, bez świadomości malucha, że nabył jakąś wiedzę.

Obrazki przemówiły do moich pociech. Każdy szczegół był uważnie analizowany. Wszystkie musiały omówić – no i zadawały mnóstwo pytań. Wtedy wiem, że uważały. Najbardziej przemówiły do dzieci zera zakute w kajdanki oraz zarumienione jedynki, które wstydziły się swych niecnych czynów.

Książka otrzymała nagrodę za ilustracje w konkursie CJ 1st Picture Book Awards 2008. Zainteresowanie moich dzieci pokazało, że zasłużenie. Książka – jako dzielo sztuki. Rewelacja. Tylko kiedy skończyłam czytać, wszczął się w domu hałas – mamo a dlaczego już koniec? Jeżeli mały odbiorca nie chce się rozstawać z jakąś historią, to znaczy, że była dla niego ważna… I tak ma być.

Ach te dinozaury…

Atlas dinozaurówKolejnym prezentem w koszyczku od zająca była książka: Mój pierwszy atlas dinozaurów, wydawnictwa SBM. Niewiele w niej tekstu, wystarczają zwykle dwie strony, by opisać któregoś z dinozaurów.

Telewizja Minimini przedstawia w filmie Dinopociąg wiele dinozaurów. Jest to znacznie ciekawsze niż wyżej wymieniona przeze mnie książka. Jednak dzieciaki były zachwycone, że znają pokazywane w programie dinozaury. Co ciekawe, potrafiły też odpowiedzieć na ważne pytania typu: które dinozaury były roslinożerne, do czego służyły im kolce, itp… Niby w książce o każdym z dinusiów jest tylko parę zdań, ale żeby je zapamiętać, to już sztuka. Dzieciom się udało, czy mi też – wolę nie sprawdzać. Atlas wystarcza początkującym paleontologom w wieku 4 lat, ale starsi badacze będą chcieli wiedzieć więcej. Ta książka sprawdza się w chwili, kiedy dzieciaki ulegną modzie na te wymarłe gady. Jednak jeśli fascynacja dinozaurami będzie się przedłużać, to lepiej zaopatrzyć się w bardziej naukowy i obszerny atlas, bądź encyklopedię dostosowaną do wieku dziecka.

Martynka uczy czytać

MartynkaJako rodzic sześciolatki poszukuję książek, które zachęcą do samodzielnego czytania. Jest jeden podstawowy warunek – muszą być duże literki. Inaczej nici z czytania. Sześciolatek małych liter nie widzi – i już. Nie wiem, czy każde dziecko tak ma. Ja miałam, tyle jeszcze pamiętam z dzieciństwa. Można kupić wprawdzie lupę, ale też do dyspozycji dostajemy serię wydawnictwa Papilon: Zaczynam czytać z Martynką.

Trudno powiedzieć co może podobać się w tej książeczce małym dziewczynkom. Może utożsamiają się z tytułową Martynką, albo zachwycają się realistycznymi, choć mocno przesłodzonymi ilustracjami? Moja córka cieszy się z tego, że potrafi sama przeczytać tę książeczkę. Stron jest niewiele, mniej niż czterdzieści. Mały, mniejszy niż zeszytowy format. Za to literki cudownie duże. Zdania są krótkie, niezbyt skomplikowane. W sam raz dla sześcio-siedmio latka.

 Nie mam zastrzeżeń do książeczki Na kursie pływania, ale już Martynka – mała baltnica, owszem. Ktoś wpadł na pomysł, by wprowadzić słowo: primabalerina. Fakt, nie ma dwuznaków, ani zmiękczeń, choć jednak wyraz jest stanowczo za długi. Starsze dzieci wprawdzie poszerzą swoje słownictwo, ale dla młodszych to nie do przebrnięcia.

Do wyboru mamy sporo tytułów w tej serii. Choć podejrzewam, że przy piątym niektórzy mogą się zanudzić. Znam osobiście takie dzieciaki, które zaczytują się Martynką – już tą starszą wersją, jeszcze w czwartej klasie.

