„Księżyce Jowisza” – Alice Munro

Księżyce JowiszaNa tę książkę czekałam już od dawna, bo właśnie za sprawą prozy Alice Munro otrzymuję olbrzymią dawkę literatury z najwyższej półki. Noblistka zapewnia czytelnikom mnóstwo przyjemności, choć jej proza wydaje się pozornie niezwykle prosta. Dzisiaj premierę ma zbiór opowiadań „Księżyce Jowisza”, więc mogę przyjrzeć się dokładniej temu, co przekazuje nam autorka nazywana kanadyjskim Czechowem.

Alice Munro zaczęła pisać te teksty w 1977, a skończyła w 1981 roku. Rok później zostały one zebrane i wydane jako całość. Dzisiaj jedenaście opowiadań poznać mogą polscy czytelnicy, dzięki Wydawnictwu Literackiemu i przekładowi Agnieszki Pokojskiej.

Co spaja te wszystkie teksty? Przede wszystkim ich bohaterkami są kobiety. Oprócz tego tematem głównym może być codzienność. Ale czy można pięknie pisać o zwyczajności? Alice Munro potrafi z tego co nas spotyka na co dzień, stworzyć świetną historię. Jak wygląda życie? Dla jednych może być ono pełne emocji, u innych przebiegać może ono nieśpiesznie. Autorka opowiada o różnych relacjach międzyludzkich. NIekiedy poznajemy w jednym opowiadaniu niemal całą historię życia bohaterów, innym razem zaledwie malutki wycinek.

W bardzo ciekawym wstępie noblistka postanowiła parę spraw wyjaśnić na temat swej twórczości. Między innymi pokazuje nam warsztat pisarski i opisuje jak powstawały opowiadania: „Punktem wyjścia jednych (…) było doświadczenie osobiste, innych (…) w znacznie większym stopniu obserwacja” (s. 8). Niekiedy odbiorcy skupiają się na wątkach autobiograficznych prozy Munro. Sama autorka zabrała również głos w tej sprawie: „Niektóre opowiadania w tym zbiorze mają więcej wspólnego z moim życiem niż inne, ale żadne aż tak wiele, jak się powszechnie sądzi” (s.7).

Jako, że noblistka często pisze w pierwszej osobie, niekiedy można odnieść błędne wrażenie, że sama jest bohaterką tych opowiadań. Oprócz tego świat rzeczywisty osadzony został w miejscach doskonale znanych pisarce. Wspominając o przeszłości postaci, również czujemy, że Alice Munro opowiada o czymś, co było jej bliskie. Sama nawet wspomniała, że między innymi tytułowe opowiadanie zostało oparte na rzeczywistych wydarzeniach – związanych ze śmiercią jej ojca. Doświadczenie osobiste, pisze Munro we wstępie, to jednak tylko pretekst do wykreowania czegoś nowego, co ma więcej wspólnego z fikcją niż faktem.

Dlaczego proza Alice Munro jest taką ucztą literacką? Myślę, że cały jej urok polega na prostocie. Za pomocą kilku słów autorka tworzy całe światy. Sprawia, że choć opowiadanie ma zaledwie kilkadziesiąt stron, czujemy, że doskonale znamy bohaterów. Stają się nam bliscy jeszcze z jednego powodu. Pisarka ma dar zatrzymywania codzienności. Wybiera jakiś moment z życia bohaterek, by dokonać zbliżenia na to, co akurat istotne. Pozornie nic się nie dzieje, tak wygląda sytuacja z zewnątrz. Jednak postacie w środku aż kipią od emocji, choć nie zawsze potrafią je odkryć przed drugim człowiekiem.

Mistrzyni szczegółu – tak można najkrócej określić prozę Alice Munro. Gdyby przyjrzeć się opisywanym bohaterkom jedynie z zewnątrz, można by sądzić, że niczym się od siebie nie różnią. Tyle, że pisarka dokonuje fotograficznego zbliżenia, byśmy jak na fotografii mogli poznawać kolejne detale. Odkryjemy ich wiele, pod warunkiem, że zadamy sobie pewien trud. Choć pozornie proza noblistki wydaje się prosta, to jest ona bardzo bogata. Wystarczy przeczytać jedno wybrane opowiadanie dwa razy, by dostrzec, że za każdym razem odkrywamy coś innego. Dzięki opowiadaniom Munro widzimy wartość każdego życia. Pisarka dostrzega jego różnorodność, ale nie ocenia wyborów bohaterów. Dla niej najważniejsze jest dostrzeżenie owych doświadczeń i zaprezentowanie ich nam – w niezwykły sposób.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za „Księżyce Jowisza”

