Obcy w domu – Raja Shehadeh

Obcy w domuRaja Shehadeh został nominowany w 2012 roku do Nagrody im. Kapuścińskiego za reportaż literacki „Palestyńskie wędrówki”.  Nie czytałam tej pozycji, ale zainteresowały mnie problemy, jakie podejmuje autor w swoich książkach.

„Obcy w domu” jest opowieścią autobiograficzną o człowieku, który został wypędzony, jeszcze zanim się urodził. Jego rodzina pochodziła z Jafy, ale miejscowość została zaanektowana w 1948 roku przez Izraelczyków. Rodzice Rai udali się do Ramallah, gdzie mieli letni dom. Shehadeh rodzi się w 1951 roku – czasie, kiedy życie Palestyńczyków było bardzo trudne.

Główny bohater wzrasta w tymczasowym domu, miejscu, gdzie żyje się tęsknotą za czymś, co zostało utracone prawdopodobnie na zawsze. Jego ojciec angażował się na rzecz pokojowego współistnienia Palestyńczyków i Izraelczyków. Pierwsi uznali go za zdrajcę, drudzy z kolei nie w pełni ufali.

Raja dorastał w cieniu ojca. Uwielbiał opowieści babki, które dotyczyły utraconego hotelu w Jafie. Nadopiekuńcza matka zostawiała go często w domu, więc jego kontakty z rówieśnikami były bardzo ograniczone. Stał się delikatny i wrażliwy, co bardzo denerwowało jego ojca.

Shehadeh przez całe życie pragnie się uwolnić od jego wpływu. Skazane jest to jednak na niepowodzenie. Od początku bohater stara się przypodobać ojcu, ciągle szuka  jego akceptacji, jednak bez skutku. „Obcy w domu” między innymi jest historią o trudnych relacjach między synem a ojcem. Ich osobiste relacje nie były łatwe. Jednak zaważyły na osobistych wyborach życiowych Rai. Chłopak wzrastał w cieniu ojca Aziza, ale w sumie podążał podobną drogą. Jak on skończył studia prawnicze, choć początkowo nie wiedział którędy iść. Ten delikatny chłopak chciał służyć dobru Palestyny, mimo że nieco inaczej niż Aziz. Ostatecznie dochodzi do ostrego konfliktu między ojcem a synem.

Kolejnym elementem powieści jest konflikt izraelsko – palestyński. On właśnie przekłada się na relacje rodzinne. I kiedy Raja Shehadeh dowiaduje się o morderstwie ojca, zdaje sobie nagle sprawę, że już nigdy się nie pojednają. Nie doczeka akceptacji Aziza, ani go nie przeprosi.

„Obcy w domu” to ważna książka, która nie dzieli świata na czarno-biały. Z jednej strony mamy obraz Izraelczyków, będących według Shehadeha okupantami. A z drugiej – autor sam będąc Palestyńczykiem – pisze, że jego rodacy też są winni temu co się dzieje obecnie. Otrzymujemy historie o Izraelczykach bezprawnie wywłaszczających Palestyńczyków, gdzie biurokracja działa tylko na korzyść okupantów. Oni torturują i prześladują więźniów. Shehadeh krytykuje również rodaków. Tak jak ojciec uważa, że winę ponoszą sami Palestyńczycy, którzy wycofali się z działań politycznych na terytoriach okupowanych. Po prostu oddali wszystko agresorowi, bo nie chcieli w żaden sposób współpracować.

Aziz pragnął uznania państwa Izrael, ale jednocześnie uważał, by jak najwięcej uzyskać od okupantów – a docelowo wywalczyć w ten sposób wywzolenie – drogą kolejnych ustępstw. Nieco przypomina to pozytywistów w czasach zaborów. Taki pogląd był dla Palestyńczyków ewidentną zdradą, przykładem kolaboracji.

Książka Shehadeh porusza nie tylko tematyką, którą podejmuje. Pokazuje pewien problem, stawia sporo trudnych pytań. Mnie urzekła również opowieść o trudnych relacjach między ojcem a synem.  Shehadeh podszedł do tematu inaczej niż Schulz w „Sklepach Cynamonowych” – choć wnioski mogą być podobne. Świetnie zostało pokazane piękno Palestyny – wygląda niemal jak pierwsza ukochana. Rewelacyjny język „Obcego w domu” wręcz przenosi czytelnika w opisywane miejsce. Utracony kraj został pokazany w sposób niezwykle zmysłowy i fascynujący, ale i z pewną nostalgią. Shehadeh tworzy obrazy, by je utrwalić na zawsze, gdyż krajobraz pod wpływem Izraela ulega ciągłej przemianie, aż do całkowitej dewastacji.