Jak nie zniechęcać do samodzielnego czytania?

W pewnym wieku, gdy się zna już większość literek okazuje się, że po złożeniu ich w całość powstaje coś. Najpierw wyraz, potem kolejne, no i wreszcie zdanie. To fascynujące odkrycie dla dziecka. Dla dorosłych oczywiste, a dla maluchów krok milowy. Co zrobić w tej sytuacji, kiedy dziecko samo garnie się do czytania, choć wcale jeszcze nie musi?

Po długich poszukiwaniach po omacku, znalazłam pozycję „Czytam sam” Marcina Przewoźniaka. Są to teksty do samodzielnego czytania ze zrozumieniem dla dzieci sześcio- i siedmioletnich. Kluczowe jest dla mnie właśnie hasło – ze zrozumieniem. Już najmłodsze dzieci, które ledwie dukają po literkach, prędzej, czy później mają za zadanie zrozumieć, co czytają. Dzięki tej właśnie książeczce, od samego początku mogą to ćwiczyć.

Książeczka podzielona jest na okazjonalne wierszyki. Związane są z porami roku, najważniejszymi świętami, tym co dla dzieciaczków najważniejsze – tekst o zabawie też się znajdzie. Do tego jest kolorowa ilustracja i pytania do tekstu – są bardzo atrakcyjne, nie nudzą. Pytania powinien czytać dorosły, napisane są mniejszą czcionką, w przeciwieństwie do dużej przeznaczonej dla małych czytelników. Zadania polegają na kolorowaniu, dobieraniu właściwych słów, łączeniu ze sobą, naklejaniu, pojawiają się proste rebusiki.

Myślę, że warto iść w tym kierunku, kiedy dziecko wykazuje takie zainteresowania. U nas to się doskonale sprawdziło. Niemal rytuałem stało się wieczorne czytanie – już nie tylko my rodzice czytamy dzieciom, ale i najstarsza pociecha zaczyna czytać nam.

Porozmawiajmy

Jak wybrać spośród wielkiej ilości książek taką, która zainteresuje jednocześnie dwójkę dzieci różnej płci w różnym wieku? Nie jest to łatwe zadanie. Rozwiązanie jest banalne. Wystarczy ciekawie coś napisać. No i może w miarę ciekawy sposób to odczytać… Bardzo dużo książeczek napisanych jest na ilość, nie na jakość. Stosy bajeczek, niby-klasyków tylko walają się po kątach, bo są napisane takim językiem, że nikt tego nie chce słuchać. A i czytanie może spowodować zwichnięcie szczęki.

Książka „Rozmowy takie sobie…” Agnieszki Metko, to coś w rodzaju prowokacji – dla moich pociech. Na każnej stronie przedstawiony został dialog dziecka z dorosłym na jakiś nurtujący je temat. Mała Róża dowiaduje się dlaczego dorośli się kłócą, skąd wzięły się nazwy dni tygodnia i co oznaczają. Książeczkę można czytac strona po stronie, albo wybrać sobie problem, który chcemy dziecku objasnić.

Rodzice w książeczce są bardzo mądrzy, wszystko potrafią wyjaśnić, mają czas, by rozmawiać z dzieckiem. Maluchy bardzo chętnie słuchają tych wyjaśnień, mimo że są one bardzo dydaktyczne. Przemawia chyba do nich to, że są to właśnie odpowiedzi dosrosłych na pytania kilkuletniej Róży. Zaskoczyło mnie też to, że książka zachęca moje własne pociechy do rozmowy. Często po przeczytaniu jakiejś historii – albo i w trakcie – dopytuja o to co je akurat nurtuje. Zdarza mi się też, że odrobinę modyfikuję tekst – aby coś jeszcze dodać. Nie sądziłam też, że będą zaintrygowane ilustracjami w książce – wszystkie są wykonane przez kilkulatki. Podano imię i nazwisko oraz wiek małego artysty. Mimo, że książka opowiada jakieś historie, to dzieciaki chcą jeszcze zastosować w praktyce, techniki malarskie przedstawione w książeczce.