„Ciemna strona. Szwedzcy mistrzowie kryminału. Zbrodnia, tajemnica, suspens”, wybrał John-Henri Holmberg

Ciemna stronaJohn-Henri Holmberg wpadł na świetny pomysł, by zebrać i opracować antologię mistrzów kryminału. A wiadomo, że nie gdzie indziej tylko właśnie w Szwecji ten gatunek literacki ma się najlepiej. Dlatego „Ciemna strona…” dla jednych może być próbką tego z czego słyną szwedzcy pisarze, dla innych będzie to wisienka na torcie, by po raz pierwszy sięgnąć po nieznane dotąd w Polsce opowiadania mistrzów tego gatunku i zapewnić sobie kilka godzin rozrywki.

Wystarczy podać kilka danych, by wiedzieć z czym mamy do czynienia – 17 opowiadań, napisanych przez 20 autorów, a przetłumaczonych przez cztery osoby. Całość zebrał znawca literatury szwedzkiej: John-Henri Holmberg. Aż trudno uwierzyć, że ten kraj, który liczy sobie mniej niż dziesięć milionów mieszkańców, mógł wydać aż tylu świetnych twórców kryminałów.

Nie sposób oczywiście opisać choćby pobieżnie fabuły tych krótkich form prozatorskich. W antologii otrzymamy szerokie spektrum tematów. Łączy je jedno – ich autorami są szwedzcy pisarze. Niekiedy nawet nie do końca nazwałabym te opowiadania kryminałami. Niektóre mają bowiem w sobie sporo z thrillera, a opowieść Stiega Larssona zaliczyć można do gatunku science-fiction. Holmberg wybrał opowiadania, w których nie zabraknie, jak podano w tytule: „zbrodni, tajemnicy, suspensu”.

Dla kogoś kto zaczytuje się w szwedzkich mistrzach kryminału, największą przyjemnością może być poszukiwanie znanych mu motywów z poznanych wcześniej tekstów. Opowiadanie ?sy Larsson musiało przecież być osadzone w Kirunie, ale przeniosło nas do czasów sprzed wieku, dając nam szwedzki odpowiednik Dzikiego Zachodu. Poznałam też wcześniej Johana Theorina, który najczęściej wybiera Olandię jako miejsce akcji swoich powieści. Nie inaczej jest w opowiadaniu „Zemsta dziewicy”.

Jak widać autor antologii starał się oddać klimat szwedzkich kryminałów, jak i zaprezentować czytelnikom coś nowego. Najbardziej zaskakuje historia napisana przez Stiega Larssona, ze względu na formę. Inne opowiadania, choć różnią się stylem i tematyką, pokazują za co cenieni są szwedzcy pisarze. Muszę się też posłużyć słowem – moda, które dla literatury nie jest może zbyt fortunne. Jednak, gdyby nie sukces „Millennium” Larssona, pisarze z tego kraju nie byliby tak często wydawani na świecie. Dzięki popularności tego twórcy, szwedzkie powieści kryminalne, zaczęły  docierać do szerszej rzeszy odbiorców. Przecież Stieg Larsson nie był ani pierwszy, ani jedyny, za to jego książki nie skupiały się jedynie na wątkach kryminalnych, a pokazywały szerszy obraz społeczeństwa oraz jego problemy.

W antologii uwzględniono wiele tematów od tradycyjnych, takich jak policyjne śledztwa, po historie zaangażowane społecznie, czy dostarczające zwykłej, aczkolwiek wielce potrzebnej rozrywki. Akcja opowiadań rozgrywa się w teraźniejszości, ale też przeszłości i przyszłości.