Dziękuję wydawnictwu Karakter z książkę „Obcy w domu”.

Alfred Hitchcock. Nieznana historia „Psychozy” – Stephen Rebello

Alfred Hitchcock„Mary zaczęła krzyczeć i nagle zasłonka rozsunęła się jeszcze bardziej, a do środka wsunęła się dłoń trzymająca rzeźnicki nóż. Był to nóż, który chwilę później uciął jej krzyk. I jej głowę.”

Ten cytat pochodzi z książki Roberta Blocha, na podstawie której powstał film.  Dzisiaj  „Psychoza” uznawana jest za klasyka thrillera. Sceny pod prysznicem nikomu nie trzeba wyjaśniać – od razu wiadomo, o jaki obraz chodzi. Jak doszło do powstania filmu, w jaki sposób powstawał i co się działo po jego nakręceniu, dowiemy się z książki „Alfred Hitchcock. Nieznana historia Psychozy” Stephena Rebello.

Nie przez przypadek tak głośno o reżyserze filmu „Północ, Północny Zachód”. Do kin wchodzi właśnie obraz „Hitchcock” z Antony Hopkinsem, w tytułowej roli.  Reżyser Sacha Gervasi  pokazuje jak powstała „Psychoza”, ale trzeba pamiętać, że film ma być rozrywką. Nie jest dokumentem, w którym wszystko przedstawiono rzetelnie i na podstawie suchych faktów.

W książce otrzymujemy mnóstwo informacji na temat „Psychozy”. Rebello zaczynał swą przygodę z tym filmem od pisania artkułu prasowego. Z czasem nazbierało się tyle materiałów, by mogła powstać książka, którą opublikował w 1990 roku. Autor miał możliwość spotkania i rozmawiania z wieloma ludźmi, którzy przyczynili się w jakiś sposób do tego obrazu „Psychozy”, który wielu miłośników kina zna niemal na pamięć.

Zaczynamy wkraczać w świat filmu od samej inspiracji, jaką był pewien morderca. Ed Gein zasłynął z tego, że w wolnym czasie zajmował się nietypowym rękodziełem. W jego domu znaleziono portmonetkę i bransoletkę z ludzkiej skóry, z niej też wykonano tapicerkę na krześle. Podobnych potworności było mnóstwo. Ed opowiadał policji, że „rozbiera rzeczy” (w sensie – ludzkie szczątki), by  sprawdzić „jak działają”. Historia Geina zainspirowała Roberta Blocha do napisania powieści.

Tak właśnie powstała „Psychoza”. Książka, która musiała trafić do słynnego reżysera. Alfred Hitchcock był u szczytu sławy. Jednak jego ambicje były olbrzymie. Postanowił stworzyć coś, czego nikt  jeszcze nie widział. Bo przecież zabicie głównej bohaterki po dwudziestu minutach flmu, wydawało się samobójstwem dla mającego powstać obrazu.

Hitchcock został przedstawiony jako człowiek, który wie, czego chce. Uznał, że gwiazdą filmu będzie – on i fabuła. „Psychoza” stała się dla niego wyzwaniem. Uwierzył w nią tak mocno, że nawet sam ją sfinansował. Wytwórnia Paramount zgodziła się na dystrybucję filmu, między innymi dlatego, że reżyser zrezygnował z honoarium, miał otrzymać sześćdziesiąt procent własności negatywów. Nikt nie przypuszczał, jaki sukces finansowy odniesie „Psychoza”.

Problemem była cenzura. Zgodnie z kodeksem Haysa niewiele można było pokazać. Kontrowersje wzbudzała nie tylko scena pod prysznicem, ale i pomysł sfilmowania… – toalety. Co ciekawe, cenzorzy za każdym razem widzieli w filmie co innego. A to dwaj doszukali sie nagości, za to inni się jej nie dopatrzyli. Po ponownym obejrzeniu filmu, ci pierwsi uznali, że nie ma golizny, a ostatni, że jednak jest… Ostatecznie film trafił do kin.

