Zacznę od tego, że należę do tego samego pokolenia, co Paulina Wilk. Jest to istotne, gdyż każdy trzydziestoparolatek będzie podchodził do „Znaków szczególnych” z pewnym sentymentem. Książka została napisana o nas – całym pokoleniu, które urodzone między 1975 a 1985 rokiem, wkraczało w okres transformacji jeszcze jako osoby nieświadome, by dorastać już w wolnej Polsce.
Paulina Wilk w „Znakach szczególnych” przygląda się swojemu dzieciństwu oraz dojrzewaniu Jednak nie jest skupiona tylko na sobie. Stara się spojrzeć na ten okres z szerszej perspektywy, właśnie dlatego posługuje się cały czas zaimkiem „my”. Bohaterem staje się zatem cała generacja. Ma to pewne minusy, bo łatwo popaść w stereotypy, czy posługiwać utartymi kliszami. Moim jednak zdaniem autorka się obroniła.
Opisując rzeczy, które zapamiętała z czasów PRL-u, pokazała, jak bardzo różnił się tamten świat od tego, który mamy obecnie. Aby jednak określić naszą tożsamość, trzeba sięgnąć do tego, co nas ukształtowało. Paulina Wilk przytacza historie, które według niej były najbardziej typowe dla czasów przed 1989 rokiem. Łączyło nas wiele, choćby ciągłe poczucie braku i niedoboru. Dzięki temu, że niewiele można było mieć, byliśmy tacy sami. Niewidoczne były różnice majątkowe, bo i tak wszyscy ubierali się tak samo, bawili się w tych samych piaskownicach. Do zabawy wystarczyły kapsle, rowery po starszym rodzeństwie, a zimą sanki z metalowymi płozami. Marzenia również były podobne, choćby takie, by mieć magiczny ołówek z dobranocki „Zaczarowany ołówek”, a wtedy nasze kłopoty zostałyby natychmiast rozwiązane. Świat był prosty i przewidywalny.
Kiedy jednak nastał rok 1989, nagle coś zaczęło się zmieniać. Pojawiać zaczęły się przedmioty, które niesamowicie podziałały na wyobraźnię dziecięcą. Najpierw jednak główna bohaterka wraz ze swoim rocznikiem mogła przystąpić do Pierwszej Komunii. Wcześniej kościół był jednym z wielu budynków, którego wnętrza dzieci nawet nie znały – nie mogły jawnie uczestniczyć w mszach, jako latorośle wojskowych. A tu nagle komunia z całą tą uroczystą otoczką, podczas której pojawiać zaczęły się prezenty, których nawet najśmielsza wyobraźnia nie potrafiłaby wymyślić: BMX-y, zegarki elektroniczne, kalkulatory na baterie słoneczne. Prezenty zaczynały pokazywać już pewne różnice występujące między dziewięciolatkami, czy raczej ich rodzicami.
W „Znakach szczególnych” Paulina Wilk ze szczególnym sentymentem opisuje czasy swego dzieciństwa. Nie ma zamiaru jednak nostalgią darzyć PRL-u, a pewne pozytywne rzeczy, które utraciliśmy po odzyskaniu wolności. Nagle owo „my” zaczęło się rozpadać na poszczególne „ja”. Polacy postanowili nadrobić stracony czas, a ich głównym pragnieniem stało się dogonienie Zachodu. Autorka nie krytykuje przemian i demokracji, skupia się bardziej na krytyce wyścigu szczurów, którego stała się świadkiem i mimowolną uczestniczką. Najbardziej przerażające okazało się tempo, w którym następowała transformacja. Kolejne ideały stopniowo zaczęły sięgać bruku.
Pokolenie trzydziestolatków w pewnym momencie zaczęło zauważać, że podczas tej pogoni za Zachodem, sporo też straciliśmy. Oglądaliśmy się na wielki świat, nie widząc jak tracimy poczucie wspólnoty. Nikt już nie wpada spontanicznie do sąsiada po szklankę cukru, czy nie chodzi na niezapowiedziane wizyty do koleżanki. Dzieci również nie mają możliwości, by się nudzić, czy ganiać po podwórku. Wpadliśmy w pułapkę kolejnego systemu, bo patrzyliśmy na niego bezkrytycznie. Teraz 25 lat po przemianie, zaczynamy otwierać oczy i zauważać, że nie wszystko jest tak doskonałe, jak sobie to zaplanowaliśmy, czy jak nas zaprogramowano.
Czytając książkę Pauliny Wilk miałam problem, by czytać ją inaczej niż z perspektywy „my”. Jako, że należę do tego pokolenia, czułam, że „Znaki szczególne” są dla mnie i o mnie. Myślę jednak, że książka trafić powinna i do starszego, i młodszego pokolenia. Ci ostatni nie potrafią sobie wyobrazić PRL-u, a niekiedy ten czas jest dla nich absurdalnym obrazem z filmów Barei – groteską, która nie mogła wydarzyć się naprawdę. Warto posłuchać głosu Pauliny Wilk o tym, jak rozpadło się nasze pokolenie, by nabrać dystansu do wielu spraw. Autorka daje nam wyraźny sygnał, że warto zahamować i spokojnie spojrzeć wstecz teraz, a nie za dwadzieścia lat, kiedy będzie już za późno na zmiany.
Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.
Dorota Terakowska wydawać by się mogło, że swą powieść „Córka czarownic”, kieruje do młodzieży. Jednak, gdy się bardziej wczytamy w tę historię, widzimy, że zastanawia się też nad tym, jaka powinna być władza. Pozornie więc jest to fantastyczna opowieść o dziewczynce, której przyszłość została już dawno temu zapisana w gwiazdach. Książka dla młodych odbiorców, ale czy tylko?
Zarówno współczesność, jak i dwudziesty wiek, rozpoczęły się w 1914 roku po słynnym zamachu w Sarajewie. Wybuch pierwszej wojny światowej wyznaczył zatem granice epok. Skończyła się Belle époque, okres kiedy Europa kwitła i rozwijała się pod wieloma względami. Postęp jaki się wtedy dokonywał przyczynił się jednak do tego, by Wielka Wojna stała się pierwszą, która objęła cały świat.
Są takie książki po które chętnie wracam, nie zważając na ilość innych tytułów czekających w kolejce na stosie. Przychodzi taki dzień, że sięgam po powieści sprawdzone. Okazuje się wtedy, że po kilku, czy kilkunastu latach, patrzę na świat przedstawiony z zupełnie innej perspektywy. Powieść Doroty Terakowskiej „Tam gdzie spadają Anioły” należy właśnie do takich, które powinno się czytać przynajmniej dwa razy w życiu. Teoretycznie książka jest adresowana do młodzieży, a jednak dorośli również znajdą w niej coś dla siebie. Rekomendacją może być też fakt, że powieść w 1998 roku została wyróżniona nagrodą polskiej sekcji IBBY.
Uwielbiałam książki Aleksandra Dumasa. Pochłaniałam historię hrabiego Monte Christo, d?Artagnana i trzech muszkieterów. Zresztą każdy chyba musiał się zetknąć choćby z jedną z wielu ekranizacji tych słynnych powieści. Jednego tylko wtedy nie byłam świadoma, że autor opowieści – Aleksander Dumas (ojciec) – miał czarnoskórą babcię. A to dopiero początek wielkiej historii…
Książka „To nie jest kraj dla starych ludzi” Cormaca McCarthy’ego stała się jeszcze bardziej słynna po ekranizacji. Obraz braci Coen z 2007 roku, otrzymał aż cztery Oscary, w tym za najlepszy film oraz za reżyserię. Przed obejrzeniem ekranizacji lubię mieć za sobą lekturę. Tym razem jednak tak się nie stało, ale przez to, że film widziałam dość dawno temu, nie wpłynęła ona jakoś szczególnie na mój odbiór powieści.