John-Henri Holmberg nie zostawia czytelnika bez wskazówek. W posłowiu wyjaśnia skąd się wziął sukces szwedzkich kryminałów, kreśli noty biograficzne autorów opowiadań. Daje też odbiorcom pewne wskazówki, wyjaśniając na czym polega istota wybranego przezeń tekstu. Całość z pewnością pozwoli czytelnikowi znaleźć coś dla siebie. „Ciemna strona” może być drogowskazem dla późniejszych lektur. Oczywiście nie uwzględniono wszystkich mistrzów tego gatunku. Nie trzeba się obawiać powtórzeń, bo autor wyboru postarał się o to, by teksty były zróżnicowane, ale na wysokim poziomie. Warto przyjrzeć się tej książce, żeby zobaczyć nie tylko kryminalną Szwecję, ale też jak za pomocą prozy pisarze angażują się w dyskusję o współczesnych problemach społecznych dręczących ten kraj.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Jan Krasnowolski – „Afrykańska elektronika”

Afrykańska elektronikaKiedy sięgnęłam po „Afrykańską elektronikę”, opowiadania Jana Krasnowolskiego, nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. Zachęciło mnie to, że autor pokazuje współczesnych polskich emigrantów. Sam zresztą pracuje na Wyspach, więc ich doświadczenia nie są mu obce. Tyle, że kiedy zaczęłam czytać książkę, wcale nie otrzymałam prozy, która byłaby odpowiednikiem serialu „Londyńczycy” (na szczęście).

Pierwsze opowiadanie – „Brudny Heniek” – nie odwołuje się do emigracji. Tytułowy bohater jest byłym zomowcem, którego dopadają pewnego dnia demony z przeszłości. Heniek Juha poznał co to strach, kiedy uciekał przed demonstrantami. Wcześniej przełożony wydał rozkaz strzelania do protestujących. A Heniek stał się tym, który mieczem wojując, od miecza ginie. Tyle, że niedosłownie. Kiedy bohater ucieka w czasie rozruchów, zostaje postrzelony przez mężczyznę przebranego za Mikołaja. Po latach wciąż nie wszystko pamięta. Dopiero szaleniec mordujący w hipermarkecie, pozwoli mu rozwiązać tę tajemnicę.

Kolejne opowiadania: ?Afrykańska elektronika?, ?Hasta siempre, comandante?, ?Kindoki? połączy motyw emigracji. Pierwsze z nich nawiązuje do voodoo. Polak, który zaprzyjaźni się z czarnoskórym Ghańczykiem, odkryje, że z pomocą afrykańskiej magii, da się zrobić świetnie prosperujący interes. Afrykańska elektronika wprawdzie spełniania życzenia, ale konsekwencje okażą się przerażające.

Z koszmarem można się również  spotkać czytając kolejną opowieść – ?Hasta siempre, comandante?. Autor połączył historię „Che” Guevary z majakami sennymi emigranta, które wywołują bohomazy na ścianie sypialni. Natomiast w ?Kindokim? Jan Krasnowolski powiązał w zaskakujący sposób lęki Anglików przed emigrantami z przemycaniem małego Afrykańczyka promem do Wielkiej Brytanii oraz Holocaustem. Jest przerażająco i strasznie, zwłaszcza gdy pojawi się mgła.

Zaskakujące w opowiadaniach autora jest to, jak świetnie są zbudowane. Ich konstrukcja została świetnie przemyślana. Jan Krasnowolski potrafi świetnie operować konwencją i tworzyć przy okazji coś bardzo ciekawego. Historie przez niego stworzone kojarzą się ze Stephenem Kingiem. Mają wywoływać gęsią skórkę ze strachu, ale i wciągać czytelnika, tak że trudno się od nich oderwać. Zakończenia za każdym razem zaskakują i nie są oczywiste, ani przewidywalne.

Wydawać by się mogło, że konwencja thrillera, czy horroru nie może być połączona z opowieścią o współczesnej klasie pracującej za granicą. A jednak. Jan Krasnowolski przygląda się tej grupie i pokazuje jej zróżnicowanie. Znajdą się więc polscy rasiści, ludzie zamknięci we własnej bańce narodowej, nie potrafiący się otworzyć na Brytyjczyków. Będą też tacy, którzy na widok rodaków szybko przejdą na drugą stronę ulicy, by nie wydało się, że oni też są Polakami. Jan Krasnowolski widzi ten światek i opisuje go, ale rozwiewa emigracyjny sen o szybkim bogactwie. Zostaje strach i przerażenie.