Z książki dowiemy się, jak reżyser dobierał aktorów, ile dni kręcono obraz, jakie były kwestie sporne. Z pewnością udało mi się nieco lepiej zrozumieć „Psychozę”. Rebello przedstawia punkt widzenia reżysera, jak on sam interpretował poszczególne sceny. Co chciał uzyskać w kolejnych ujęciach.

„Nieznana historia Psychozy” jest książką dla miłośników dobrego kina. Sporo się można dowiedzieć na temat, w jaki sposób tworzył filmy mistrz reżyserii. Nie ma miejsca na plotki, czy tabloidowe informacje. W filmie z Hopkinsem w roli Hitchcocka, skupiono się na relacji reżysera z żoną, tu tego nie znajdziemy. Warto sięgnąć po książkę Rebello, by dowiedzieć się czegoś o samym Hitchcocku. Obraz, który otrzymamy, jest bardziej wiarygodny, niż ten z filmu Sachy Gervasiego, który niedawno wszedł na polskie ekrany. Fanów Hitchcocka nie trzeba namawiać do lektury. Przeczytałam „Nieznaną historię Psychozy” dla mistrza suspensu. Miłośników historii mrożących krew w żyłach, zachwyci opowieść o Edzie Geinie. Mnie natomiast autor przekonał do samego Hitchcocka. Udowodnił, jak wielkim geniuszem był ten człowiek i jak dobrze znał ludzkie wnętrze.

Dziękuję wydawnictwu SQN za egzemplarz książki.

Poniedziałkowe dzieci – renesansowa Patti Smith

Poniedziałkowe dzieciOd dawna polowałam na książkę Patti Smith pt. „Poniedziałkowe dzieci”. Muzyka artystki mówi sama za siebie, ale chciałam wiedzieć, co ma do powiedzenia ta niewątpiwie wielka indywidualność.

Końcówka lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych ubiegłego wieku z perspektywy czasu, wydaje się być rajem dla artystów. Właśnie wtedy rodziły się gwiazdy rocka, malarstwa, fotografii, czy poezji. Albo jak w przypadku Patti Smith niemal wszystko na raz. Jednak jeśli ktoś sięgnie po tę historię, myśląc, że trzyma w ręku biografię artystki, może się zawieść. „Poniedziałkowe dzieci” są przede wszystkim hołdem złożonym Robertowi Mapplethorpe’owi.

Patti Smith zaczyna opowieść dwutorowo. Najpierw wspomina o swoim dzieciństwie. Od pierwszych stron mamy smaczek za smaczkiem – zwłaszcza przemówił do mnie opis matki, która uczy dziewczynkę modlitwy, nie wypuszczając jednocześnie papierosa z ręki (czy ust). Potem mowa o dzieciństwie Roberta Mapplethrope. Bohaterów łączy to, że urodzili się tego samego roku – w poniedziałek, stąd taki a nie inny tytuł polskiej wersji książki. W oryginale brzmi on – Just Kids.

Łatwiej artystce pisać o swoim dzieciństwie, gdyż Robert niewiele o nim mówił, uważając, że nie warto wspominać o tamtych czasach. Patti Smith nie ukrywa, że jako dziewiętnastolatka została matką, a następnie oddała dziecko parze pragnącej dziecka. Po wyrzuceniu ze studiów, postanawia podjąć pracę w drukarni podręczników w Filadelfii, ale szybko wyjeżdża do Nowego Jorku. Wie jedno – że pragnie zostać artystką.

Życie cyganerii pod koniec lat sześćdziesiątych nie jest łatwe. Trudno o pracę, głód nie pomaga tworzyć, zresztą bez pieniędzy nie da się być artystą, bo nie starcza nawet na najskromniejsze materiały. Trudno też się zdecydować na konkretną dziedzinę sztuki, tyle jest do przekazania. Zwykłe dzieciaki spotykają się przez przypadek. Robert ratuje Patti przed nieciekawym adoratorem. Tak zaczyna się ich niesamowita relacja.

