Paulina Wilk o dzieciach transformacji w książce „Znaki szczególne”

Znaki szczególneZacznę od tego, że należę do tego samego pokolenia, co Paulina Wilk. Jest to istotne, gdyż każdy trzydziestoparolatek będzie podchodził do „Znaków szczególnych” z pewnym sentymentem. Książka została napisana o nas – całym pokoleniu, które urodzone między 1975 a 1985 rokiem, wkraczało w okres transformacji jeszcze jako osoby nieświadome, by dorastać już w wolnej Polsce.

Paulina Wilk w „Znakach szczególnych” przygląda się swojemu dzieciństwu oraz dojrzewaniu Jednak nie jest skupiona tylko na sobie. Stara się spojrzeć na ten okres z szerszej perspektywy, właśnie dlatego posługuje się cały czas zaimkiem „my”. Bohaterem staje się zatem cała generacja. Ma to pewne minusy, bo łatwo popaść w stereotypy, czy posługiwać utartymi kliszami. Moim jednak zdaniem autorka się obroniła.

Opisując rzeczy, które zapamiętała z czasów PRL-u, pokazała, jak bardzo różnił się tamten świat od tego, który mamy obecnie. Aby jednak określić naszą tożsamość, trzeba sięgnąć do tego, co nas ukształtowało. Paulina Wilk przytacza historie, które według niej były najbardziej typowe dla czasów przed 1989 rokiem. Łączyło nas wiele, choćby ciągłe poczucie braku i niedoboru. Dzięki temu, że niewiele można było mieć, byliśmy tacy sami. Niewidoczne były różnice majątkowe, bo i tak wszyscy ubierali się tak samo, bawili się w tych samych piaskownicach. Do zabawy wystarczyły kapsle, rowery po starszym rodzeństwie, a zimą sanki z metalowymi płozami. Marzenia również były podobne, choćby takie, by mieć magiczny ołówek z dobranocki „Zaczarowany ołówek”, a wtedy nasze kłopoty zostałyby natychmiast rozwiązane. Świat był prosty i przewidywalny.

Kiedy jednak nastał rok 1989, nagle coś zaczęło się zmieniać. Pojawiać zaczęły się przedmioty, które niesamowicie podziałały na wyobraźnię dziecięcą. Najpierw jednak główna bohaterka wraz ze swoim rocznikiem mogła przystąpić do Pierwszej Komunii. Wcześniej kościół był jednym z wielu budynków, którego wnętrza dzieci nawet nie znały – nie mogły jawnie uczestniczyć w mszach, jako latorośle wojskowych. A tu nagle komunia z całą tą uroczystą otoczką, podczas której pojawiać zaczęły się prezenty, których nawet najśmielsza wyobraźnia nie potrafiłaby wymyślić: BMX-y, zegarki elektroniczne, kalkulatory na baterie słoneczne. Prezenty zaczynały pokazywać już pewne różnice występujące między dziewięciolatkami, czy raczej ich rodzicami.

W „Znakach szczególnych” Paulina Wilk ze szczególnym sentymentem opisuje czasy swego dzieciństwa. Nie ma zamiaru jednak nostalgią darzyć PRL-u, a pewne pozytywne rzeczy, które utraciliśmy po odzyskaniu wolności. Nagle owo „my” zaczęło się rozpadać na poszczególne „ja”. Polacy postanowili nadrobić stracony czas, a ich głównym pragnieniem stało się dogonienie Zachodu. Autorka nie krytykuje przemian i demokracji, skupia się bardziej na krytyce wyścigu szczurów, którego stała się świadkiem i mimowolną uczestniczką. Najbardziej przerażające okazało się tempo, w którym następowała transformacja. Kolejne ideały stopniowo zaczęły sięgać bruku.

Pokolenie trzydziestolatków w pewnym momencie zaczęło zauważać, że podczas tej pogoni za Zachodem, sporo też straciliśmy. Oglądaliśmy się na wielki świat, nie widząc jak tracimy poczucie wspólnoty. Nikt już nie wpada spontanicznie do sąsiada po szklankę cukru, czy nie chodzi na niezapowiedziane wizyty do koleżanki. Dzieci również nie mają możliwości, by się nudzić, czy ganiać po podwórku. Wpadliśmy w pułapkę kolejnego systemu, bo patrzyliśmy na niego bezkrytycznie. Teraz 25 lat po przemianie, zaczynamy otwierać oczy i zauważać, że nie wszystko jest tak doskonałe, jak sobie to zaplanowaliśmy, czy jak nas zaprogramowano.