Świetnie skonstruowana fabuła opowiadań oraz narracja – tak najkrócej dałoby się scharakteryzować prozę  Krasnowolskiego. Jednak nie jest to książka dla wszystkich. Wydawca zaliczył opowiadania do „lad lit” – czyli literatury popularnej dla męskiego odbiorcy. Chodzi prawdopodobnie o brutalność i konwencję horroru. Jednak nie sądzę, że należy wykluczać sporej grupy odbiorców, którzy poszukują w literaturze ważnych pytań. U Krasnowolskiego ich nie brakuje. Jego proza wręcz ocieka egzystencjalnymi pytaniami – dokąd zmierzamy i ile w nas człowieczeństwa? Tyle, że Krasnowolski czerpie od amerykańskich brutalistów, takich jak Bukowski i Ellis oraz bawi się estetyką thrillera i horroru. Wydaje mi się, że ważne jest przesłanie tych opowiadań. Autor poszukuje źródła zła w człowieku. To, co znajduje przeraża, ale też daje nutkę nadziei.

Dziękuję Ha!art za książkę „Afrykańska elektronika”

„Sopot, czwarta rano” – antologia opowiadań kryminalnych

Sopot, czwarta ranoKażda edycja Literackiego Sopotu ma swój temat przewodni. W ubiegłym roku było kryminalnie i skandynawsko. Nie zabrakło również konkursów. Jednym z nich był konkurs literacki na opowiadanie z wątkiem kryminalnym, którego akcja rozgrywa się w Sopocie. Nadesłano 133 prace, z których trzy zostały nagrodzone, trzy kolejne wyróżnione przez jury (w składzie: Iwona Borawska, Dorota Karaś, Mariusz Czubaj, Tadeusz Dąbrowski i Marek Krajewski).

Wspominam o tym, gdyż można sięgnąć po te opowiadania. Zostały wydane w zbiorze nakładem sopockiego wydawnictwa ?Smak Słowa?. W antologii znajduje się sześć najlepszych tekstów,  których głównym bohaterem jest Sopot, ale ten o ciemnym obliczu. Nawet znane wszystkim turystom miejsca nabierają nieco innego charakteru. Mrok może zaatakować wszędzie.

Autorzy mieli niełatwe zadanie. Czym zaskoczyć w tak krótkiej formie? Jeśli jeszcze narzucono sporo ograniczeń – wątek kryminalny i Sopot w tle? Przyznam, że autorzy poradzili sobie świetnie. Chciałam zostać czymś zaskoczona, i rzeczywiście tak się stało. Jak się okazało, wątek kryminalny niekoniecznie musiał stać się dominującym, ponieważ w niektórych pracach więcej było z thrillera, czy horroru.

Na uwagę zasługuje choćby pomysł Anny Wakulik, której opowiadanie dało tytuł antologii. Autorka nawiązała do słynnego zniknięcia Iwony Wieczorek, choć jej imię i nazwisko tu nie pada. Głównym bohaterem jest policjant. Stara się wcielić w drogę, którą mogła odbyć zaginiona dziewczyna. Jednocześnie wie, że sytuacja jest beznadziejna, gdyż o czwartej nad ranem raczej nic dobrego nie może się przytrafić samotnie spacerującej kobiecie. Napięcie potrafił świetnie zbudować Tomasz Słomczyński w „Pajęczycy”. Już sam tytuł jest obiecujący. Kto zabił przed laty młodego mężczyznę? Jakie wydarzenia do tego doprowadziły? Przy okazji poznajemy sopocką alternatywę z 1989 roku.

Można też przeżyć chwile grozy za sprawą opowiadania Olgi Górskiej pt. „Druga zmiana”. W Sopocie zaginęła cała grupa przedszkolna. Sprawą zajmuje się specjalistka w tej dziedzinie, jednak odpowiedź, którą odnajduje, jest nie do przyjęcia – przynajmniej dla zdrowego rozsądku i zasad logiki.

Akcja opowiadań „Sopot, czwarta rano” rozgrywa się w miejscach, których raczej nie łączymy ze zbrodnią. Właśnie dlatego te opowiadania są ciekawe. Pokazują czytelnikowi zupełnie inną perspektywę. Musimy choć na chwilę zboczyć z utartych ścieżek i ujrzeć miasto, jakiego wcześniej nie widzieliśmy. Nagle, w Sopocie, można poczuć ciarki na plecach – ze strachu. Od tej chwili zmienia się nasze pocztówkowe widzenie tego nadmorskiego kurortu. Podczas najbliższej wizyty w Sopocie będę wypatrywała zupełnie innych miejsc niż zwykle…

W tym roku Literacki Sopot odbędzie się między 21 a 24 sierpnia. Tematem wiodącym będzie literatura rosyjska. Mam nadzieję, że mnie to nie ominie. Zresztą i dzieciaki nie mogą się doczekać…

Ida Fink – „Wiosna 1941”

Wiosna 1941Ida Fink ocalała z Zagłady. Była córką żydowskiego lekarza i nauczycielki. W 1942 roku razem z siostrą uciekła ze zbaraskiego getta i ukrywała się po aryjskiej stronie. Przeżyła, a po kilkudziesięciu latach zaczęła pisać, skupiając się na tematyce Holocaustu. Sięgnęłam po wydaną jakiś czas temu książkę tej autorki – „Wiosna 1941”. Jest to zbiór ponad dwudziestu krótkich opowiadań. Można również obejrzeć film Ubi Barasha pod tym samym tytułem, oparty na prozie Idy Fink.

Mam za sobą wiele książek poruszających tematykę Szoah. Wiele napisano, by ocalić pamięć tych, którzy zginęli tylko dlatego, że urodzili się Żydami. Jednak ta książka jest wyjątkowa. Autorka pisze bowiem w sposób niezwykle lakoniczny, a jednocześnie zarysowuje cały świat, pełen obrazów oraz emocji.

Gdybym miała się skupić na opisach przyrody, oszczędnych wprawdzie, ale jednocześnie niezwykle sugestywnych, uznałabym, że jest tak jak zawsze. Zmienna pogoda, wschodzące słońce, podobnie jak każdego innego dnia. Tyle, że dla niektórych będzie to ostatni deszcz, czy wschód słońca. Świat się nie zmienił, za to sytuacja niektórych ludzi – owszem. Następuje walka o przetrwanie, gra toczy się o najwyższą stawkę: o życie.

Sielski świat opisywany przez Idę Fink, co jakiś czas zostaje zaburzony. Choć to co mąci ten niezmienny rytm, dzieje się tylko przez chwilę, wytrąca nas z równowagi. Autorka pisze o życiu zwykłych ludzi, którzy zostają postawieni w sytuacji zagrożenia. Jedni szybko uświadamiają sobie, co należy robić. Inni przegrywają na samym początku. Natomiast czytelnik wciąż zadaje sobie pytanie, ile trzeba poświęcić, by przeżyć? Za jaką cenę?

W opowiadaniu „Zabawa w klucz” zdesperowani rodzice szkolą dziecko, by pytane odpowiadało, że jego ojciec nie żyje. Bo tylko tak mężczyzna może przetrwać, a przecież maluchy nie potrafią kłamać. Szkolenie przypomina tresurę, dziecko musi się nauczyć reagować na dźwięk dzwonka. Cała akcja kojarzy się czytelnikowi z poczynaniami Pawłowa, ale stawką jest życie ojca rodziny. Równie poruszająca jest historia opowiedziana w „Wiosennym poranku”. Aron, który chce ocalić swoją pięcioletnią córeczkę, każe jej się wybrać samej do kościoła. On z żoną udają się do transportu, nie mają się gdzie skryć, więc w ostatnim akcie pragną uratować córeczkę. Mają błędną nadzieję, że przed świątynią ludzie nie odważą się wydać kilkulatki.

Historie opowiedziane przez Idę Fink są niezwykle sugestywne. Dzięki opisom zwykłego życia, uświadamiamy sobie, że opisane sytuacje mogłyby się wydarzyć wszędzie i zawsze. Autorka nie zawsze precyzuje, kim są opisywani przez nią ludzie. Łatwo nam się jednaka domyślić o jakie czasy chodzi. Świetnie opisano stopniowanie zagrożenia, oswajanie się z tym, co właściwie nie jest możliwe do zaakceptowania.

Pierwsza zmiana w świecie następuje poprzez język. Bohaterowie inaczej zaczynają określać czas. Nie mówią, że dane wydarzenie miało miejsce w maju, tylko „po pierwszej akcji”. Bardzo znaczące, jak właśnie słowa oswajają zagrożenie. Zresztą nikt nie był lepszy w eufemizmach, niż naziści – bo jak się obawiać wyrażenia „obóz pracy”? Do kolejnych zamian ludzie przyzwyczajają się w zastraszającym tempie, dlatego nie buntują się, a tylko niektórzy pragną zmienić swój los.

Zbioru „Wiosna 1941” nie da się czytać bez emocji. Zaskakujące jest, jak wiele uczuć potrafiła oddać Ida Fink posługując się tak skondensowaną formą, jaką jest opowiadanie. Choć zaledwie szkicuje ona obrazy i sceny, poruszają one czytelnikiem do głębi. Towarzyszymy ofiarom w ich indywidualnych przeżyciach, poznając bliżej naturę człowieka. Bo choć mowa przede wszystkim o ofiarach nazizmu, jesteśmy przy nich, gdy kochają, cierpią, próbują przeżyć. Spotyka ich wszystko, co przeciętnych ludzi, tyle że w nieco innych niż zwykle okolicznościach…

Zbiór opowiadań: „Historie, które napisało życie” – Dorota Sumińska

Historie, które napisało życieDorota Sumińska potrafi rewelacyjnie opowiadać o zwierzakach. Jak większość (choć mole książkowe mogą być wyjątkiem), poznałam ją za sprawą telewizji. Zwróciłam wtedy uwagę, że potrafi zarażać miłością do zwierząt. A przy okazji uczyć, jak opiekować się naszymi „braćmi mniejszymi”. Teraz wreszcie udało mi się sięgnąć po jej książkę pt. „Historie, które napisało życie”. Był to pierwszy tytuł tej autorki, z którym miałam do czynienia.

Pisarka tłumaczy, że wszystkie opowiadania mają swoje źródło w prawdziwym wydarzeniu. Zbiera te historie od pięćdziesięciu lat, by potem, spisując je na papierze, ponownie spotkać się ze znanymi sobie postaciami i miejscami. Jednocześnie ocalić je od zapomnienia. Dorota Sumińska uznała, że niekiedy wyobraźnia nie jest w stanie wymyślić podobnych zdarzeń do tych, które komuś naprawdę się przytrafiły.

Dziewiętnaście opowiadań zostało rozpisanych na zaledwie 150 stronach. Dla miłośników literatury jest to oczywiście niewiele. Choć ten zbiór jest idealny dla tych, którzy twierdzą, że nie mają czasu na czytanie. Dorota Sumińska skupiła się w „Historiach, które napisało życie” na emocjach bohaterów. Nie ma wartkiej akcji, a same uczucia. Miłość, niespełnienie, strata, zdrada… Drobne niekiedy rzeczy, które potrafią postawić świat wewnętrzny bohatera do góry nogami.

Czy jest jakiś wspólny mianownik dla tych opowiadań? Przede wszystkim emocje i uczucia. Oprócz tego – zwierzęta. Podczas spotkania z nimi, okazuje się, że bohaterowie potrafią być inni. Źli dla ludzi, dla czworonogów odnajdujący jakieś resztki człowieczeństwa. Tak jakby zwierzęta wyzwalały w nich wyższe uczucia. Skrywane gdzieś głęboko, wydobywane właśnie dzięki „braciom mniejszym”.

Dorota Sumińska zaskoczyła mnie tym, że jej opowiadania są nieco impresjonistyczne. Odniosłam wrażenie, że mam do czynienia ze szkicami. Po zapoznaniu się z ich treścią odczułam niedosyt. Brakowało mi pogłębienia tematu, czegoś, co wskazywałoby na motywacje bohaterów. Autorka daje nam kadr, który musimy sobie sami uzupełniać. Czasami brnąc po omacku.

Myślę, że książka będzie odpowiadała osobom, które poszukują treści skupiających się na przeżyciach wewnętrznych postaci. Odbędą podróż po czasach PRL-u, ale też współczesnej Polsce, czy świecie. Zobaczą ludzi, którzy dla zwierząt zrobią wszystko, choć z własnymi gatunkiem nie zawsze potrafią się porozumieć. Czytając książkę, czułam się jakbym siedziała przy rodzinnym stole, słuchając rozmów o osobach, których nie znam zbyt dobrze. Emocje towarzyszące wydarzeniom, nie pozwoliły mi zbliżyć do bohaterów. Obserwowałam ich z pewnego dystansu. Czuję niedosyt, bo chciałabym, aby treść tych literackich szkiców była bardziej rozbudowana i przybliżała motywacje osób opisanych w książce.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.