Najpierw są kochankami, później Robert odkrywa w sobie skłonności homoseksualne. Nie przeszkadza im to jednak darzyć się czystą miłością. Łaczy ich przede wszystkim umiłowanie sztuki.  Mapplethrope początkowo maluje, ciągle poszukuje metody na wyrażanie się. Pomaga sobie używkami. Patti z kolei uważa się za poetkę i nie daje się namówić na śpiewanie, ani na narkotyki.

Kiedy bohaterowie zamieszkają w hotelu Chelsea, stają się jednocześnie sąsiadami znanych twórców. Poznają wybitnych poetów, muzyków, artystów wszelkich maści. Ginsberg, Godard i Hendriks są osobami, które można w każdej chwili spotkać gdzieś na korytarzu. Długo poszukują inspiracji, ale w końcu odnajdują niszę dla siebie – Robert fotografuje, a Patti Smith pisze poezję i piosenki.

Bohaterowie, choć nie zostaną parą, do końca są bratnimi duszami. Smith opisuje na kartach swej książki, na czym polega istota przyjaźni. Choć nie wszystkie posunięcia Roberta akceptuje, mam on u niej zawsze pełną uwagę. Mogłoby się wydawać, że Robert będzie prowokatorem, jednak Patti również nauczy się wyrażać swoje zdanie. Najważniejsze będzie obrazoburcze: Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie moje. Poezja Smith inspirowana jest twórczością Rimbauda i Williama Blake’a, a sama piosenkarka stała się matką chrzestną punk rocka.

Robert  Mapplethrope był ofiarą swoich czasów – zmarł w 1989 roku z powodu komplikacji wywołanych przez AIDS. Książka napisana przez Patti powstała na jego życzenie. Smith obiecała Robertowi, że opisze ich życie oraz relacje jakie łączyły tę parę. Byli jak bliźniacze dusze. Tworzyli wielką sztukę. Dzięki tej świetnej książce widać to jasno. Nie można przejść obok „Poniedziałkowych dzieci” obojętnie. A jeśli kogoś fascynują wspaniałe lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku – jest to pozycja obowiązkowa. Czytelnik, który szuka w książce sporej dawki wrażliwości i emocji również się nie zawiedzie.

Święta z Pink Floyd

Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną lataćKsiążka Marka Blake’a „Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać”, stanowi nielada gratkę dla fanów tej grupy muzycznej. Tym bardziej jest widoczne, że to wartościowa lektura, skoro patronuje jej medialnie radiowa Trójka – jak dla mnie autorytet w kwestii muzyki. Posłowie napisał Piotr Metz, który przybliżył czytelnikom związki członków tej grupy z Polską.

Aby w pełni zrozumieć sens książki najlepiej czytać ją w towarzystwie muzyki Pink Floyd. Autor biografii na ponad 500 stronach, w niemal benedyktyński sposób, opisuje każde dzieło stworzone przez członków tej grupy – zarówno w zespole, jak i solowo. Oczywiście, znawcy Pink Floyd doskonale będą się orientowali. Jednak zwykły wielbiciel muzyki, który najlepiej kojarzy The Wall i The Dark Side of the Moon, ma okazję dowiedzieć się czegoś więcej.

Mark Blake – pisarz i dziennikarz muzyczny – stworzył swe dzieło na podstawie stu wywiadów. Niestety, grupa nie lubiła prasy, więc zadanie należało do trudnych, by rzetelnie przedstawić historię Pink Floyd. Myślę jednak, że autorowi się udało.

Najbardziej lubię wczytywać się w  historie z dzieciństwa przyszłych geniuszy muzycznych. Co powoduje, że zaczynają tworzyć? Cóż takiego ich kształtuje i jakie okoliczności sprawiają, że trafiają na siebie?

Na początku postacią dominującą jest Syd Barrett. Jednak bez pozostałych członków grupy niewiele by zwojował. Pierwszy skład zespołu tworzył bez Davida Gilmoura, który w tym czasie grał w innej grupie muzycznej. Roger Waters z kolei wcale nie był wielbicielem rocka, miał zostać architektem. Nick Mason wybrał granie na perkusji a Richard Wright został klawiszowcem.

Wspominam nazwiska członków Pink Floyd z ważnego powodu. Muzycy tak starannie chcieli się ukrywać przed publicznością, a zwłaszcza reporterami, że stali się niemal anonimowi. Wszyscy znali nazwę zespołu, muzykę, a tylko fani wiedzieli coś więcej o artystach. Sam pomysł stworzenia muru i odgrodzenia się od publiki, też o czymś świadczy.