Czytając książkę Pauliny Wilk miałam problem, by czytać ją inaczej niż z perspektywy „my”. Jako, że należę do tego pokolenia, czułam, że „Znaki szczególne” są dla mnie i o mnie. Myślę jednak, że książka trafić powinna i do starszego, i młodszego pokolenia. Ci ostatni nie potrafią sobie wyobrazić PRL-u, a niekiedy ten czas jest dla nich absurdalnym obrazem z filmów Barei – groteską, która nie mogła wydarzyć się naprawdę. Warto posłuchać głosu Pauliny Wilk o tym, jak rozpadło się nasze pokolenie, by nabrać dystansu do wielu spraw. Autorka daje nam wyraźny sygnał, że warto zahamować i spokojnie spojrzeć wstecz teraz, a nie za dwadzieścia lat, kiedy będzie już za późno na zmiany.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.

Dorota Terakowska – „Córka Czarownic”

Córka czarownicDorota Terakowska wydawać by się mogło, że swą powieść „Córka czarownic”, kieruje do młodzieży. Jednak, gdy się bardziej wczytamy w tę historię, widzimy, że zastanawia się też nad tym, jaka powinna być władza. Pozornie więc jest to fantastyczna opowieść o dziewczynce, której przyszłość została już dawno temu zapisana w gwiazdach. Książka dla młodych odbiorców, ale czy tylko?

Poznajemy główną bohaterkę, kiedy jest kilkuletnim dzieckiem. Wychowuje ją Czarownica Pierwsza. Bohaterka jest sierotą, ale w zasadzie niczego nie wie o swojej przeszłości. Nie zna nawet swojego imienia. Czuje jednak, że ma jakieś ważne zadanie do spełnienia w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jednak nikt jej nie pyta o zgodę, gdyż przeznaczenia nie da się zmienić. Można się jednak odpowiednio przygotować na jego nadejście.

Dziewczynka uczy się czarów. Poznaje też Wielką Księgę. Uczy się jej słów na pamięć, gdyż to co zapisane jest niebezpieczne i może stanowić zagrożenie. Kiedy wszystko pozna, księga zostanie spalona. Na dziecko i Czarownicę ciągle czyha jakieś niebezpieczeństwo. Muszą się ukrywać przed Najeźdźcami, którzy na nie polują.

Po kilku latach Dziewczynka staje się Panienką. Zmienia się też Czarownica, która ją wychowuje. Zanim się jednak spotkają, muszą uciekać przed obławą Urghów, którzy ciągle mają się na baczności. Oni również znają słowa przepowiedni – tzw. Pieśni Jedynej, choć do końca nie wiedzą jak ją interpretować. Panienka żyje w ciągłym niepokoju, nie zna ludzi, nikomu bowiem nie można w pełni zaufać, a za bycie czarownicą grozi stos.

Najniebezpieczniejszym momentem dla Córki Czarownic, jest chwila, kiedy trzeba zmienić opiekunkę, wtedy łatwo je złapać. Najeźdźcy boją się tylko lasów. Nie wchodzą do nich w obawie przed upiorami i zjawami – dlatego właśnie tam jest najbezpieczniej. Jednak kiedy dziewczynka dowie się, że zamieszka w osadzie, będzie to dla niej zaskoczeniem. Okaże się, że musi poznać ludzi i to, jak są ciemiężeni przez Najeźdźców. Czy uda jej się zrozumieć naturę zniewolonego człowieka?

Tytułowa bohaterka dopiero kiedy skończy siedemnaście lat, pozna swoje prawdziwe imię. Do tego czasu wciąż poznawała będzie arkana magii oraz historię swojego królestwa, które kilkaset lat wcześniej zostało podbite przez barbarzyńskie plemię. Pięć Czarownic ma przekazywać jej wszystko, co wiedzą, ale jeśli choć jedna z nich zawiedzie, misja może się nie udać.

Córka Czarownic uczy się też, jak być doskonałym władcą. Gdyż według Czarownic, właśnie o niej mówi Pieśń Jedyna. Wystarczy jednak mała skaza na charakterze dziewczyny, by została odrzucona. Dziecko stopniowo dojrzewa, ale nie jest doskonałe. Jak sprawić, by niezwykłe umiejętności nie powodowały poczucia dumy? Jak nauczyć empatii, jeśli nie przebywało się nigdy w towarzystwie ludzi? Dziewczyna nie potrafi również pokochać, gdyż czarownice nie darzyły jej matczynym uczuciem.

Książka Doroty Terakowskiej napisana jest w taki sposób, by łatwo dotarła do młodego odbiorcy. Najpierw jest fantastyczną opowieścią, gdzie magia i czary walczą ze złem. Jednak, czy tak jak w baśni wszystko skończy się dobrze? Luella nie jest doskonała, ale dąży do tego, by być dobrą osobą. Nie chce zawieść. Terakowska pokazuje dojrzewanie, nabieranie świadomości przez przyszłą królową. Tak wygląda pierwsza warstwa tej książki. Druga mówi o władzy. Wystarczy spojrzeć na ostatnią stronę powieści i zerknąć na datę jej ukończenia. „Córka Czarownic” była pisana od 1985 do 1988 roku. Dopiero rok później Polska odzyska niezależność polityczną. Dlatego właśnie dla dorosłych „Córka Czarownic” staje się piękną, metaforyczną opowieścią o dojrzewaniu do zdobycia wolności nie tylko przez jednostkę, ale i cały naród.

Dziękuję za powieść Wydawnictwu Literackiemu

PS Z okazji Wielkanocy życzę dużej ilości czasu spędzonej na czytaniu – najlepiej rodzinnym. Może uda się poczytać w plenerze, jeśli pogoda pozwoli?

„Samobójstwo Europy. Wielka Wojna 1914-1918” – Andrzej Chwalba

Samobójstwo EuropyZarówno współczesność, jak i dwudziesty wiek, rozpoczęły się w 1914 roku po słynnym zamachu w Sarajewie. Wybuch pierwszej wojny światowej wyznaczył zatem granice epok. Skończyła się Belle époque, okres kiedy Europa kwitła i rozwijała się pod wieloma względami. Postęp jaki się wtedy dokonywał przyczynił się jednak do tego, by Wielka Wojna stała się pierwszą, która objęła cały świat.

Profesor Andrzej Chwalba nadał swej książce znamienny tytuł – „Samobójstwo Europy”. Starał się bowiem w syntetyczny i dokładny sposób udowodnić, że po 1918 roku coś się skończyło. Stary kontynent przestał dominować na świecie, gdyż dokonał swoistego zamachu sam na siebie wywołując wojnę.

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że ktoś chce konfliktu zbrojnego. Przed 1914 domagali się jej niemal wszyscy. 28 czerwca 1914 r. zaczęło się jednak coś, co przypomina efekt kuli śnieżnej – Gawriło Princip zastrzelił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga i jego żonę Zofię Chotek. Podobnych prób zamachu na jego życie było wcześniej bardzo wiele. Ta jednak okazała się skuteczna i brzemienna w skutki. Choć arcyksiążę był postacią powszechnie nielubianą, jego śmierć miała być pretekstem dla Austrii na rozwiązanie problemu ruchu niepodległościowego Serbów i Chorwatów zamieszkujących imperium Habsburgów. Austrii wydawało się, że w kilka tygodni rozwiąże tę kwestię nim ktokolwiek zdąży zareagować. Tyle, że poruszyło to wspominaną przeze mnie kulę i doprowadziło do globalnego konfliktu.

Na ponad sześciuset stronach otrzymujemy olbrzymią ilość informacji. Jednak nie będą to suche fakty. Prof. Chwalba nie pominął  ciekawostek, czy anegdot. Najważniejsze dla mnie jest jednak to, że miałam okazję przeczytać interesującą książkę. Autor jest znanym naukowcem, jednak potrafił zaciekawić mnie tym, co pisze. Wielu rzeczy dowiedziałam się po raz pierwszy – np. nie znałam fachowej nazwy na odwszawianie (immunizacja), czy tego, że niektórzy by uniknąć wojny starali się zachorować na którąś z chorób wenerycznych, co kończyło się niekiedy ślepotą…

Nie jestem znawcą militariów, czy miłośniczką opisów starć na liniach frontów. Jednak odkurzyłam sobie i tę wiedzę. Przypomniałam sobie nazwiska najważniejszych generałów i poznałam szczegóły dotyczące zmagań wojennych na wszystkich frontach. Andrzej Chwalba pokazał też absurdy wojny. Opisał, jak postęp w technice przyczynił się do zwiększenia liczby ofiar.

Lubię, kiedy historyk opisuje wybrane przez siebie zagadnienie również z punktu widzenia jednostki. I o tym autor nie zapomniał. W osobnych rozdziałach opowiedział o życiu codziennym podczas Wielkiej Wojny, losie kobiet, zniszczeniach, migracjach, czy nawet  o tym, skąd czerpano środki na wojnę. Działania militarne toczyły się na lądzie, powietrzu i na morzu, więc na te tematy autor wypowiedział się w szczegółowy sposób.

Andrzej Chwalba bardzo dokładnie opowiedział o pierwszej wojnie światowej. Starał się jednak pisać tak, by zaciekawić czytelnika. Myślę, że warto przyjrzeć się tej pracy, jeśli kogoś interesuje historia, ponieważ dowiadujemy się, jak ważny był ten globalny konflikt, który wciąż wydaje się być uznawany za mniej istotny niż druga wojna światowa. Po 1918 roku narodziły się nowe narody, ale nie doszło do rozwiązania sporów, dlatego wielu uważa, że następna wojna była tylko kontynuacją tej pierwszej. Za sprawą „Samobójstwa Europy” – syntezy, którą napisał wielokrotnie nagradzany profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, poukładałam sobie w głowie to, co wiedziałam o tej wojnie oraz poznałam wielu nieznanych mi dotąd faktów i ciekawostek.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.

„Tam gdzie spadają Anioły” – Dorota Terakowska

Tam gdzie spadają AniołySą takie książki po które chętnie wracam, nie zważając na ilość innych tytułów czekających w kolejce na stosie. Przychodzi taki dzień, że sięgam po powieści sprawdzone. Okazuje się wtedy, że po kilku, czy kilkunastu latach, patrzę na świat przedstawiony z zupełnie innej perspektywy. Powieść Doroty Terakowskiej „Tam gdzie spadają Anioły” należy właśnie do takich, które powinno się czytać przynajmniej dwa razy w życiu. Teoretycznie książka jest adresowana do młodzieży, a jednak dorośli również znajdą w niej coś dla siebie. Rekomendacją może być też fakt, że powieść w 1998 roku została wyróżniona nagrodą polskiej sekcji IBBY.

W powieści mowa o tym, że w wieku pięciu lat mała Ewa traci swojego Anioła Stróża. Dzieje się tak, ponieważ dochodzi do walki między złem a dobrem. Młody Anioł Ave postąpił nierozważnie wdając się bitwę z demonami, a kiedy przegrał, trafił na Ziemię pod ludzką postacią. Cierpi fizycznie, ponieważ stracił skrzydła. Oprócz tego ból sprawia mu świadomość, że jego podopieczna zdana jest na łaskę złego Vei, a on nic nie może uczynić, by ją chronić.

Kiedy Ave spada na Ziemię, dziewczynka wpada do dołu. Od tej chwili zaczyna się seria niefortunnych wypadków. Z dziecka, które niegdy nie czyniło sobie krzywdy, staje się niemal stałą bywalczynią szpitala. Co rusz przytrafia się jej coś złego. Najgorsze nadchodzi po ośmiu latach. Ewa zapada na białaczkę.

Pięcioletnia dziewczynka widziała na niebie walczące Anioły. Dorośli nie uwierzyli Ewie, zajęci swoimi sprawami, nie zadali sobie trudu, by unieść głowę i zobaczyć niezwykłe zjawisko. Ojciec zajęty komputerem i światem wirtualnym, niemal nie zdawał sobie sprawy, że ma dziecko. Matka, która nigdy nie cierpiała, nie potrafiła wyrzeźbić dzieła, które wyrażałoby ludzkie uczucia. Dopiero kiedy Ewie zaczynają się przytrafiać wypadki, zaczynają ją zauważać. Prawdziwym momentem zwrotnym okaże się nieuleczalna choroba. Świadomość, że mogą za chwilę stracić córkę powoduje, że czepiają się wszystkiego – są nawet w stanie uwierzyć, że pióro, które znaleźli osiem lat wcześniej, podczas pierwszego wypadku Ewy, należy do Anioła. Ale, czy rzeczywiście tak się stanie, by z pomocą pióra udało się uratować dziewczynkę?

Rodzice są mocno osadzeni w racjonalizmie. Tylko babcia i Ewa wierzą w to, czego nie da się ogarnąć rozumem. Dlatego między nimi jest najgłębsza więź i zrozumienie. Patrzą na świat przez pryzmat empatii oraz miłości. Dzięki tym uczuciom nie odrzucają tych, których świat nie chce. Choroba Ewy sprawi, że ważna stanie się wiara. Jednak jak przekonać rodziców dziewczynki do tego, by nie skupiali się tylko na logice? Paradoksalnie, ojcu Ewy pomoże istnienie wiedzy zwanej angelologią. Kiedy przeczyta dzieła Swedenborga, poczuje, że w życiu ważne jest coś więcej niż komputer i racjonalizm. Cierpienie, obawy o życie córki sprawią, że Anna wreszcie zostanie artystką.

Ave i Vea – dwa Anioły, które ze sobą walczyły są braćmi bliźniakami. Czarny demon mówi o manichejskiej walce dobra i zła. Jednak nawet go przeraża, jak silna może być ciemna moc, która nie ma właściwie żadnych granic. Może dlatego prosi brata o to, by wreszcie go polubił. Czuje, że bez dobra nie będzie mógł istnieć.

W książce poruszone zostały zagadnienia natury egzystencjalnej. Pojawią się pytania o cierpienie, jego sens. Poprzez tę poetycką opowieść czytelnik uświadamia sobie, że wiele zależy od wyboru, którego człowiek dokonuje w każdej chwili. Tylko od jego woli zależy, czy podąża ku dobru. Nawet najmniejsza, najbardziej niepozorna rzecz, może zmienić wszystko. Gdy czytałam tę powieść kilkanaście lat temu, przyjęłam punkt widzenia dziewczynki. Teraz, gdy sama jestem matką, mogę się zastanowić, jak traktuję swoje dzieci. Czy pozwalam im swobodnie patrzeć w niebo, by mogły zobaczyć Anioły? Powieść Doroty Terakowskiej przypomina, że warto znaleźć w sobie odrobinę dziecięcej wiary, by zrozumieć, jak piękny jest świat, bo przecież innego nie mamy.

Dziękuję za powieść Wydawnictwu Literackiemu.

„Czarny Hrabia” – Tom Reiss o protoplaście rodu Dumasów

Czarny HrabiaUwielbiałam książki Aleksandra Dumasa. Pochłaniałam historię hrabiego Monte Christo, d?Artagnana i trzech muszkieterów. Zresztą każdy chyba musiał się zetknąć choćby z jedną z wielu ekranizacji tych słynnych powieści. Jednego tylko wtedy nie byłam świadoma, że autor opowieści – Aleksander Dumas (ojciec) – miał czarnoskórą babcię. A to dopiero początek wielkiej historii…

Podczas czytania tych wszystkich wspaniałych przygód, nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia kim byli przodkowie Dumasa. Okazało się jednak dzięki książce Toma Reissa: „Czarny Hrabia”, że właśnie ojciec Aleksandra był pierwowzorem hrabiego Monte Christo. Miłośnicy literatury znają dwóch Dumasów. O tym, który stworzył ów ród nigdy wcześniej nie słyszałam. A wystarczyło dokładniej się przyjrzeć rycinom przedstawiającym autora „Trzech muszkieterów”, by dostrzec, że w historii rodu mogą być ukryte niesamowite historie.

Tom Reiss postanowił przyjrzeć się dokładniej tajemniczej postaci ojca Aleksandra Dumasa. Nie było to łatwe zadanie. Nieco informacji na jego temat zostawił autor „Hrabiego Monte Christo” w swoich dziennikach. Inne źródła zostały odnalezione w sejfie w muzeum w Villers-Cotter?ts, do którego Reiss musiał się włamać. Ostatecznie udało mu się uzyskać dostęp do cennych dokumentów, rzucających nieco światła na postać Alexa. Samo zbieranie materiałów było fascynującą przygodą, podobnie jak życie opisywanej postaci.

Thomas-Alexandre był synem markiza Alexandre Antoine Davy de la Pailletrie i czarnoskórej niewolnicy Marie Cessette. Przyszedł na świat w 1762 roku, w Saint-Domingue, francuskiej kolonii na Karaibach. Dopiero jako czternastolatek przybył wraz z ojcem do Francji. Jako, że Alex był synem markiza, mógł być tytułowany hrabią. Musiał jednak nadrobić braki w edukacji. Okazało się jednak, że wcale nie jest jedynym Mulatem w okolicy. Francuzi zresztą traktowali czarnoskórych znacznie lepiej niż choćby Amerykanie. W Paryżu Thomasa-Alexandre’a traktowano z podziwem, jeszcze nie uważano jego koloru skóry jako świadectwa niższości. Era rasizmu i dyskryminacji rasowej dopiero nadchodziła. Bohater książki budową ciała przypominał greckiego herosa. Młody arystokrata wyróżniał się nie tylko wyglądem i postawą. Wykazywał olbrzymi talent w posługiwaniu się szablą.

W 1786 roku zaciągnął się do armii jako prosty żołnierz. Teraz zaczął się posługiwać imieniem Alexandre i nazwiskiem  Dumas. Nad Francję nadciągnęły chmury kryzysu. Podczas zawirowań rewolucji francuskiej udało mu się nie stracić głowy na szafocie. Alexandre trafił ze swoim regimentem do Villers-Cotter?ts, gdzie poznał swoją przyszłą żonę. Stopniowo piął się po drabinie wojskowej. Dzięki bohaterskim czynom na polach bitewnych, został generałem. Jednak jego gwiazda przestała błyszczeć za sprawą Bonapartego, który zbytnio nie cenił dokonań Alexandre. Ostatecznie Dumas zmarł w wieku 45 lat, nie doczekawszy się najmniejszych zaszczytów ów za zasługi. Jego rodzina popadła w biedę. Osierocony syn – Aleksander – do końca życia będzie idealizował ojca.

Biografia Toma Reissa „Czarny Hrabia” otrzymała w 2013 roku prestiżową Nagrodę Pulitzera. Książkę można pochłaniać jak powieść przygodową i zapomnieć, że została oparta na faktach. Aż nie chce się wierzyć, że człowiek, który potrafił dokonać wielu bohaterskich czynów, zmarł w niesławie i szybko o nim zapomniano. Generał Alex nie tylko wyróżniał się kolorem skóry. Jego ojciec nie przyniósł chluby swojej rodzinie. Za to syn stał się jego całkowitym przeciwieństwem, choćby osiągając tytuł generała.

Książka nie byłaby może tak wartościowa, gdyby opowiadała tylko o samym Alexandre Dumasie. Tom Reiss postarał się, by przybliżyć czytelnikom kontekst historyczny. Nie zapomniał nawet opisać, jaka była mentalność Francuzów i co mówiło prawo na temat Amerykanów – tak nazywano wtedy „kolorowych” obywateli Francji. Dzięki temu biografia staje się pełna i zrozumiała (nie wspomnę o powoływaniu się na liczne źródła). Nie tylko wyjaśniła co się stało z Czarnym Hrabią, ale i pozwoliła lepiej zrozumieć kolejnego Aleksandra Dumasa…

Dziękuję za biografię Wydawnictwu Literackiemu.

„To nie jest kraj dla starych ludzi” Cormac McCarthy

To nie jest kraj dla starych ludziKsiążka „To nie jest kraj dla starych ludzi” Cormaca McCarthy’ego stała się jeszcze bardziej słynna po ekranizacji. Obraz braci Coen z 2007 roku, otrzymał aż cztery Oscary, w tym za najlepszy film oraz za reżyserię. Przed obejrzeniem ekranizacji lubię mieć za sobą lekturę. Tym razem jednak tak się nie stało, ale przez to, że film widziałam dość dawno temu, nie wpłynęła ona jakoś szczególnie na mój odbiór powieści.

Akcja książki „To nie jest kraj dla starych ludzi” kręci się teoretycznie wokół aktówki z dwoma milionami dolarów. Llewelyn Moss trafia przez przypadek w miejsce, gdzie rozegrała się walka. Gdzieś na pograniczu USA i Meksyku doszło do jatki między handlarzami narkotyków. Giną niemal wszyscy, zostają jedynie pieniądze i narkotyki. Moss – snajper, weteran wojny wietnamskiej, postanawia zabrać dolary. Ta decyzja spowoduje, że z myśliwego staje się zwierzyną łowną, którą ścigać będzie wielu.

Powieść podzielona została na rozdziały, z których każdy zaczyna się od monologu wewnętrznego szeryfa Bella. Czujemy się tak, jakbyśmy obserwowali postać z westernu. Prawy człowiek, stojący mocno na nogach. Jego moralność może być wzorem dla wielu. Kiedy czytałam jego wypowiedzi, niemal słyszałam jego teksaski akcent. Szeryf jest dla czytelnika kwintesencją amerykańskiego bohatera – współczesnym Johnem Waynem. Weteran wojenny z drugiej wojny światowej, szczęśliwie żonaty, żyjący niemal jak mnich. Jednak gdzieś w zanadrzu czujemy, że życie mocno go doświadczyło. Podejmując pracę szeryfa, pragnie odpokutować coś, co wydarzyło się podczas wojny.

W książce mamy do czynienia z kolejnymi scenami, podczas których obserwujemy albo szeryfa, albo Mossa, lub psychopatę Chigurha. Głównie dzięki temu ostatniemu trup ściele się gęsto i wylane zostaje morze krwi. Demoniczny Anton Chigurh również ma swoje zasady, którymi się kieruje. Jednak jego dogmaty przywołują raczej na myśl anioła śmierci, sprowadzającego piekło na ziemię.

Llewelyn Moss, kiedy sięga po teczkę z pieniędzmi, zdaje sobie sprawę ze swego wyboru. Wie, że będzie musiał walczyć, mimo to stawia wszystko na jedną kartę. Bohaterowie tej książki zdają sobie sprawę z nieuchronności losu. Chigurh mówi, że nawet jeśli dokonamy jakiegoś wyboru, nasze życie jest już z góry ustalone. On tylko dopełnia ten los.

Książka „To nie jest kraj dla starych ludzi” Cormaca McCarthy’ego trzyma czytelnika cały czas w napięciu. W końcu twa pościg, a mimo naszej czujności i tak co rusz jesteśmy zaskakiwani. Oprócz tego odbywamy podróż po amerykańskiej ziemi, wręcz możemy zachłysnąć się jej olbrzymią przestrzenią. Największym plusem powieści są jej dialogi. Zastosowano zabieg, który nieco utrudnia odbiór, ponieważ przyzwyczajeni jesteśmy do używania myślników w celu zaznaczenia dialogów. Tutaj tego nie ma. Niekiedy musimy się zastanowić, czy mamy do czynienia z monologiem wewnętrznym bohatera, czy rozmową. Warto jednak podjąć ten trud, ponieważ tłumacz postarał się za pomocą języka oddać charakter bohaterów. Myślę, że nie było to łatwe.

Z powieści płynie ciekawe przesłanie. McCarthy dokonał w niej studium ludzkiej natury. Choć zastosował formę kojarzącą się raczej z rozrywką, a mianowicie posłużył thrillerem, ukazał czytelnikom drugie dno. Podróżując z głównymi bohaterami, razem z nimi zastanawiamy się nad ludzką egzystencją. Dostrzegamy, jak cienka jest granica między dobrem a złem.

„To nie jest kraj dla starych ludzi” posiada dobrze przemyślaną konstrukcję. McCarthy potrafił stworzyć ciekawe postacie. Szeryf Bell jest człowiekiem z krwi i kości, a jednocześnie nie pozbawionym heroiczności. Dzięki niemu zastanawiamy się nad kondycja ludzką, naszą naturą. Powieść porywa nas swą akcją, ale jednocześnie zmusza do myślenia o tym, jacy są ludzie. Nie ma łatwych i prostych odpowiedzi, za to w środku każdej egzystencji dostrzegamy mrok. Nawet dobry bohater posiada jakąś rysę. Problem polega na tym, czy potrafi zapanować nad złem tlącym się w jego wnętrzu?

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Literackiemu.