Zbiór siedmiu opowieści zatytułowany „Skoruń” to debiut prozatorski Macieja Płazy. Autor z literaturą jest blisko związany jako tłumacz, czy teoretyk literatury. Do tej pory pisał jednak prace krytyczne oraz książkę o Stanisławie Lemie. Debiut prozatorski okazuje się bardzo dojrzały i warty uwagi, zwłaszcza dla osób, które lubią sięgać po prozę z tzw. „nurtu chłopskiego”. Tutaj autor wyraźnie do niego nawiązuje, ale na swoich prawach. Czytaj dalej
Archiwa tagu: wieś
„Podkrzywdzie” – Andrzej Muszyński
Kiedy ta książka się pojawiła, od razu okrzyknięto ją jako godną uwagi. Została porównana do największych pisarzy zajmujących się prowincją, choćby do Wiesława Myśliwskiego. Rzeczywiście widać wyraźnie, że literatura chłopska nie jest obca Andrzejowi Muszyńskiemu. Autor jednak z tą konwencją prowadzi dialog, ale też daje nam coś nowego. „Podkrzywdzie” jest debiutem prozatorskim. Do tej pory można było poznać Andrzeja Muszyńskiego jako świetnego autora reportaży takich jak „Cyklon”, czy „Południe” oraz jako twórcę zbioru opowiadań zatytułowanego „Miedza”. Czytaj dalej
„Dygot” – Jakub Małecki
O tej książce dowiedziałam się od… Szczepana Twardocha. We wrześniu, podczas spotkania z autorem dzienników „Wieloryby i ćmy”, pisarz zdradził, że warto sięgnąć po „Dygot”. Jakub Małecki do tej pory jakoś nie przykuł mojej uwagi, choć jest autorem aż siedmiu książek. Udało mi się jednak zapoznać z Jakubem Małeckim tłumaczem, ponieważ miałam okazję przeczytać jego przekład „Listów niezapomnianych”. Najnowsza powieść Jakuba Małeckiego pt. „Dygot” opowiada o ludziach żyjących na prowincji, zwykłych, ale w jakiś sposób naznaczonych. Czytaj dalej
„Krowa Matylda na wakacjach” – Alexander Steffensmeier
O czym marzą dzieci w tej chwili? Od kilku dni odliczają dni do wakacji. Zwłaszcza, kiedy na dworze jest upał, bo wtedy najtrudniej im wytrwać w przedszkolu i szkole. Dlatego w związku z ich pragnieniami pojawiła się lektura adekwatna do marzeń: „Krowa Matylda na wakacjach” Alexandra Steffensmeiera.
Pozornie nie jest to książka dla dziewięciolatki. Pozycja polecana jest dla dzieci od trzeciego do szóstego roku życia. Choć często czytamy książki dla starszej grupy wiekowej, z kilku względów tej książki nie chcieliśmy pominąć. Po pierwsze tematyka wakacyjna. Po drugie mowa w niej o lecie na wsi. Po trzecie – dzieciaki uwielbiają ciekawe i zabawne ilustracje, a tych autor dostarczył całkiem sporo.
Główna bohaterka tej historii postanawia wybrać się na wakacje. Skoro inni mogą, to dlaczego ona nie miałaby wyjechać? Tyle, że po trzech godzinach oczekiwania na autobus, krowa postanawia zrezygnować. A wtedy nieoczekiwanie się okazuje, że idealne miejsce na spędzenie wolnego czasu czeka na nią tuż za płotem gospodarstwa, w którym mieszka. Można tam nie tylko wypoczywać, ale i przeżyć wiele wspaniałych przygód.

Wakacje Matyldy przeszkadzają zwierzętom mieszkającym na farmie. Postanawiają zorganizować konkurencyjną zabawę na podwórku. To jednak nie zraża krowy, ale tylko do pewnego momentu. Urlopowicze z gospodarstwa ogłaszają, że wieczorem odbędzie się letni festyn. Matylda postanawia wystraszyć kury, ale nieoczekiwanie udaje się jej przerazić listonosza wracającego z wakacji.
Książka urzeka dzieci i dorosłych zabawnymi sytuacjami. Choć słów w niej niewiele, to dzieciaki chętnie przeglądały kolejne kartki i śmiały się do rozpuku. No bo jak się nie bawić na widok kur grających w badmintona, czy chłodzących się wodą ze zraszacza do trawy? Przezabawna jest sama Matylda, która zachowuje się bardziej jak młody szczeniak, a nie stateczna i dobrze ułożona krowa.

Prócz absurdalnego poczucia humoru, ważne jest przesłanie tej historii. Przygody krowy Matyldy pokazują, że dobrze bawić można się wszędzie, bo wszystko zależy tylko i wyłącznie od nastawienia. A krowa, gdy nie przyjeżdża autobus, bierze sprawy we własne miejsce i odkrywa, że wakacje może spędzić na łące obok domu. Potem jednak stwierdza, że miło jest spędzić wolny czas z przyjaciółmi z gospodarstwa.
Książka „Krowa Matylda na wakacjach” trafi już do trzylatka. Urzeknie go nie tylko historia, ale i ilustracje. Troszkę starsi odbiorcy docenią również sporą dawkę humoru, którą dostarczy im ta książka, a przy okazji mogą ćwiczyć samodzielne czytanie. Czasami dzieci inaczej odbierają zabawne scenki, niż dorośli. W tym przypadku jednak zarówno sześciolatek, jak i dziewięciolatka doskonale zrozumiały absurd. Świetne ilustracje niemieckiego rysownika – Alexandra Steffensmeiera też do nich przemówiły. Bardzo im się podobała główna bohaterka, ale też bawiły je niezwykle sympatyczne kury.
Dziękujemy Wydawnictwu Media Rodzina za książkę.
„Guguły” – Wioletta Grzegorzewska
Pokolenie trzydziestolatków łatwo mogło odnaleźć siebie w „Znakach szczególnych” Pauliny Wilk. Autorka jednak opisuje doświadczenia tej generacji z perspektywy mieszkańca miasta. Co jednak z osobami, które pochodzą ze wsi? Do nich może z kolei trafić książka Wioletty Grzegorzewskiej pt. „Guguły”. Autorka jest kilka lat starsza od Pauliny Wilk, więc jej doświadczenia sięgają troszkę głębiej do czasów PRL-u.
„Guguły” są drugą książką prozatorską Wioletty Grzegorzewskiej. Wcześniej opublikowała kilka tomów poetyckich. Tym razem pisarka zabiera nas w świat, który zna ze swojego dzieciństwa. Przenosimy się do małej wsi Hektary położonej na jurze Krakowsko-Czestochowskiej. Główna bohaterka – mała Wiolka – obserwuje otaczającą ją rzeczywistość. Odbiera ten świat na swój sposób, zatrzymując się przy tym, co dla niej ważne.
Książka została podzielona na opowiadania, w których zapisane zostały obrazy z dzieciństwa. Loletka rośnie, ale nie przestaje wchłaniać tego, co ją otacza. Jej obserwacje pokazane z perspektywy dziecka, niekiedy są na pograniczu tego co realne, z tym co powstało w wyobrażni. Oniryczność przeplata się z realizmem. Otrzymujemy Macondo, tyle że położone na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Bo tylko żyjąc na wsi można poznawać świat, chodząc kocimi ścieżkami. A kiedy wierny towarzysz nagle zniknie, Wiolce uda się wygrać figurkę Jezusa, wtedy będzie się do niej modliła o zmartwychwstanie kota. Magia jest możliwa jednak tylko dzięki owej dziecięcej perspektywie.
Jednak obraz wsi Hektary nie jest ani sielski, ani anielski. Grzegorzewska nie przesadza z patosem, czy sentymentalizmem. Przeszłość, którą opisuje, przedstawia z jej wadami i zaletami. Dzieci poznają świat obserwując go, ale nikt z nimi nie rozmawia, ani nie tłumaczy rzeczywistości. Kiedy Loletka słyszy rozmowy dorosłych, nie wie, że posługują się eufemizmami. Kobiety rozważając kwestię, czy do Wiolki przyjechała ciotka z Ameryki, mają na myśli menstruację. Dziewczynka tego nie rozumie i zastanawia się nad tym, dlaczego nikt jej o tej tajemniczej krewnej nie wspominał. Cielesność jest tematem tabu, dorośli nie uświadamiają swego potomstwa. Problem pojawia się, gdy lekarz molestuje Wiolettę. Na szczęście dziecko wyczuwa, że dzieje się coś złego i potrafi się obronić. Nie mówi jednak o niczym bliskim. By nie trafić ponownie do tego doktora, woli napić się rtęci z termometru.
Wioletta Grzegorzewska potrafiła w niezwykle poetycki i obrazowy sposób opowiedzieć o życiu dziecka na wsi. Opisując zabobony, życie religijne mieszkańców wsi Hektary, poznajemy rzeczywistość z czasów PRL-u. Jednak pisarka nie odrzuca tego świata, gdyż potrafi dostrzec w nim coś wartościowego – własne dzieciństwo. Jeśli ktoś przeżywał swoją młodość choćby w latach osiemdziesiątych, będzie potrafił odnaleźć w tych czasach coś pięknego – mimo szarej rzeczywistości, która wtedy panowała.
Autorka pisząc o dzieciństwie, pokazuje jak ono jest ważne. Bohaterowie wprawdzie dojrzewają, ale chcą być jak tytułowe „guguły” – niedojrzałymi owocami. Kiedy główna bohaterka wraca do domu na pogrzeb ojca, wspomina jego słowa, które kiedyś do niej powiedział: „Dziwnie jest urządzony ten świat (…) Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a w środku jestem jak te guguły” (s. 111). W każdym tkwi owa tęsknota, by ocalić w sobie coś z dziecka. Nie chodzi tu bynajmniej o infantylność. Wiolka dorasta, ale przecież ocala ten dziecięcy świat. Może niedoskonały, ale jedyny jaki mamy.
Wioletta Grzegorzewska oddaje w książce pt. „Guguły” prostą, ale zarazem piękną rzeczywistość, pełną zmysłowości. Choć język, którym się posłużyła, jest poetycki, widać w nim również oko malarza. Pisarka nie zapomniała zresztą o żadnym ze zmysłów. Poczujemy zapach ziemi, zobaczymy ją, usłyszymy pieśni które tam rozbrzmiewają. Sięgając po tę opowieść przeniosłam się i do swego dzieciństwa. Dzięki temu, że należę do tego samego pokolenia co pisarka, jej książka jest mi bliska. Zwłaszcza z tego względu, że wiejskość nie jest tu nacechowana negatywnie.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.