Książka „Pink Floyd” pokazuje czytelnikowi jak wyglądało staczanie się Syda Barretha, który zaczął przesadzać z narkotykami. Mimo swego geniuszu, w pewnym momencie pozostali członkowie zespołu musieli zerwać z nim kontakt, ponieważ nie można już było z nim normalnie pracować. Wtedy do grupy dołączył Gilmour. Pozostali Floydowcy również sięgali po narkotyki, znaleźli jednak siły, by zachować pewien umiar – choć nie było to z pewnością  łatwe.

Dzięki temu, że Pink Floyd grało od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, czytając książkę, podążamy w podróż w przeszłość. Nie tylko poznajemy historię zespołu. Obserwujemy lato miłości w 1967, oglądamy bohaterów na tle wydarzeń tamtych czasów. Ważne są dla mnie te momenty w książce pokazujące jak tworzyli artyści – ich żmudną pracę, konflikty w trakcie decydowania, jakie utwory mają zostać nagrane na daną płytę. Autor pokazuje nawet, w jaki sposób dokonywano wyborów okładek płyt.

Mark Blake starał się w dużym stopniu odtworzyć losy Syda Barrettha, które do dziś są owiane legendą. Niestety, niektórych spraw nie da się dziś potwierdzić, czy uprawdopodobnić. Dla wielu ludzi jest on nadal legendą. Gwiazdą, która błyszczała niezwykle jasno, choć tak krótko…

Pisarz przekonał mnie swą opowieścią. Pokazując, jak powstawałay kolejne wspaniałe kawałki, odsłonił rąbek pewnej tajemnicy. Uzmysłowił mi, jak charakter artystów wpływał na powstawanie dzieł, jak bardzo byli od siebie zależni – choć i konfliktowi. Dotąd znałam utwory, ale nie zdawałam sobie sprawy, co kształtowało muzyków. Ważny jest też dla mnie obraz epoki, którą przedstawił Mark Blake biografią Pink Floyd. Dla fana najważniejsze będą ciekawostki muzyczne, natomiast o sprawach osobistych wspomina się tu typowo po angielsku – w sposób dżentelmeński, choć i z typowym dla tego kraju poczuciem humoru. Warto się zapomnieć w muzyce Pink Floyd, czytając biografię zespołu. Będzie to niezwykła podróż w czasie.

Dziękuję SQN za biografię Pink Floyd.

Amy, córka Mitcha

Kim jest Mitch Winehouse? Każdy fan przedwcześnie zmarłej Amy – odpowie natychmiast, że jej ojcem. W książce „Amy. Moja córka” staje się biografem i przewodnikiem po życiu artystki. Ale czy tylko?

Mitch Winehouse postanowił pokazać czytelnikowi swoją córkę, taką jaką sam widział. Opowiada o swoim szczęściu po jej narodzinach. Nie ukrywa, że kiedy Amy miała kilka lat, rozstał się z żoną, bo zakochał się w innej kobiecie. Mała Amy została ukazana jako niesforny urwis, który nie może zagrzać zbyt długo miejsca w szkolnej ławce. Chętnie zwracała na siebie uwagę, trudno natomiast było jej poddać sie ogólnie panującym zasadom. Potrafiła na przykład udawać miejscach publicznych, że się dusi, byle tylko skupić na sobie atencję i tych najbliższych, i przechodniów. Już jako dwunastolatka wiedziała, że chce mieć do czynienia z publicznością. Pragnęła śpiewać i występować. I to tak, żeby ludzie na chwilę zapomnieli o swoich troskach. Była na tyle zdeterminowana, że sama wybrała sobie szkołę artystyczną oraz napisała do niej podanie w tajemnicy przed opiekunami.

Okazało się jednak, że występ przed dużą publiką jest nie lada wyzwaniem dla Amy. Podobnie jak sama muzyka, którą tworzyła. Większość piosenek opowiadała o jej własnych przeżyciach – tych po ciemnej stronie. Trudno potem wrócić do czegoś, co dotyczy bolesnych wspomień i śpiewać te utwory bez emocji. Amy sie nie udało.

Dla ojca była oczkiem w głowie. Nie zapominał o niej, starał się ją wspierać w każdej chwili. Jednak Amy nie zwierzała mu się ze swoich problemów. A po tym, jak zakochała się w Blake’u Fielder-Civilu pojawiało się ich coraz więcej. Związek ten przypominał jazdę na rollercoasterze, bez zapinania pasów. Mitch wspomina, że przez Blake’a  jego córka sięgnęła po narkotyki.

Kiedy stan dziewczyny był ciężki, wtedy do akcji wkraczał tata i ratował córkę z opresji. Zaliczała zapaści, kilkakrotnie walczyła o życie. Jednak to nie narkotyki ją zabiły… Przez ostatnie trzy lata życia było czysta. Zakazane używki zastąpiła tymi dozwolonymi – alkoholem.

Rodzina Amy przechodziła przez piekło. Książka Mitcha mogłaby być podręcznikiem dla rodzin dzieci uzależnionych. Zobaczymy, jak osoba chora potrafi manipulować najbliższymi, jak okłamuje i jest w stanie zrobić wszystko, by zdobyć dragi. W tym przypadku happy endu nie będzie. Kiedy artystka uzależniła się od alkoholu, ojciec był na skraju wyczerpania psychicznego. Bo co można zrobić, jeśli najbliża osoba nie chce przyjąć pomocy? Bezsilność jest w tym wszystkim nie do zniesienia.

Książka „Amy, moja córka” daje subiektywny obraz artystki, z punktu widzenia jej ojca. Widział ją pod pewnym kątem i to właśnie tę część odkrywamy. Amy nie pozwoliła najbliższym poznać się w pełni.  Nie poznamy wszystkiego. Trudno przecież rodzicowi wejść w psychikę dziecka, które uzewnętrznia przed nim tylko to, co chce. Natomiast zupełnie niespodziewanie odsłania się przed  czytelnikiem obraz ojca Amy. Poznamy jego punkt widzenia, choć dla mnie najważniejsze będą emocje Mitcha. Odkrył przed czytającym swoje uczucia. Poznałam jego poglądy na muzykę Amy i dowiedziałam się,  że miał istotny wpływ na kształtowanie się gustu muzycznego dziewczyny.

Biografia nie powstała jako hołd dla Amy Winehouse. Raczej ma na celu przedstawić prawdziwy obraz artystki, a nie ten rozdmuchany przez portale plotkarskie. Mitch napisał książkę, której dochód przeznaczony został na Fundację Amy Winehouse, mającej wspierać dzieciaki walczące z uzależnieniami, borykającymi się z niepełnosprawnością, czy trudną sytuacją finansową.

Szkoda, że Mitch Winehouse niewiele wspomina o matce Amy. Wystarczy przyjrzeć się zdjęciom, by zwrócić uwagę na podobieństwo kobiet. Jednak z książąki wynika, że właśnie ojciec stanowił dla Amy autorytet, jeśli chodzi o muzykę. Żałuję, że Amy nic nowego nie stworzy, by słuchający mogli na chwilę zapomnieć o tym, jak kruche jest życie i jak niewiele trzeba, aby stąd odejść.

Dziękuję za książkę wydawnictwu SQN.

Niezniszczalny Iggy Pop

Iggy PopPaul Trynka podjął się ogromnego trudu, by przybliżyć miłośnikom rocka postać, która stała się  żywą legendą – Iggy Popa. Powstało dzieło, w którym widać benedyktyńską robotę. Dziesięć lat pracy biografa, dało tomiszcze ponad 500 stronicowe o tytule: „Iggy Pop. Open up and bleed. Upadki, wzloty i odloty legendarnego punkowca”, w którym oprócz biografii muzyka, jest nam dane być świadkami tworzenia się historii rocka.

Skąd się wziął Iggy, kim był naprawdę? Z biografii dowiemy się, że na początku istniał Jim Osterberg, który mieszkał w latach sześćdziesiątych na osiedlu przyczep kempingowych w Ann Arbor w Stanach Zjednoczonych. Był niezwykle obiecującym dzieckiem. Uważano, że ma szanse stać się prezydentem USA, a przynajmniej wpływowym politykiem. Cóż, stało się inaczej. I dobrze zarówno dla fanów rocka, jak i muzyki punkowej.

Inteligentny, błyskotliwy, poukładany chłopiec czuł, że jest niezwykły. Od początku lubił się pokazywać w tzw. dobrym i wpływowym towarzystwie. W ten sposób leczył swoje kompleksy. Uważano, że należy do wyższej klasy średniej, bo sam się nie przyznawał do zamieszkiwania w przyczepie kempingowej. Jednak zamiast wybrać karierę polityczną, został muzykiem. I to jakim!

Paul Trynka – wieloletni redaktor pisma muzycznego Mojo – śledzi każdy krok kariery Osterberga. Najpierw Jima jako perkusisty „The Iguanas”. Trzeba dodać, że ulubione zwierzątko muzyka przyczyniło się do powstania pierwszego członu jego pseudonimu. Później z braćmi Asheton Osterberg zakłada „The Psychedelic Stooges”, tu już zostaje wokalistą.

Rok 1968 oznacza początek kariery muzycznej Iggy Popa. Zaczyna się trudna droga usłana różami, a zwłaszcza kolcami tychże kwiatów. Z jednej strony ciężka praca, a z drugiej wieczna impreza pełna narkotycznych odlotów. Jak sprawić, by te dwie sprawy mogły jakoś ze sobą współistnieć? Jim Osterberg tworzy alter ego – Iggy Popa. Pierwszy będzie łagodny, inteligentny, wrażliwy, drugi to demon skłonny do ekshibicjonizmu, wszelkich możliwych i niemożliwych perwersji.

Trynka nie ma zamiaru wybielać artysty. Opisuje wszystko – przytacza kolejne skandale, ale i wymienia prawdziwe miłości Jima, i nie chodzi tylko o ukochane kobiety, również o narkotyki z którymi Iggy eksperymentuje. Co jest dla Popa najważniejsze? Czy skandal, czy używki, a może performance? Wydaje mi się, że najpierw muzyka…

Jaka postać wyłania się z książki Paula Trynki? Czy tylko ekscentryczny muzyk? Poznajemy całą drogę, którą przeszedł artysta. Co go ukształtowało, z jakimi muzykami współpracował. Najważniejsza i najciekawsza jest według mnie relacja Iggy Popa z Davidem Bowiem. Artyści, choć zupełnie różni, nagrywają wspólnie kilka piosenek, współpracują z sobą, ale i współzawodniczą. No i zaprzyjaźniają się.

Książka o Iggy Popie nie jest łatwą lekturą. Niektóre fakty do dziś mogą bulwersować. Artysta zostaje obnażony – dosłownie. Poznajemy wszystko, bez niepotrzebnych eufemizmów. Trudno wprost uwierzyć, że muzyk nie podzielił losów Morrisona, czy Hendrixa ze swoją skłonnością do autodestrukcji. Kluczem będzie tu dionizyjski i apolliński nurt w sztuce. Iggy Pop wybrał ten pierwszy. Stąd się brało jego upojenie i niezwykła energia podczas występów oraz żywiołowość. Jak widać tradycje antyczne nie były obce intelektualnie obytemu Jimowi Osterbergowi, a jego wybór był czymś świadomym.  Kim stał się po latach? Czy zdołał wyjść na prostą? Biografia Iggy Popa jest dla mnie bardzo cenna pod tym względem, że udało mi się stworzyć pewien portret artysty. Nie tyle interesowało mnie to co na zewnątrz, ale jego psychika.

Wyłania się człowiek wręcz autystyczny, niemal nie potrafiący nawiązać bliższych relacji z drugą osobą. Gdyby nie przyjaźń z Bowiem, kilka dłuższych związków z kobietami, możnaby powiedzieć, że ten „Ojciec chrzestny punka” był zupełnie sam. Wojował ze wszystkimi, a przede wszystkim ze sobą.

Biografia „Iggy Pop” jest dziełem na kilka dłuższych jesiennych wieczorów. Warto do niej sięgnąć i jednocześnie słuchać muzyki bohatera tytułowego. Okaże się, że właśnie twórczość broni tę niezwykłą postać. Zaś wszystko czego się dowiemy, nie jeden raz nas zaskoczy. Już sama okładka wiele nam powie. I choć przedstwia nam bohatera – jakim się stał, to na tylnej części zobaczymy od czego zaczynał.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN.