Zbiór opowiadań: „Historie, które napisało życie” – Dorota Sumińska

Historie, które napisało życieDorota Sumińska potrafi rewelacyjnie opowiadać o zwierzakach. Jak większość (choć mole książkowe mogą być wyjątkiem), poznałam ją za sprawą telewizji. Zwróciłam wtedy uwagę, że potrafi zarażać miłością do zwierząt. A przy okazji uczyć, jak opiekować się naszymi „braćmi mniejszymi”. Teraz wreszcie udało mi się sięgnąć po jej książkę pt. „Historie, które napisało życie”. Był to pierwszy tytuł tej autorki, z którym miałam do czynienia.

Pisarka tłumaczy, że wszystkie opowiadania mają swoje źródło w prawdziwym wydarzeniu. Zbiera te historie od pięćdziesięciu lat, by potem, spisując je na papierze, ponownie spotkać się ze znanymi sobie postaciami i miejscami. Jednocześnie ocalić je od zapomnienia. Dorota Sumińska uznała, że niekiedy wyobraźnia nie jest w stanie wymyślić podobnych zdarzeń do tych, które komuś naprawdę się przytrafiły.

Dziewiętnaście opowiadań zostało rozpisanych na zaledwie 150 stronach. Dla miłośników literatury jest to oczywiście niewiele. Choć ten zbiór jest idealny dla tych, którzy twierdzą, że nie mają czasu na czytanie. Dorota Sumińska skupiła się w „Historiach, które napisało życie” na emocjach bohaterów. Nie ma wartkiej akcji, a same uczucia. Miłość, niespełnienie, strata, zdrada… Drobne niekiedy rzeczy, które potrafią postawić świat wewnętrzny bohatera do góry nogami.

Czy jest jakiś wspólny mianownik dla tych opowiadań? Przede wszystkim emocje i uczucia. Oprócz tego – zwierzęta. Podczas spotkania z nimi, okazuje się, że bohaterowie potrafią być inni. Źli dla ludzi, dla czworonogów odnajdujący jakieś resztki człowieczeństwa. Tak jakby zwierzęta wyzwalały w nich wyższe uczucia. Skrywane gdzieś głęboko, wydobywane właśnie dzięki „braciom mniejszym”.

Dorota Sumińska zaskoczyła mnie tym, że jej opowiadania są nieco impresjonistyczne. Odniosłam wrażenie, że mam do czynienia ze szkicami. Po zapoznaniu się z ich treścią odczułam niedosyt. Brakowało mi pogłębienia tematu, czegoś, co wskazywałoby na motywacje bohaterów. Autorka daje nam kadr, który musimy sobie sami uzupełniać. Czasami brnąc po omacku.

Myślę, że książka będzie odpowiadała osobom, które poszukują treści skupiających się na przeżyciach wewnętrznych postaci. Odbędą podróż po czasach PRL-u, ale też współczesnej Polsce, czy świecie. Zobaczą ludzi, którzy dla zwierząt zrobią wszystko, choć z własnymi gatunkiem nie zawsze potrafią się porozumieć. Czytając książkę, czułam się jakbym siedziała przy rodzinnym stole, słuchając rozmów o osobach, których nie znam zbyt dobrze. Emocje towarzyszące wydarzeniom, nie pozwoliły mi zbliżyć do bohaterów. Obserwowałam ich z pewnego dystansu. Czuję niedosyt, bo chciałabym, aby treść tych literackich szkiców była bardziej rozbudowana i przybliżała motywacje osób opisanych w książce.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

Opowieść o dojrzewaniu – „Persymona” Katarzyny Maicher

persymona„Persymona” jest debiutem prozatorskim Katarzyny Maicher, który zaskakuje pod kilkoma względami. Po pierwsze wrocławska autorka ma niebywały talent do tworzenia plastycznych opisów. Po drugie intryguje wrażliwość głównej bohaterki oraz jej zmysłowe spojrzenie na świat z punktu widzenia dorastającej dziewczyny.

Główna bohaterka dorasta w Karłowicach, dzielnicy Wrocławia. Znaleźć tam można nadal ślady, które pozostały po poprzednich niemieckich mieszkańcach. Dzielnica jest niezwykła, bo pełna drzew oraz tajemniczych miejsc, gdzie można się bawić, dopóki nie wyciągnie się z ziemi ludzkiej czaszki. Wtedy robi się strasznie i trzeba szukać innego miejsca dla dziecięcych igraszek.

Dom, w którym mieszka dziewczyna, pełen jest śladów dawnych mieszkańców. Ale nie oni staną się pierwszoplanowymi bohaterami tej opowieści. Ważniejszy będzie dramat, który rozgrywa się za czterema ścianami tego budynku. Jego bohaterami będą: matka, ojciec i córka.

Oczyma najmłodszej członkini tej trzyosobowej rodziny, próbujemy zrozumieć i zrekonstruować to, co dzieje się pomiędzy dorosłymi. Despotyczny ojciec, psychiatra, wprowadza do rodziny wiele zła. Nie wiemy dokładnie, co się dzieje. Wspomnienia dziecka i próby odtworzenia faktów nie mają pełnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Bohaterka skupia się na swoich emocjach, ale jednocześnie pyta, czy można ufać takiej pamięci? Gdzie nie ma miejsca na wydarzenia, a pozostają tylko uczucia, odczucia, wrażenia.

Dziewczynka szuka pocieszenia u matki. Ale i u niej nie otrzymuje zbyt wiele wsparcia. Matka, wrażliwa malarka, wycofuje się z realnego świata, ucieka do wewnątrz, popadając w końcu w depresję. Córka zastanawia się, czy nie dzieje się tak za sprawą ojca? Właśnie on czyni coś złego. Najpierw widzimy go jako tajemniczego wędrowca z obrazu, który matka pokazuje córce, by po latach zobaczyć w tym samym miejscu demona.

Wszystko w świecie tej trójki dzieje się między słowami. Nie ma w tej historii miejsca na rozmowy, są tylko jakieś skrawki, niedopowiedzenia. Empatyczna córka jedynie może sobie wyobrażać, co dzieje się za zakazanymi drzwiami. Sypialnia rodziców jest tą enklawą dorosłych, do której nie ma dostępu. Choć nigdy nie padło słowo o zakazie wchodzenia tam, bohaterka czuje niewidzialną granicę, której nie potrafi przekroczyć.

Dojrzewająca dziewczyna ma przejąć odpowiedzialność za matkę, a jednocześnie obwinia ojca za wszystko, co się stało. Czy jest szansa na ucieczkę od takich chorych relacji? Kiedy odnajduje dziennik mamy, zaczyna lepiej rozumieć jej wewnętrzny kosmos. Nadal jednak nie znajduje odpowiedzi na wiele pytań. Wręcz niemożliwe jest odtworzenie tego, co się naprawdę wydarzyło, bo do takiej rekonstrukcji potrzeba spojrzeń z wielu perspektyw. Główna bohaterka ma tylko wspomnienia wrażliwego dziecka i zapiski odczuć matki.

Książka Katarzyny Maicher mogłaby zostać wrzucona do jednego worka z powieściami rozliczającymi dzieciństwo. Tu jednak podobieństwo choćby do „Szopki” Zośki Papużanki się kończy. Również „Złość” Magdaleny Miecznickiej skonstruowana jest zupełnie inaczej. W „Persymonie” dzieciństwo i dojrzewanie opowiedziane zostały poprzez zmysłowe obrazy. Bohaterka stwarza siebie poprzez uczucia, a nie wydarzenia. Fabuła praktycznie nie istnieje. Nie jesteśmy nawet w stanie określić na czym polega wina ojca. Im więcej się dowiadujemy, tym więcej rodzi się pytań.

Pisarka pokazała swoich bohaterów również poprzez symbole. One pełnią ważną rolę w tej powieści, gdyż dzięki nim możemy nieco zbliżymy się do bohaterów. Symbolami operuje matka. Tragedią dla tej rodziny staje się natomiast milczenie. Ono rozdziela wszystkich tak, że z jedności stają się oddzielnymi bytami. Główna bohaterka w końcu jednak odnajduje dla siebie drogę. W pewnym momencie stara się skupić na teraźniejszości, bo tylko na nią ma wpływ. A z przeszłością będzie można się łączyć poprzez sny i zmysłowe obrazy, które pozostały.

Muszę przyznać, że mimo iż w książce niemal nie ma fabuły, czyta się ją bardzo dobrze. Podobało mi się owo obrazowe konstruowanie świata. Dzięki temu coś, co zwyczajnie mogłoby stać się nudne (przez opisy), wrzucało czytelnika w inny świat. Niemal można przenieść się zielonej dzielnicy Wrocławia i dojrzewać wraz z główną bohaterką, by ostatecznie stać się owocem persymony.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za możliwość przeczytania książki.

Noblistka Alice Munro i „Przyjaciółka z młodości”

Przyjaciółka z młodościMoja słabość do Alice Munro okazała się być uzasadniona. Wreszcie jej twórczość została nagrodzona Literackim Noblem. I choć w tym roku ponoć zaskoczenia nie było, cieszę się, że laury zbiera moja ulubiona pisarka. „Przyjacióka z młodości” – czyli zbiór opowiadań tejże autorki – potwierdza moje wcześniejsze zachwyty, które wyrażałam opisując tom debiutancki Munro („Taniec szczęśliwych cieni”) i ostatni zbiór („Drogie życie”).

„Przyjaciółka z młodości” została wydana w 1990 roku. Za ten zbiór opowiadań otrzymała Trillium Book Award. Po niemal ćwierwieczu od ich napisania,  problemy, które podejmuje Alice Munro, są aktualne, ponieważ dotyczą szeroko pojętego przemijania i uczuć.

Bohaterki dziesięciu opowieści oglądają się wstecz na swoje życie i dokonują pewnej analizy. Niekiedy też poznajemy ich losy na chwilę po ważnych dla nich wydarzeniach, które w jakimś stopniu odmieniły ich los. Coś, co dla innych było banalne i nieważne, dla nich stanowiło punkt zwrotny.

Historie, choć niby proste, niekiedy zaskakują. Zmuszają do zastanowienia – tak jak w pierwszym opowiadaniu noszącym tytuł „Przyjaciółka z młodości”. Coż w tym dziwnego, że Robert poślubił Ellie? Byłoby to zwyczajne, gdyby pominęło się fakt, że wcześniej mężczyzna był zaręczony z jej siostrą Florą… Kiedy młodsza Ellie umiera, nic nie stoi na przeszkodzie tej parze, więc tym większe jest zaskoczenie, że Robert żeni się z pielęgniarką. Dlaczego Flora nie walczy? Coż, Alice Munro nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Bohaterom przyglądamy się z pewnego dystansu, bo przez pryzmat obserwatorów, którzy  nie potrafią poznać ich wnętrza. Zauważają skutki, natomiast przyczyny dopisują sobie sami. Jednak na ile są one prawdziwe?

Noblistka oddaje też głos mężczyznom. Nie wszystkie opowiadania zostały napisane z punktu widzenia kobiet. Natomiast powtarzają się motywy. Mowa w tych dziesięciu historiach o miłości, nienawiści, zdradzie, czy zmarnowanych szansach. Bohaterowie dokonują pewnych wyborów, a następnie – po jakimś czasie – im się przyglądają. Niekiedy zaskakuje ich samych, że to co kiedyś wydawało im się tak ważne, po latach straciło na znaczeniu.

Proza Alice Munro wydaje się być schematyczna, ale na tym polega siła pisarki. Każde opowiadanie napisane jest w podobnym stylu. Niespieszna, powolna narracja, powoduje, że łatwo wkraczamy w świat wykreowany przez autorkę. Szczegółowe, choć przecież lakoniczne opisy, wtłaczają nas do tego świata, by za chwilę zmusić czytelnika do zastanowienia nad wyborami dokonanymi przez bohaterów.

Noblistka posługuje się tymi samymi narzędziami, a za każdym razem otrzymujemy coś zupełnie innego. Niektóre postacie irytują, wywołują poczucie niepokoju. Czujemy się tak, jakbyśmy to my dokonywali tych wyborów. Pisarka potrafi z prostych opowieści o życiu, stworzyć historie bliskie czytelnikowi.

Ważnym motywem w twórczości Munro jest przemijanie. Często pojawia się problem niespełnionych nadziei. Życie ludzkie jest targane przez los i choć chcemy na nie wpływać, niekiedy toczy się ono zupełnie inaczej, niż byśmy sobie to planowali. Pisarka skupia się na tych czynnikach, drobnych rzeczach, które zmieniają bieg naszego życia, ale zobaczyć je możemy dopiero po fakcie. Kiedy zmiana się już dokonała i nie mamy na nią żadnego wpływu.

Warto o jednym pamiętać – zdaje się upominać jedna z bohaterek Alice Munro z opowiadania „Inaczej”:

– Chodzi mi o to, że żyjemy tak, jakbyśmy… Nie jesteśmy wieczni.

Raymond uśmiecha się coraz szerzej i kładzie jej rękę na ramieniu.

– A niby jak mielibyśmy żyć ? pyta.

– Inaczej – odpowiada Georgia. (?) 

Dzięki „Przyjaciółce z młodości” czytelnik może na chwilę przybliżyć się do esencji istnienia. Zbliża się do odpowiedzi o sens bytu, już niemal go dotyka, by za chwilę wszystko sie rozpłynęło i okazało tylko ułudą. Pozostaje chwila, którą warto się rozkoszować, póki jest nam dana.

Opowiadania Kanadyjki służą do rozsmakowywania się w nich. I choć danie może się wydawać proste – przez formę jaką wybrała autorka – okaże się, że może być wykwintne oraz wyszukane. Każda historia zostawia w czytającym pewną myśl, wrażenia nad którymi trzeba się zastanowić. Opowiadań nie można przeczytać i zapomnieć. Zostają w umyśle na długo, bo poruszają i zaskakują. Jednocześnie uświadamiają, że są nam bardzo bliskie – przecież opowiadają właśnie o nas.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.

O modzie i urodzie: „Lekcje Madame Chic” J. L. Scott

Lekcje Madame ChicNiewiele wspólnego mam z modą. Wiem, że istnieje. Żyjemy sobie gdzieś tam obok siebie i staramy nie wchodzić sobie w drogę. Co innego francuski szyk i uroda. Podziwiam podejście Francuzek do tego tematu. Dlatego sięgnęłam po książkę Jenifer L. Scott pt. „Lekcje Madame Chic”, by zobaczyć, czego Amerykanki chcą się nauczyć od paryżanek.

Jennifer L. Scott podczas wymiany studenckiej przez jakiś czas mieszkała w paryskim domu, w słynnej szesnastej dzielnicy. Tam mogła obserwować nieco arystokratyczne zwyczaje jej mieszkańców i czerpać całymi garściami z ich zasad.

Książka „Lekcje Madame Chic” uczą jak zostać damą w XXI wieku. Autorka w prosty sposób podaje kilka zasad, które mają pomóc – przede wszystkim młodym kobietom – w tym, by stać się osobą z klasą. Co ciekawe, zadań do zapamiętania nie ma zbyt wiele. Za to są takie, że można dzięki nim poczuć się znacznie lepiej. Oto kilka przykładów:

  • Nie podjadaj.
  • Pozwól, żeby czasem zaburczało ci w brzuchu, to pobudzi twój apetyt.
  • Zdefiniuj swój styl, a unikniesz kłopotów podczas kupowania nowych ciuchów.
  • Noś tylko te ubrania, które lubisz, w których świetnie wyglądasz i które odzwierciedlają to, kim jesteś.
  • Nigdy nie odkładaj swoich najlepszych ubrań „na poźniej”. Noś je już dzisiaj. Na co czekasz?

Autorka poradnika uczy jak poczuć się gustownie we własnej skórze. Jej propozycje są proste, a wynikają z obserwacji stylu Francuzek. Wnioski mogą być inspirujące. Pod warunkiem, że ma się ochotę coś w sobie zmienić.

Przyznam, że podchodziłam ze sporym dystansem do książki „Lekcje z Madame Chic”. Oczywiście nie mam zamiaru polecać tego poradnika komuś, kto ma akurat ochotę na lekturę z górnej pólki. Tu mamy do czynienia z zabawnie napisaną książką o tym, jak stać się bardziej wytrwałą w dążeniu do określania własnego stylu.

Na szczęście autorka pisząc tę książkę miała olbrzymi dystans do siebie. Jako Amerykanka, niewiele wiedziała o Francji, choć przyjechała tu studiować. Przy okazji tej lektury widać, co mieszkańcy USA sądzą o Europie…

„Lekcje Madame Chic” można przeczytać, żeby wprowadzić w swoje życie trochę zasad wypróbowanych przez Francuzki. Oczywiście warto podejść do tego z dystansem. Przecież nie trzeba przyjmować wszystkiego, a wybrać jedynie to, co akurat nam pasuje. Np. jedna z rad była taka, żeby ograniczyć garderobę do dziesięciu ubrań – za to świetnej jakości – pewnie niewiele osób dałoby się na to namówić. Przyznam, że parę razy byłam w Paryżu i to co napisała autorka ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jej obserwacje są jak najbardziej prawdziwe.

Po lekturze „W Paryżu dzieci nie grymaszą” P. Druckerman zastanawiałam się, do którego modelu nam bliżej: francuskiego, czy amerykańskiego? Muszę z pewnym żalem stwierdzić, że dominuje jednak ten ostatni. Jennifer L. Scott pokazuje jak diametralnie z nim zerwać. Bo kto nie chce być szykowny? Gdzieś w głębi w każdym z nas tkwi potrzeba dobrego smaku…

Za poradnik dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Literacki Nobel dla Alice Munro

Taniec szczęśliwych cieniWreszcie się doczekałam. Właśnie dzisiaj moja ulubiona pisarka otrzymała Literackiego Nobla. Chociaż raz udało mi się trafić, ponieważ właśnie za Alice trzymałam wszystkie dostępne mi kciuki…

W sumie moja przygoda z Munro jest jakaś taka niepełna. Przeczytałam jej debiutancki zbiór opowiadań i ten ostatni. Teraz mam w rękach „Przyjaciółkę z młodości”, ale jeszcze jej nie skończyłam… Jedno za co uwielbiam tę kanadyjska pisarkę, to sposób kreacji świata. W krótkim opowiadaniu tworzy jego schemat, ale daje czytelnikowi kredki, którymi trzeba sobie ten świat dopisać… Ale nie chodzi o to, że są to historie niedokończone. Raczej musimy pomyśleć, co dzieje się we wnętrzu głównych bohaterów.

Już  w  debiutanckim „Tańcu szczęśliwych cieni” widać kunszt noblistki (jak miło móc toDrogie życie słowo napisać). Z kolei ostatni tom opowiadań „Drogie życie” jest już czystym majstersztykiem. Nasunęło mi się jedno skojarzenie, że Munro jest odpowiedniczką Wisławy Szymborskiej, ale działającą w krótkiej formie zwanej opowiadaniem. Mam tylko jedno marzenie, że Munro da się złamać i napisze jeszcze jakiś tom. Z czystym sumieniem mogę tę pisarkę polecić wszystkim. Nie trzeba się bać jej twórczości, bo tak niekiedy dzieje się, kiedy autor dostaje Nobla. Wtedy przypina mu się łatkę – trudnego. Czytajcie Munro, bo jej proza jest piękna, ale odbiór nie jest trudny.

Cud w wersji Ignacego Karpowicza

Cud - Ignacy KarpowiczDzięki Ignacemu Karpowiczowi i jego powieści „Cud”, młodzież mogłaby ćwiczyć na lekcjach języka polskiego środek stylistyczny zwany oksymoronem. Bo czymże innym jest ciepły trup?

Moje pierwsze próby czytelnicze związane z twórczością tego pisarza, pochodzą z powieści „Balladyny i romanse”. Była to książka, która pokazywała kunszt pisarski Karpowicza. Jednak czy „Cud” również jest wart uwagi? Po głośnym debiucie pisarza, własnie tę książkę wydano jako drugą, w 2007 roku.

Głównym bohaterem powieści jest Mikołaj. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że chłopak ginie już na samym jej początku. Mamy trupa, ale nietypowego – bo utrzymującego temperaturę 36,7 stopnia Celsjusza. Na tym polega właśnie tytułowy cud – ciało się nie rozkłada, choć chłopak nie oddycha i nie przejawia żadnych oznak życia.

Jednocześnie Mikołaj stanowi pewien element spajający pozostałych bohaterów książki. Najważniejsza z nich to Anna. Kobieta dojrzała, choć jeszcze młoda, bo po trzydziestce. Atrakcyjna pani neurolog, o silnie rozwiniętej fantazji, kiedy decyduje się odwieźć trupa do prosektorium, jej życie zmienia się diametralnie. Bohaterka zakochuje się w denacie. Zresztą Mikołaj był atrakcyjnym mężczyzną. A uczucie, które buduje w sobie dziewczyna – jest według niej idealne, bo niezwykle czyste. Przecież nie kłóci się z ukochanym, nie ma między nimi żadnych konfliktów, czysta sielanka.

Dziewczyna wprowadza się do mieszkania Mikołaja, nosi jego szlafrok, używa jego perfumów. Nawet zaprzyjaźnia się z rodziną tragicznie zmarłego. Postanawia też zajść w ciążę z denatem. Niemożliwe? W tym niecnym celu zamierza wykorzystać byłego kochanka, który razem z nią pracuje… Tak rozpoczyna się cały korowód powiązań i zależności bohaterów.

Dla Ignacego Karpowicza „Cud” jest pretekstem do opisania relacji międzyludzkich. Z jednej strony czyni to w zabawny sposób. Śmierć Mikołaja ma w sobie więcej elementów komicznych, niż tragicznych, Sporo tu też groteski. Widać w niej styl Karpowicza, który dobrze się w tej grotesce czuje i doskonale sobie z nią radzi. Z drugiej strony mniej pozytywne staje się ukazanie pustki w tym, co ma ze sobą wiązać ludzi. Łatwiej zakochać się w denacie i stworzyć do tego całą historię, niż zdecydować na prawdziwe relacje z drugim człowiekiem.

Poprzez cud możliwe stanie się połączenie wielu losów ludzkich. Mikołaj jest pająkiem, który dzierga nić, dzięki której bohaterowie mają szansę się ze sobą związać. I choć pozornie wydarzenia są przypadkowe, niosą w sobie pytania natury egzystencjalnej. Karpowicz pokazuje, że wszystko może być szansą na spotkanie i zbliżenie do drugiego człowieka. Nawet śmierć obcej osoby. Odrobinę też kpi z tego. Jakby nie chce dodawać temu zbytniej powagi i ciężkości. Dlatego też posługuje się groteskowym stylem, kusi się nawet na używanie języka profetycznego. Efekt jest komiczny, choć bywa to śmiech przez łzy. Bo jak nazwać bieg ludzi po prawdę w Słowie, którego poszukują nie w Biblii (jak by się mogło wydawać), a w „Fakcie”? Karpowicz uzmysławia, że może warto otworzyć się na innych, by nie tworzyć tak płytkich relacji, jak związek z trupem. Układ pozornie idealny, ale jakże nierzeczywisty…

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego